Polska - Peru (1982)

Krzysztof Jaśniok,

/ FOT. EAST NEWS

Na nic się zdały czary peruwiańskich brujos. Przed meczem, który miał zdecydować o awansie do drugiej rundy mundialu 1982, na murawę stadionu Riazor weszli indiańscy szamani i zaczęli odprawiać rytuał w intencji sukcesu swoich rodaków. Na szczęście dla nas swoje zaklęcia rzucali tylko pod jedną z bramek, która w pierwszej połowie rzeczywiście była jak zaczarowana. Po przerwie biało-czerwonym udało się rozwiązać worek z golami. To było jedno z najbardziej imponujących zwycięstw w historii polskiej piłki, które zapoczątkowało triumfalny marsz po medal mistrzostw świata.

A – jak awans. Mecz z Peru był dla biało-czerwonych spotkaniem ostatniej szansy. Po bezbramkowych remisach z Włochami, a zwłaszcza z Kamerunem zespół Antoniego Piechniczka znalazł się w ogniu krytyki i jak kania dżdżu potrzebował goli i zwycięstwa. Efektowna wygrana zapewniła Polakom promocję do drugiej rundy turnieju.


B – jak Będzieciech. Ze świecą szukać dzisiaj mężczyzn, którzy noszą to imię, ale w dawnej Polsce było ono całkiem popularne. Nadawano je chłopcom, by zapewnić im szczęście i pociechę. No i 22 czerwca, gdy nasza drużyna zmierzyła się z Peru, a Będzieciech obchodził imieniny, było szczęście i była pociecha.


C – jak Cubillas Teófilo. Największa gwiazda peruwiańskiej reprezentacji. Na mistrzostwach świata zagrał po raz trzeci, w Meksyku i Argentynie strzelając w sumie dziesięć bramek, ale meczu z Polską dobrze nie wspomina. Grał tak słabo, że selekcjoner Tim zdjął go z boiska już w 50. minucie.


D – jak diety. I jak dziennikarze. Dla większości polskich żurnalistów, którzy przyjechali do Hiszpanii relacjonować mundial, odpadnięcie kadry z turnieju oznaczało natychmiastowy powrót do kraju. Trzymali więc kciuki za piłkarzy w dwójnasób. Po pierwsze, oczywiście, tak od serca, jako kibice. Po drugie dlatego, że każdy dodatkowy dzień z reprezentacją oznaczał konkretne profity w mocnej zachodniej walucie. Sukces – nomen omen – opłacał się więc wszystkim.

Najciekawsze, najważniejsze, a często unikatowe. Tu zobaczysz materiały wideo dotyczące polskiego futbolu.

E – jak entliczek. „…pentliczek, co zrobi Piechniczek, tego nie wie nikt”. Piosenka śpiewana przez Bohdana Łazukę okazała się wielkim przebojem tamtego lata. Tekst, zainspirowany wierszykiem Jana Brzechwy, był w jakimś sensie proroczy, bo po meczu z Peru biało-czerwoni pojechali do Barcelony, gdzie w uliczkę rzeczywiście wyskoczył Boniek i było słychać na stadionie „Brawo Polonia, brawo ten pan!”.

F – jak formacje. Brak skuteczności w pierwszych meczach mundialu zmusił Antoniego Piechniczka do dokonania znaczących roszad w składzie. Zbigniew Boniek został przesunięty do ataku, a jego miejsce w pomocy zajął Janusz Kupcewicz. Zmiana ustawienia z 4-3-3 na 4-4-2 zdała egzamin, podobnie jak wymuszone kontuzją wejście Marka Dziuby w miejsce Jana Jałochy. Piłkarz ŁKS-u pozostał filarem defensywy już do końca turnieju.


G – jak grupy. Pierwszy raz na mistrzostwach świata było ich aż sześć, bo liczbę drużyn grających w finałach zwiększono z 16 do 24. Dzięki temu rozegrano o czternaście spotkań więcej, a na trybunach znalazło się ponad pół miliona więcej kibiców niż cztery lata wcześniej w Argentynie. Na kolejną taką rewolucję trzeba było poczekać do 1998 roku. We Francji w ośmiu grupach zagrały już 32 zespoły.


H – jak historia. Lubi się powtarzać. Z Peruwiańczykami zmierzyliśmy się na drugim mundialu z rzędu. W 1978 roku w argentyńskiej Mendozie też byliśmy górą, zwyciężając 1:0 po golu Andrzeja Szarmacha. W obu meczach zagrali Władysław Żmuda, Grzegorz Lato i Zbigniew Boniek.


I – jak Inkowie. Peruwiańczycy uważają się za potomków tego starożytnego andyjskiego ludu. I tak jak imperium Inków upadło ostatecznie w XVI wieku, tak czasy piłkarskiej prosperity potomków Atahualpy skończyły się właśnie w 1982 roku. Po czterech występach na mundialach i dwóch triumfach w Copa América na kolejny sukces czekali aż 36 lat. W 2018 roku pojechali na mistrzostwa świata do Rosji.


J – jak Jaruzelski Wojciech. Pierwszy sekretarz KC PZPR i przewodniczący Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, który 13 grudnia 1981 roku wprowadził w Polsce stan wojenny. Nie ma na to jednoznacznych dowodów, ale władze PRL w związku z sytuacją polityczną podobno rozważały wycofanie reprezentacji z mundialu. Piłkarze do Hiszpanii ostatecznie pojechali. Mniej szczęścia mieli przedstawiciele innych dyscyplin, którym dwa lata później zakazano udziału w igrzyskach w Los Angeles.

K – jak Krupniok. Tę apetyczną ksywkę, po śląsku oznaczającą po prostu kaszankę, nosił Andrzej Buncol. Sam zainteresowany zaprzecza, że koledzy z boiska tak go nazywali, ale w pamięci kibiców ów pseudonim pozostał. Podobnie jak słynny komentarz Jana Ciszewskiego po czwartej bramce w meczu z Peru: „Boniek do Buncola, cudowna akcja!”, który potem można było usłyszeć w czołówce magazynu piłkarskiego „Gol” w TVP.


L – jak Lato Grzegorz. Król strzelców mistrzostw świata w Niemczech i trzykrotny uczestnik mundiali właśnie w spotkaniu z Peru zdobył swoją ostatnią bramkę w reprezentacji. Do końca turnieju grał w podstawowym składzie, a potem na prawie dwa lata rozstał się z kadrą. Wrócił na pożegnalny mecz w kwietniu 1984 roku. Polska przegrała wówczas z Warszawie z Belgią 0:1.


Ł – jak ławka rezerwowych. To na niej przez blisko pięć kwadransów siedział Włodzimierz Ciołek. Gdy trener Antoni Piechniczek wreszcie wpuścił go na boisko, piłkarz Stali Mielec natychmiast wpisał się na listę strzelców. Dokonał tego jako pierwszy polski rezerwowy na mistrzostwach świata.


M – jak minuty. Bramki dla Polski w meczu z Peru padały w ekspresowym tempie, choć trzeba było na nie czekać prawie godzinę. Strzelecki festiwal zaczął Włodzimierz Smolarek, 22 minuty później było już 5:0 po trafieniu Włodzimierza Ciołka. Lepszy wynik na mundialu biało-czerwoni zanotowali tylko w 1974 roku w spotkaniu z Haiti, gdy zdobyli pięć bramek z rzędu w 17 minut.


N – jak Naranjito. Uśmiechnięta pomarańcza ubrana w czerwono-niebieski strój, z piłką w ręce, czyli maskotka mundialu w Hiszpanii. Co ciekawe, Naranjito doczekał się serialu, którego był głównym bohaterem. Nosił tytuł „Fútbol en acción”, miał dwadzieścia sześć 20-minutowych odcinków, a dzielny owoc w różnych miejscach świata i wielu epokach historycznych walczył w nim ze swoim odwiecznym rywalem, nikczemnym Zruspą.

O – jak Olaechea Jorge. Według oficjalnego raportu FIFA, to jemu właśnie sędzia pokazał jedyną żółtą kartkę w meczu Polska – Peru. Na przekazie wideo widać jednak wyraźnie, że upomnienie dostał oznaczony numerem 6 pomocnik José Velásquez. Być może arbiter Rubio z Meksyku po prostu się pomylił. Kartkę pokazał jednemu, a do protokołu wpisał innego zawodnika.


P – jak pięść. Nie był to może gest Kozakiewicza, ale równie wymowny. Po zdobyciu bramki na 3:0 Zbigniew Boniek wyciągnął zaciśniętą dłoń w kierunku trybuny prasowej i krzyknął: „A teraz pocałujcie mnie wszyscy w d…”. Słowa te były skierowane podobno nie do wszystkich dziennikarzy, tylko do pewnego redaktora z „Trybuny Robotniczej”, który po meczu z Kamerunem mocno skrytykował lidera polskiej reprezentacji. Spotkanie z Peru zmieniło optykę mediów o sto osiemdziesiąt stopni.


Q – jak Quiroga Ramón. El Loco, czyli wariat. Peruwiański bramkarz znany był z upodobania do dalekich wycieczek poza pole karne i w ten sposób zawinił drugiego gola po akcji Grzegorza Laty. W sumie na mundialach Polacy pokonali go sześć razy, bo bronił również w 1978 roku w wygranym przez biało-czerwonych 1:0 meczu w Mendozie.


R – jak Riazor. Legendarny, bo wybudowany jeszcze podczas II wojny światowej stadion w La Coruñi. Polacy zagrali na nim dwa mecze – najpierw z Kamerunem, potem z Peru. Większe zainteresowanie wzbudziło drugie ze spotkań, które zgromadziło na trybunach 25 tysięcy kibiców. Potyczkę biało-czerwonych z drużyną z Afryki obejrzało 6 tysięcy widzów mniej.


S – jak szarfa. Ukośna i czerwona na białej koszulce. To dzięki niej tak łatwo rozpoznać peruwiańskich piłkarzy. Drużyna z kraju Inków pierwszy raz zagrała w takich strojach na igrzyskach w Berlinie w 1936 roku, a pomysł wzięła podobno od piłkarzy jednej ze szkolnych drużyn w Limie, gdzie podczas zajęć z wychowania fizycznego obowiązywały białe trykoty. Aby się odróżnić od rywali, zawodnicy jednej z ekip zakładali na koszulki czerwone szarfy.

T – jak Tim. Właściwie Elba de Pádua Lima. Brazylijczyk, który najpierw jako piłkarz z ławki rezerwowych oglądał legendarny mecz biało-czerwonych z canarinhos na mundialu w 1938 roku, a potem zmierzył się z Polską jako trener Peruwiańczyków. Po meczu w La Coruñi zasłabł i został odwieziony do szpitala. Zmarł w 1984 roku, w wieku 69 lat.


U – unilateralne studio. Dwa słowa, które w czerwcu 1982 roku zrobiły w szarej, smutnej PRL-owskiej rzeczywistości zawrotną karierę. Padały zawsze, gdy dziennikarze zgromadzeni w Warszawie oddawali po meczu głos ekipie w Hiszpanii, która w specjalnej sali przeprowadzała wywiady z zawodnikami i trenerem. „Unilateralny” znaczy po prostu „jednostronny”. Chodziło o to, że przekaz telewizyjny biegł tylko w jednym kierunku i eksperci w Polsce nie mogli zadawać pytań członkom kadry.


W – jak Wisła. Ta malownicza beskidzka miejscowość stała się chcąc nie chcąc głównym ośrodkiem przygotowań do mundialu. W warunkach stanu wojennego trudno było bowiem z początku zorganizować jakieś zagraniczne zgrupowania. Członkowie sztabu kadry skarżyli się po latach, że musieli w dowództwie Wojsk Ochrony Pogranicza zgłaszać marszobiegi na Stożek, by któregoś z piłkarzy w strefie nadgranicznej przypadkowo nie odstrzelono.


Z – jak zero do zera. Ulubiony rezultat drużyn, które znalazły się w grupie 1 hiszpańskiego mundialu. Takim wynikiem zakończyły się trzy z sześciu spotkań, w tym dwa z udziałem biało-czerwonych. Gdyby bezbramkowy remis padł również w meczu Polska – Peru, nasz zespół odpadłby z turnieju i przeszedł do historii jako pierwszy, który w fazie grupowej nie stracił, ale i nie strzelił gola. Na szczęście stało się inaczej…

ZOBACZ STRONĘ MECZU