Franciszek Smuda jako trener Widzewa Łódź (19.08.2017).Franciszek Smuda jako trener Widzewa Łódź (19.08.2017).
Kroniki22 czerwca 1948
22 czerwca 1948
Autor: Piotr Kuczkowski
Data dodania: 21.06.2021
FOT. CYFRASPORTFOT. CYFRASPORT

Powiedzieć o nim „osobowość” to zdecydowanie za mało. Z pewnością trudno znaleźć w polskim futbolu w ostatnich trzech dekadach postać równie barwną, a zarazem kontrowersyjną. Trenera, którego jedni uwielbiają, a inni kontestują jego warsztat i umiejętności. Który na krajowym podwórku osiągnął wszystko. Przeżywał chwile chwały, ale także wielkiego rozczarowania. I mimo że Franciszek Smuda obchodzi właśnie 72. urodziny, można być pewnym, że jeszcze nie raz o nim usłyszymy.

Arrigo Sacchi, José Mourinho, Arsene Wenger... Futbol zna wielu wybitnych trenerów, którzy w przeszłości nie zrobili wielkiej kariery jako piłkarze, a świat usłyszał o nich dopiero, kiedy zasiedli na ławce. I choć Franciszek Smuda jako zawodnik osiągnął stosunkowo wysoki poziom (m.in. przez trzy lata grał w Legii Warszawa), to urodzony w Lubomi obrońca nie należał do gwiazd swojego pokolenia. Przez niespełna 20 lat seniorskiej gry w piłkę reprezentował barwy klubów polskich, amerykańskich i niemieckich. W jego przypadku pożegnanie z murawą oznaczało dopiero początek wielkiej sportowej przygody: rywalizację o najwyższą stawkę, świętowanie sukcesów i... ogromną popularność.

TRENER LEGENDA

Są takie miejsca, do których zawsze chętnie się wraca. I w których niezależnie od okoliczności jest się traktowanym z największym szacunkiem i uznaniem. Dla Franciszka Smudy takim miejscem jest wschodnia strona Łodzi. Dla Widzewa to trener ikona. Ten, który po wielkich sukcesach klubu w latach osiemdziesiątych, w końcówce XX wieku przywrócił mu blask i doprowadził go do trzeciego i czwartego w historii mistrzostwa Polski. Oba tytuły klub z Alei Piłsudskiego wywalczył po zaciętej walce z warszawską Legią. O obu przesądziły pamiętne mecze w stolicy, wygrane przez łodzian 2:1 (w sezonie 1995/96) i 3:2 (1996/97). Emocje towarzyszące pierwszemu z tych spotkań przypomnieli po latach dziennikarze TVP Sport.

Tamten sukces pociągnął za sobą kolejny. Bo tak należało ocenić awans mistrzów Polski do elitarnej Ligi Mistrzów. Choć droga Widzewa do grona najlepszych 16 drużyn Europy nie była prosta. Ale czerwono-biało-czerwoni pod wodzą Franciszka Smudy zdążyli przyzwyczaić kibiców do emocjonujących końcówek. Tak było również w rywalizacji z Brøndby. Po wygranej 2:1 u siebie, w Kopenhadze łodzianie przegrywali już 0:3. I kiedy miejscowi działacze i kibice już świętowali sukces, to polski zespół po raz kolejny pokazał legendarny charakter.

Bramki z meczu Brøndby Kopenhaga - Widzew Łódź 3:2 (21.08.1996)

Faza grupowa to rywalizacja z mistrzami Niemiec, Hiszpanii i Rumunii, z którymi (co z dzisiejszej perspektywy trudno sobie wyobrazić) łodzianie toczyli wyrównaną walkę. Widzew ostatecznie nie awansował do ćwierćfinału, zajmując trzecie miejsce w grupie. Udowodnił jednak, że w europejskiej elicie nie znalazł się przypadkiem. Dla Smudy szczególnie ważna była rywalizacja z Borussią Dortmund. Szkoleniowiec, którego życie jest mocno związane z Niemcami, czuł się wyjątkowo urażony słowami legendy reprezentacji naszych zachodnich sąsiadów. Franz Beckenbauer stwierdził, że dla takich drużyn, jak mistrz Polski, nie ma miejsca w Lidze Mistrzów. Po meczu w Łodzi musiał nieco zweryfikować opinię. Widzew długo prowadził 2:1, żeby ostatecznie podzielić się z Borussią punktami. I choć oznaczało to pożegnanie z marzeniami o grze w fazie pucharowej, to zgromadzeni na stadionie kibice zdawali sobie sprawę, że tym razem gra toczyła się nie tylko o punkty. I po końcowym gwizdku mieli powody do satysfakcji. Tym większe, że jak czas pokazał, łodzianie zremisowali z triumfatorem całych rozgrywek.

 

Bramki z meczu Widzew Łódź - Borussia Dortmund 2:2 (20.11.1996)
Wywiad z trenerem F. Smudą po meczu Widzew Łódź - Borussia Dortmund 2:2 (20.11.1996) - rozmawia M. Madej, TVP

SZKOLENIOWA DROGA

Sukcesy z Widzewem były efektem kilkunastoletniej pracy trenera w poprzednich klubach. Doświadczenie zdobywał w niższych ligach niemieckich, pracował również w Turcji (w Altay SK i Konyasporze). Pierwszym polskim zespołem, który prowadził, była Stal Mielec, ale szybko dał się przekonać do przeprowadzki do Łodzi. I na pewno nie żałował. To właśnie z Widzewem osiągnął największe sukcesy (dwa mistrzostwa i jedno wicemistrzostwo Polski, Superpuchar i występy w pucharach). Sentyment sprawił, że do klubu wracał jeszcze czterokrotnie. Ostatni raz w sezonie 2017/18, kiedy objął drużynę odradzającą się, po upadku klubu, w trzeciej lidze. Celem był awans, który Widzewowi udało się wywalczyć, ale już bez Smudy. Przed ostatnią decydującą kolejką po dwóch remisach został zwolniony, a zespół do drugiej ligi wprowadził Radosław Mroczkowski. Sam „Franz” wielokrotnie podkreślał, że ma żal do działaczy za to, jak potraktowano go w „jego” klubie.

 

Franciszek Smuda jako trener Widzewa Łódź.Franciszek Smuda jako trener Widzewa Łódź.
FOT. CYFRASPORT

Ostatnia dotychczasowa przygoda Franciszka Smudy z Widzewem. Miał przeprowadzić klub z trzeciej ligi do ekstraklasy. Ostatecznie w Łodzi spędził jednak niespełna rok.

Pracę w Łodzi Smuda podejmował zdecydowanie najczęściej, ale jego CV jest bardziej okazałe. Poza Stalą i Widzewem w kraju prowadził jeszcze Wisłę Kraków (trzykrotnie), Legię Warszawa, Piotrcovię Piotrków Trybunalski, Odrę Wodzisław Śląski, Zagłębie Lubin (dwukrotnie), Lecha Poznań i Górnika Łęczna (dwukrotnie). 

Franciszek Smuda i Łukasz Garguła podczas meczu Wisły Kraków.Franciszek Smuda i Łukasz Garguła podczas meczu Wisły Kraków.
FOT. CYFRASPORT

Wisła Kraków jest jedynym poza Widzewem klubem, z którym Franciszek Smuda zdobył mistrzostwo Polski. Choć pod Wawelem pracował trzykrotnie (na zdjęciu z Łukaszem Gargułą w 2013 roku), do tytułu Białą Gwiazdę doprowadził tylko w sezonie 1998/99. Jako trener Lecha Poznań wywalczył natomiast Puchar Polski w 2009 roku.

Wieloletnie doświadczenie nabyte w czołowych klubach przyniosło trenerowi nie tylko sukcesy i popularność, ale także uznanie ekspertów i dziennikarzy. Nic dziwnego, że Smudę często wymieniano w gronie kandydatów na selekcjonera reprezentacji Polski. Na swoją szansę musiał jednak czekać wiele lat. Ale się doczekał i dostał ją w najważniejszym momencie dla naszego futbolu.

Franciszek Smuda z nagrodą "trenera roku" w plebiscycie tygodnika "Piłka Nożna" w 1999 roku.Franciszek Smuda z nagrodą "trenera roku" w plebiscycie tygodnika "Piłka Nożna" w 1999 roku.
FOT. PAP

Franciszek Smuda wielokrotnie odbierał nagrody i wyróżnienia. Pięciokrotnie został „Trenerem Roku” w plebiscycie tygodnika „Piłka Nożna”. Na zdjęciu, również ze statuetką, na gali podsumowującej 1999 rok.

WYZWANIE ŻYCIA

Prowadzenie drużyny narodowej w ważnym turnieju po raz pierwszy rozgrywanym we własnym kraju to marzenie każdego trenera. Jedynym Polakiem, który tego doświadczył. był Franciszek Smuda. To jemu powierzono misję zbudowania drużyny na Euro 2012 w Polsce i na Ukranie. Nie miał łatwego zadania, bo przywilej gospodarza jest dla selekcjonera prawdziwym utrapieniem. Przygotowanie zespołu bez rywalizacji w spotkaniach o stawkę to nie lada wyzwanie. Smuda zadebiutował w meczu z Rumunią w listopadzie 2009 roku. Biało-czerwoni przegrali 0:1.

Wywiad z trenerem F. Smudą - rozmawia J. Kurowski, TVP

Selekcjoner na wybór zawodników i przygotowania zespołu miał ponad 2,5 roku. W tym czasie biało-czerwoni rozegrali 34 spotkania. 15 wygrali, 11 zremisowali, a 8 przegrali. Wśród nich szczególnie pamiętne były: sromotna klęska z Hiszpanią (0:6 w czerwcu 2010 roku), efektowna wygrana z Wybrzeżem Kości Słoniowej (3:1 w listopadzie 2010 roku), czy wypuszczone z rąk w ostatniej chwili zwycięstwo nad Niemcami (2:2 we wrześniu 2011 roku). Ten czas to również nieustanne dyskusje, oceny i spekulacje dotyczące drogi drużyny narodowej. Nie mogło to dziwić, ponieważ na sukces podczas mistrzostw Europy liczyli przecież wszyscy. Smuda musiał zatem zmagać się z ogromną presją, a często również krytyką ze strony dziennikarzy. W swoim charakterystycznym stylu odpierał zarzuty, a jego niektóre wypowiedzi w trakcie wywiadów i konferencji prasowych stały się kultowe.

To nie jest złapany Jasiu z łapanki, tylko to jest Jasiu Furtok. Jasiu zna, jak pachną skarpetki, jakie boisko jest dobre, jakie buty są dobre. To jest człowiek z branży.
Franciszek Smuda o nowym współpracowniku
ZŁOTE MYŚLI SELEKCJONERA
Przed własną publicznością padliny grać nie można. Musimy przez 90 minut być „desperados”.
Franciszek Smuda o stylu reprezentacji Polski
ZŁOTE MYŚLI SELEKCJONERA
Możemy przegrać nawet 0:9, ale mamy atakować.
Franciszek Smuda o oczekiwaniach wobec piłkarzy
ZŁOTE MYŚLI SELEKCJONERA
Przecież nie jesteśmy ogórkami. Polacy mają naturalne predyspozycje do gry w piłkę, mają także serce do futbolu. (...) Zapewniam, że nie będziemy na pewno chłopcami do bicia jak w ostatnich latach!
Franciszek Smuda o polskim futbolu
ZŁOTE MYŚLI SELEKCJONERA

Gdy przyszedł czas próby, Polacy nie zostali „chłopcami do bicia”, ale nie zrealizowali postawionego przed nimi celu, jakim było wyjście z grupy. Zaczęło się od remisu w emocjonującym meczu otwarcia z Grekami. Później przyszedł kolejny podział punktów z Rosją i porażka w meczu o wszystko z Czechami. Polscy kibice nie musieli się wstydzić za biało-czerwonych, ale w kraju panowała atmosfera ogromnego rozczarowania. W grze reprezentacji Franciszka Smudy zabrakło tych cech, z których znane były prowadzone przez niego drużyny: nieustępliwości, zaangażowania, gry do przodu i walki do ostatniej minuty. I to przede wszystkim obciążało selekcjonera, który po turnieju zakończył pracę z kadrą.

Franciszek Smuda po meczu Czechy - Polska 1:0 na Euro 2012.Franciszek Smuda po meczu Czechy - Polska 1:0 na Euro 2012.
FOT. CYFRASPORT

Mina Franciszka Smudy mówi wszystko. Dwa punkty w trzech meczach i zakończenie udziału w Euro 2012 po fazie grupowej. Nie tak to miało wyglądać.

JEDYNY TAKI

Najważniejszy turniej w karierze Franciszka Smudy nie zakończył się happy endem, ale trener nie porzucił pracy na ławce. Bo piłka nożna to całe jego życie. Sport, który dostarcza zarówno radości, jak i rozczarowań. Na pewno polski futbol bez „Franza” nie byłby taki sam. I jeśli można mieć żal za niespełnione oczekiwania w 2012 roku, nie sposób nie docenić wkładu, jaki ten szkoleniowiec wniósł w rozwój i sukcesy tej dyscypliny w Polsce, przyczyniając się także do zwiększenia jej popularności. Przede wszystkim za to, z okazji 73. urodzin, Panu Trenerowi należą się podziękowania oraz wyrazy szacunku.