Włodzimierz SmolarekWłodzimierz Smolarek
Kroniki16 lipca 1957
16 lipca 1957
Autor: Krzysztof Jaśniok
Data dodania: 15.07.2020
FOT. EAST NEWSFOT. EAST NEWS

Nikt tak jak on nie potrafił zatańczyć walca w narożniku boiska ani pognać z piłką na bramkę mijając rywali jak slalomowe tyczki. Mówiono o nim „waleczne serce”, bo do każdego meczu podchodził jak do bitwy na śmierć i życie. Z wykształcenia cukiernik, z przymusu stajenny, z zamiłowania kawalarz. 63 lata temu urodził się Włodzimierz Smolarek – człowiek, bez którego w dziewiątej dekadzie XX wieku nie byłoby sukcesów reprezentacji Polski i łódzkiego Widzewa.

Jajcarz był z niego jakich mało. We wrześniu 1982 roku, krótko po pamiętnych dla nas mistrzostwach świata w Hiszpanii, Legia grała na stadionie przy Łazienkowskiej ligowy mecz z Widzewem. Na trybunach ze 20 tysięcy ludzi, wiadomo, niezbyt przychylnych wobec gości z Łodzi, mimo że mieli oni w składzie bohaterów mundialu: Romana Wójcickiego i Smolarka właśnie. Do przerwy przez pole karne przyjezdnych przeszła istna nawałnica. Najpierw do siatki trafił Edward Załężny, po nim Andrzej Buncol, potem Janusz Turowski i wreszcie znów Buncol. Publiczność była w ekstazie. Wojskowi po pierwszej połowie prowadzili 4:0.

Po zmianie stron stało się jednak coś dziwnego. Najpierw sędziujący mecz Alojzy Jarguz – zresztą też jeden z uczestników España 82 – na chwilę przerwał zawody i jął gorączkowo szukać czegoś w okolicach środka boiska. Gdy zaś wznowił grę, zaczęła się istna rzeź niewiniątek. Każdą akcję Legii łodzianie przerywali faulem, na ogół dość brutalnym, a arbiter zamiast szybko ukrócić te zapędy, ograniczał się tylko do dyktowania wolnych. Na Żylecie aż wrzało, miejscowi kibice coraz głośniej domagali się kartek. A sędzia nic. Tylko dziwnie przewracał oczami.

Tak było do chwili, gdy Smolarek dostał piłkę w uliczkę i znalazł się sam na sam z Jackiem Kazimierskim. Chorągiewka poszła w górę, zabrzmiał gwizdek – spalony! Napastnik Widzewa nie mógł pogodzić się z tym werdyktem. Podbiegł do pana Jarguza, schylił się, wyciągnął coś spod getrów. I nagle pokazał sędziemu… najpierw żółtą, a zaraz po niej czerwoną kartkę. Cały stadion zaniósł się śmiechem. A najgłośniej rechotali ci, którzy jeszcze przed chwilą arbitra i każdego z łódzkich piłkarzy najchętniej posłaliby do diabła.

Szelmowski uśmiech na twarzy Włodzimierza Smolarka. Na szczęście tym razem nie przyszło mu do głowy, by gwizdnąć sędziemu kartki, dzięki temu arbiter mógł w półfinale mundialu w Hiszpanii upomnieć włoskiego obrońcę Fulvio Collovatiego. Za nimi stoi Grzegorz Lato.Szelmowski uśmiech na twarzy Włodzimierza Smolarka. Na szczęście tym razem nie przyszło mu do głowy, by gwizdnąć sędziemu kartki, dzięki temu arbiter mógł w półfinale mundialu w Hiszpanii upomnieć włoskiego obrońcę Fulvio Collovatiego. Za nimi stoi Grzegorz Lato.
FOT. PAP

Szelmowski uśmiech na twarzy Włodzimierza Smolarka. Na szczęście tym razem nie przyszło mu do głowy, by gwizdnąć sędziemu kartki, dzięki temu arbiter mógł w półfinale mundialu w Hiszpanii upomnieć włoskiego obrońcę Fulvio Collovatiego. Za nimi stoi Grzegorz Lato.

DEZERTER ŚCIGA SIĘ Z KOŃMI

 

Taki numer Smolarek zrobił kilka razy podczas piłkarskiej kariery. Nie wiadomo, czy po prostu miał szczęście i właśnie w meczach z jego udziałem sędziowie gubili kartoniki, czy też jakoś sprytnie wyciągał im je z kieszeni. W każdym razie figiel, którego spłatał przy Łazienkowskiej, dał mu zapewne jakąś satysfakcję, bo z Legią miał niezałatwione rachunki. A wszystko zaczęło się późną jesienią 1977 roku.

Młody chłopak z Aleksandrowa Łódzkiego, syn piłkarza miejscowego klubu Włókniarz, który z początku zapowiadał się nie niezłego cukiernika (uczył się zawodu u mistrzów Antczaka i Balcerka), porzucił pieczenie ciast i przeprowadził się do Łodzi, by grać w budującym swoją potęgę Widzewie. Strzelał dużo goli w rozgrywkach juniorów, więc szybko wpadł w oko działaczom ze stolicy, którzy pod pretekstem służby wojskowej ściągali do Legii najbardziej utalentowanych piłkarzy z całej Polski. Tak – chcąc nie chcąc – Smolarek znalazł się w Warszawie. 

Na debiut w ekstraklasie czekał kilka miesięcy, ale kiedy już dostał szansę, szybko przebił się do podstawowego składu. Wojskowi zaproponowali mu kontrakt na zawodowego żołnierza i pozostanie w klubie. Wtedy o powrót zdolnego piłkarza do Łodzi postanowił zawalczyć Widzew. Przepychanki trwały do czasu, gdy Smolarek dał się namówić, by zagrać w jednym ze sparingów w barwach RTS-u. W Warszawie potraktowano to jak samowolne opuszczenie… jednostki i zaczęto grozić mu sądem za dezercję. Na szczęście za kratkami nie wylądował. Usunięto go z drużyny i resztę służby odbył w sekcji jeździeckiej Legii w Starej Miłośnie. Podobno miał tam sprzątać stajnie i – aby zabić nudę – czasami ścigał się z końmi. Do Widzewa wrócił wiosną 1979 roku.

Zawodnicy Widzewa przed meczem rewanżowym z Juventusem w 1/16 finału Pucharu UEFA. Pierwsze spotkanie łodzianie wygrali 3:1, w Turynie padł taki sam wynik, ale dla gospodarzy, w karnych lepsza była drużyna z Polski. Od lewej: Mirosław Tłokiński, Jerzy Klepczyński, Józef Młynarczyk, Bogusław Plich, Włodzimierz Smolarek i Piotr Romke.Zawodnicy Widzewa przed meczem rewanżowym z Juventusem w 1/16 finału Pucharu UEFA. Pierwsze spotkanie łodzianie wygrali 3:1, w Turynie padł taki sam wynik, ale dla gospodarzy, w karnych lepsza była drużyna z Polski. Od lewej: Mirosław Tłokiński, Jerzy Klepczyński, Józef Młynarczyk, Bogusław Plich, Włodzimierz Smolarek i Piotr Romke.
FOT. PAP

Zawodnicy Widzewa przed meczem rewanżowym z Juventusem w 1/16 finału Pucharu UEFA. Pierwsze spotkanie łodzianie wygrali 3:1, w Turynie padł taki sam wynik, ale dla gospodarzy, w karnych lepsza była drużyna z Polski. Od lewej: Mirosław Tłokiński, Jerzy Klepczyński, Józef Młynarczyk, Bogusław Plich, Włodzimierz Smolarek i Piotr Romke.

OKO W OKO Z BOSKIM DIEGO

 

Nim odbudował formę po tej przymusowej przerwie, minęło kilka kolejnych miesięcy. Z początkiem nowej dekady zaczął się dla niego jednak złoty okres, który zapoczątkowały sukcesy klubowe. Najpierw było wicemistrzostwo Polski i pamiętne mecze w Pucharze UEFA z Manchesterem United oraz Juventusem Turyn. Potem zdobyte dwa z rzędu tytuły mistrza kraju.

W międzyczasie zadebiutował w reprezentacji. I to jak! Biało-czerwoni zmierzyli się w Buenos Aires z Argentyną z młodym Diego Maradoną w składzie. W 51. minucie to po faulu właśnie na Smolarku sędzia podyktował karnego, którego na gola zamienił Włodzimierz Ciołek.

1:1 Gol W. Ciołka z karnego po faulu na W. Smolarku

Na pierwszą bramkę w narodowej kadrze musiał poczekać jeszcze dwa miesiące. Poprzedziła ją słynna „afera na Okęciu”, której był jednym z głównych bohaterów. To on bowiem towarzyszył Józefowi Młynarczykowi w nocnych hulankach przed wylotem na zgrupowanie. Smolarkowi się jednak upiekło. Dostał karę w zawieszeniu, więc kilkanaście dni później mógł zagrać w eliminacjach mundialu 1982 i strzelić gola Maltańczykom.

0:1 Gol W. Smolarka, asysta M. Dziuby

Mecz został przerwany w 77. minucie, bo na boisko posypały się kamienie. Długo wydawało się, że chuligański wybryk miejscowych fanów był reakcją na złe ich zdaniem sędziowanie, ale po latach Smolarek przyznał się, iż dołożył do tej awantury swoje trzy grosze. 

Czasem zastanawiam się, czy to aby nie ja sprowokowałem te nieprzyjemne wydarzenia? Kiedy strzeliłem gola na 1:0, pokazałem miejscowym kibicom środkowy palec prawej ręki. Zaczął się kocioł.
Cytat pochodzi z książki Jacka Perzyńskiego „Smolar. Piłkarz z charakterem”; Wydawnictwo Erica, Warszawa 2012
MAŁY NIEWINNY GEST

Jeśli popełnił w tej sprawie błąd, to odkupił go znakomitym występem w Lipsku, który przypieczętował awans biało-czerwonych na mundial w Hiszpanii. Napastnik Widzewa strzelił drużynie NRD dwa gole, a ten na 1:3 – opatrzony słynnym komentarzem Jana Ciszewskiego: „Smolarek idzie lewą stroną, nie ma jednak nikogo, nikt nie idzie w sukurs, bierze teraz na siebie, poszedł na zwód na lewą stronę i proszę państwa gooool!” – na zawsze już zapisał się w historii polskiego futbolu.

1:3 Gol W. Smolarka, asysta W. Matysika
TANGO W NAROŻNIKU

 

Co ciekawe, bramki dla reprezentacji zdobywał tylko w spotkaniach o punkty – i to zwykle w newralgicznych chwilach. Tak było podczas mistrzostw świata 1982, gdy po dwóch i pół meczu bez gola dla biało-czerwonych to właśnie on przełamał strzelecki impas. Zanim trafił do siatki, biegał jak oszalały za piłką, próbując ją odebrać Peruwiańczykom.

1:0 W. Smolarek po przejęciu piłki

Jak było trzeba, brał na siebie ciężar gry i wymyślał naprędce coś, co pozwalało drużynie przetrwać trudne chwile. Tak było w pamiętnym meczu z ZSRR, gdy biało-czerwoni musieli utrzymać remis dający awans do półfinału. W końcówce spotkania Smolarek kilka razy pobiegł z piłką do narożnika boiska i tam kradł kolejne sekundy, bawiąc się w kotka i myszkę z radzieckimi obrońcami. „Ruskie w ogóle nie wiedzieli wtedy, co się dzieje” – wspominał po latach Janusz Kupcewicz.

Zabawa W. Smolarka z piłką w narożniku boiska

Cztery lata później na mundialu w Meksyku to on jako jedyny z naszych piłkarzy trafił do siatki. „Brawo, panie Włodzimierzu, brawo Polacy! Przytomność umysłu do końca, stoicki spokój” – zachwycał się komentujący mecz Dariusz Szpakowski.

1:0 W. Smolarek

Niestety, nadzieja, którą wlał Smolarek w nasze serca w spotkaniu z Portugalią, szybko zgasła. Biało-czerwoni wrócili z tego turnieju na tarczy.

 

FRANKFURT, ROTTERDAM, UTRECHT

 

Po mistrzostwach Smolarek zrealizował wreszcie swoje marzenie i wyjechał za granicę. Trafił do Eintrachtu Frankfurt, gdzie jednak od początku miał pod górkę. Zanim przekonał do siebie trenera i partnerów z drużyny, minęło ładnych kilka miesięcy.

Dla kolegów z zespołu byłem tylko „głupim Polaczkiem”. Niemcy na każdym kroku chcieli mi pokazać, że się nie nadaję. Na treningach nie podawali mi piłki, ciągle kopali. Na kolejny trening założyłem więc ochraniacze, najdłuższe korki i poszedłem na całość. Najpierw zacząłem ich denerwować zakładaniem „siatek”, a potem „wykosiłem” pół drużyny. Trener wściekły. Pyta, co ja wyprawiam. Ja mu na to: „A jak mnie kopali, to pan nie reagował!”.
Cytat pochodzi z artykułu Piotra Bobakowskiego dla Wirtualnej Polski; 16 lipca 2017 r.
SMOLAREK O PIERWSZYCH DNIACH WE FRANKFURCIE

Z Eintrachtem zdobył Puchar Niemiec, ale klub nie przedłużył z nim kontraktu. Potem grał jeszcze w Holandii: najpierw w Feyenoordzie Rotterdam, później w FC Utrecht. Koszulkę z orłem na piersi zakładał już sporadycznie. O ile w eliminacjach Euro 1988 był jeszcze kluczowym graczem, to potem na długo wypadł z kadry. Ostatni raz zagrał w niej już po upadku komuny, w kwalifikacjach mundialu 1994. W starciu z Holandią (2:2) wszedł na boisko w miejsce Wojciecha Kowalczyka i miał nawet szansę zdobyć zwycięską bramkę.

Znakomita okazja W. Smolarka, broni S. Menzo

Piłkarskie buty zawiesił na kołku, gdy miał prawie czterdzieści lat. Został trenerem grup młodzieżowych w Feyenoordzie, gdzie futbolowego abecadła uczył się m.in. jego syn Ebi, późniejszy reprezentant Polski. Na początku drugiej dekady XXI wieku wrócił do kraju i pracował jako skaut w PZPN. Zmarł 10 marca 2012 roku, niespodziewanie, podczas snu. Przeżył zaledwie 55 lat.

Włodzimierz SmolarekWłodzimierz Smolarek
FOT. EAST NEWS

Włodzimierz Smolarek z żoną Moniką i synami: Euzebiuszem (z lewej) i Mariuszem.

Dziwnym zrządzeniem losu na kilka dni później był zaplanowany ligowy mecz drużyn, w których grał w ostatnich latach kariery. Uczczono jego pamięć minutą ciszy, a piłkarze zarówno Utrechtu, jak i Feyenoordu zagrali z czarnymi opaskami na ramionach. Włodzimierz Smolarek – medalista mundialu, 60-krotny reprezentant kraju, jeden z najlepszych zawodników w historii polskiego futbolu – został pochowany w rodzinnym grobowcu na cmentarzu parafialnym w Aleksandrowie Łódzkim.