Jan Liberda

Krzysztof Jaśniok,

/ FOT. EAST NEWS

6 lutego 2020 roku po długiej i ciężkiej chorobie zmarł Jan Liberda – filar reprezentacji Polski w pierwszej połowie lat 60. XX wieku. Dwukrotny mistrz kraju i dwukrotny król strzelców ekstraklasy przez niemal całą karierę grał w barwach bytomskiej Polonii.

Na świat przyszedł w Bytomiu, ale niewiele brakowało, by zrobił karierę jako piłkarz klubu innego ze śląskich miast. Gdy po wojnie zaczęły na nowo powstawać sportowe stowarzyszenia, 12-letni Liberda zapisał się do Ogniwa (taką nazwę nosiła wówczas Polonia), jednak tam nie poznano się na jego talencie, więc po roku zaczął jeździć do Chorzowa na treningi Budowlanych (wcześniej AKS-u). Gdy doszło do konfrontacji obu drużyn na szczeblu juniorów, działacze z Bytomia zrozumieli swój błąd i namówili chłopaka, aby wrócił do rodzinnego miasta. Tak się stało i przez dziewiętnaście kolejnych lat niewysoki lewy łącznik grał dla swojej ukochanej Polonii.

W lidze zadebiutował w 1954 roku w meczu z Ogniwem Kraków (Cracovią). Miał wtedy 18 lat. Kibice od razu zwrócili uwagę na jego nieszablonowe zwody, atomowy strzał i odwagę, z jaką podejmował walkę z silniejszymi i wyższymi od siebie rywalami. W tym samym roku został mistrzem Polski. Na debiut w reprezentacji czekał jednak aż do 1959 roku. Miał pecha, bo na jego pozycji grały wówczas takie tuzy, jak Gerard Cieślik, Ernest Pohl czy Zbigniew Szarzyński. Dostał szansę, bo w tamtym sezonie pierwszy raz sięgnął po koronę króla ligowych strzelców.

Najpiękniejszy w jego karierze był rok 1962. Świętował wtedy drugie z Polonią mistrzostwo, a także zwycięstwo w plebiscycie katowickiego „Sportu” na najlepszego ligowca sezonu. Przez szesnaście lat gry w ekstraklasie zdobył w sumie 146 bramek, co do dziś daje mu miejsce w pierwszej dziesiątce najskuteczniejszych zawodników ligi. W kadrze narodowej nie szło mu już tak dobrze. W 35 meczach strzelił osiem goli. Co ciekawe, miał wyjątkową umiejętność pokonywania latynoskich bramkarzy. W 1966 roku podczas pierwszego w historii tournée reprezentacji po Ameryce Południowej Liberda był jedynym polskim piłkarzem, który trafiał do siatki w każdym meczu: w obu z Brazylią i w tym z Argentyną. Po meczu w Buenos Aires zachwycili się nim tamtejsi dziennikarze, nadając mu przydomek „Biały Pelé”.

ZOBACZ STRONĘ MECZU

Liberda miał wielką smykałkę nie tylko do piłki, ale też do interesów. W jednym z wywiadów opowiedział taką oto historię.

Kiedy szedłem przez rynek, zaczepiali mnie taksówkarze. Oni mieli kasę i uwielbiali się ze mną zakładać. Ile bramek strzelę albo jak wysoko wygramy. A to były niezłe sumki... Premię za wygraną mieliśmy na przykład na poziomie 600 złotych, a ja z takich zakładów potrafiłem wyciągnąć i 1500 złotych, i 2000! Trenerzy nigdy o tych zakładach nie wiedzieli. Koledzy – i owszem. No to przychodzili potem pod prysznicem i pytali po cichu: „Ileś zarobił?”. I trącali: „No to odpal coś, boś sam tego meczu nie wygrał”. Dawałem im w łapę stówkę albo dwie. A za tydzień – od nowa.

Jan Liberda w wywiadzie dla portalu klubowego Polonii Bytom
ZAŁÓŻ SIĘ PAN, ŻE STRZELĘ

Jego wyjątkowa przedsiębiorczość była zresztą przyczyną przedwczesnego rozstania z reprezentacją. Pod koniec lipca 1967 roku nasz zespół zmierzył się z ZSRR w eliminacjach olimpijskich. Mecz odbył się we Wrocławiu, a po nim kadra pojechała do Warszawy, skąd miała wylecieć na rewanż do Moskwy. Liberda umówił się z trenerem, że dołączy do zespołu dwa dni później, bo na granicy z NRD miał odebrać swoje wymarzone auto – perełkę zachodniej myśli motoryzacyjnej forda taurusa. Formalności się jednak przeciągnęły. Gdy piłkarz zadzwonił do hotelu, by poinformować selekcjonera, że dotrze do stolicy w ostatniej chwili, nikt nie chciał z nim rozmawiać. Skończyło się na tym, że do Warszawy nie pojechał wcale.

Liberdę zdyskwalifikowano na dwa miesiące, ale w reprezentacji już nie zagrał. Pozwolono mu za to wyjechać za granicę. Najpierw krótko grał w Orłach Chicago, a potem przez dwa sezony w holenderskim AZ Alkmaar. Wrócił do Polski w 1971 roku i został trenerem. Prowadził Zagłębie Sosnowiec i bytomską Polonię, pracował też w RFN z piłkarzami Oldenburga i TuS Schloß Neuhaus. Z życia zawodowego wycofał się na początku lat 90. Po siedemdziesiątce zaczął chorować na Alzheimera. Zmarł w wieku 83 lat.