Po awans czy na piknik?

Rafał Byrski,

Obie jedenastki przed meczem w Chorzowie. W Amsterdamie Polacy zagrali w identycznym składzie jak na Stadionie Śląskim. Holendrzy dokonali aż czterech zmian. / FOT. PAP

O roli kobiet w historii wiemy sporo, ale o ich roli w dziejach polskiego futbolu, szczególnie tego reprezentacyjnego, już znacznie mniej. Najbardziej znana chyba jest sprawa związana z rewanżowym meczem z Holandią w eliminacjach mistrzostw Europy 1976.

Polscy piłkarze lecieli do Amsterdamu w wyjątkowo dobrych humorach. Nie tylko z powodu niedawnej chorzowskiej wiktorii nad Pomarańczowymi 4:1, ale także dlatego, że w wyprawie towarzyszyły im… żony i narzeczone zaproszone przez PZPN. Jeden z najważniejszych meczów tych eliminacji został potraktowany po macoszemu. Piłkarze, zamiast w ciszy i spokoju przygotowywać się do decydującego starcia z wicemistrzami świata, myślami byli zupełnie gdzie indziej.

Tak całą sytuację wspominał ówczesny selekcjoner Kazimierz Górski: „Do Amsterdamu przyjechało sporo naszych rodaków m.in. z Francji, Belgii, Anglii, a nawet Stanów Zjednoczonych. Zjawił się też Włodek Lubański. My z kolei odwiedziliśmy statek zacumowany w porcie. Było bardzo miło, marynarze wychodzili z siebie, aby nas jak najlepiej ugościć. Potem trening, krótka dyskusja, podczas której wyczuwałem jakby nerwowy nastrój w drużynie. Postanowiłem dociec jego przyczyny i co się okazało? Umówili się na wieczorne telefony do żon, które na moje utrapienie ktoś nieopatrznie zaprosił do Holandii. Wprawdzie umieszczono je w nadmorskim pensjonacie, położonym kilkadziesiąt kilometrów od Amsterdamu, ale gorąca linia funkcjonowała, gdy tylko telefony znajdowały się w zasięgu ręki piłkarzy. Przyjazd żon to również rezultat euforii wywołanej sukcesem chorzowskim*”.

Najciekawsze, najważniejsze, a często unikatowe. Tu zobaczysz materiały wideo dotyczące polskiego futbolu.

Wyjazd przypominał piknik, a nie poważny mecz z wyjątkowo mocnym i pałającym żądzą rewanżu rywalem. To nie mogło skończyć się dobrze. Holendrzy, na czele z genialnym Johanem Cruyffem, pewnie wygrali 3:0. Lider Oranje zagrał koncertowo, czego nie można powiedzieć o liderze biało-czerwonych. Kazimierz Deyna nie był sobą. Po ponad godzinie kiepskiej gry zastąpił go Bronisław Bula z Ruchu Chorzów, który zresztą na początku kariery przez wielu dziennikarzy był uważany za piłkarza tego samego formatu co „Kaka”.

Co ciekawe, Deyna w tym meczu nie pełnił funkcji kapitana drużyny. W tej roli zastąpił go Zygmunt Maszczyk. Powodem odebrania zawodnikowi Legii opaski było wydarzenie z ligowego meczu z Górnikiem Zabrze, poprzedzającego spotkanie z Holandią. Deyna po starciu z Henrykiem Wieczorkiem został ukarany czerwoną kartką. Po tym incydencie media postulowały, by „Kaki” w ogóle nie powoływać na rewanż w Amsterdamie. W tej kwestii Górski pozostał nieugięty, ale dał się przekonać, by zabrać Deynie kapitańską opaskę. No i dopuścił do sytuacji, gdy ważniejsze niż mecz były dla jego piłkarzy zupełnie inne aktywności.

* Cytat pochodzi z książki Kazimierza Górskiego „Z ławki trenera”, Wyd. Sport i Turystyka, Warszawa 1981

► ZOBACZ STRONĘ MECZU HOLANDIA - POLSKA (ELIMINACJE ME 1976)