Reprezentacja Polski przed meczem z drużyną związkowców francuskich; maj 1947 roku.Reprezentacja Polski przed meczem z drużyną związkowców francuskich; maj 1947 roku.
KronikiPierwszy po wojnie
Pierwszy po wojnie
Autor: Krzysztof Jaśniok
Data dodania: 10.06.2020
FOT. PAPFOT. PAP

2845 dni. W większości strasznych, wypełnionych bólem, cierpieniem i gniewem. Dokładnie tyle czasu dzieliło dwa kolejne występy reprezentacji Polski, które na liście PZPN noszą numer odpowiednio 83 i 84. Tuż przed wybuchem II wojny światowej biało-czerwoni zwyciężyli w Warszawie 4:2 wicemistrzów świata Węgrów. Kolejny mecz było dane im zagrać dopiero 11 czerwca 1947 roku. W Oslo przegrali z Norwegią 1:3.

Pierwsze oficjalne spotkanie po wojnie nasza reprezentacja rozegrała dość późno, ale piłkarskie życie wróciło nad Wisłę krótko po zdobyciu Berlina. Pod koniec czerwca 1945 roku w Krakowie wznowił działalność PZPN. Funkcję prezesa powierzono Tadeuszowi Kucharowi, bratu Wacława, ikony polskiego sportu, a kapitanem związkowym został słynny w latach 20. napastnik Białej Gwiazdy Henryk Reyman. To właśnie on miał wybrać zawodników, którzy znajdą się w narodowej kadrze.

Reprezentacja Polski pierwsze mecze po wojnie rozegrała pod szyldem CRZZ (Centralnej Rady Związków Zawodowych). Wiosną 1946 roku wybrała się do Francji, by zmierzyć się z drużyną złożoną z tamtejszych robotników. Rok później Trójkolorowi przyjechali z rewizytą i zagrali z biało-czerwonymi na stadionie warszawskiej Legii.Reprezentacja Polski pierwsze mecze po wojnie rozegrała pod szyldem CRZZ (Centralnej Rady Związków Zawodowych). Wiosną 1946 roku wybrała się do Francji, by zmierzyć się z drużyną złożoną z tamtejszych robotników. Rok później Trójkolorowi przyjechali z rewizytą i zagrali z biało-czerwonymi na stadionie warszawskiej Legii.
FOT. PAP

Reprezentacja Polski pierwsze mecze po wojnie rozegrała pod szyldem CRZZ (Centralnej Rady Związków Zawodowych). Wiosną 1946 roku wybrała się do Francji, by zmierzyć się z drużyną złożoną z tamtejszych robotników. Rok później Trójkolorowi przyjechali z rewizytą i zagrali z biało-czerwonymi na stadionie warszawskiej Legii.

ZANIM ZAPADŁA KURTYNA

 

W tym samym roku latem i jesienią Reyman uważnie przyglądał się piłkarzom, którzy pod szyldem reprezentacji Śląska, Polski Południowej czy Krakowa rozgrywali mecze z klubami z Czech oraz ekipami występującymi jako reprezentacje Pragi i Belgradu. Spośród nich zrekrutował drużynę, która na wiosnę 1946 roku pod szyldem Centralnej Rady Związków Zawodowych wybrała się na tournée do Francji. W naszym kraju powoli instalowała się już komuna, więc biało-czerwoni oficjalnie mogli zmierzyć się z zespołami reprezentującymi tylko środowiska robotnicze. W Reims pokonali Trójkolorowych,  ale potem przegrali w Paryżu aż 0:5 z jedenastką włoską. W drodze powrotnej wzięli jeszcze udział w turnieju w Lens, zorganizowanym przez miejscową Polonię. Gospodarze wystawili dwie ekipy. Z pierwszą z nich zespół Reymana wygrał 3:2, z drugą 3:1 i zdobył Puchar Rady Polaków we Francji.

Sytuacja polityczna z miesiąca na miesiąc stawała się coraz trudniejsza, ale w tym czasie nasz kraj jeszcze nie był za Żelazną Kurtyną. Niespełna pół roku później doszło więc do kolejnego tournée – tym razem po Wyspach Brytyjskich.

W październiku 1946 roku nieoficjalna reprezentacja Polski występująca jako Śląsk zmierzyła się ze szkockimi klubami na ich terenie. W Dundee Polacy przegrali 0:2, potem odnieśli dwa zwycięstwa w Greenock 3:1 i w Glasgow 2:1. Ten ostatni sukces odniesiony na Hampden Park w obecności 40 tysięcy widzów z teamem Queens Park i Thirk Lanark odbił się szerokim echem w środowisku szkockiej Polonii, która gorąco dopingowała nasz zespół.
Cytat pochodzi z książki „Wielki finał”; praca zbiorowa; Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1974
SZKOCJA PODBITA!

Niestety, na tym skończyły się wojaże biało-czerwonych po Europie Zachodniej. Gdy władze komunistyczne dowiedziały się, że w Szkocji kilku naszym zawodnikom złożono propozycję gry w tamtejszych klubach, zapadła decyzja, że kolejnego takiego wyjazdu nie będzie. Od tej pory przez blisko dekadę reprezentacja grała tylko z drużynami z Bloku Wschodniego i czasem ze Skandynawami, z którymi rząd w Warszawie najszybciej nawiązał kontakty dyplomatyczne.

Kilka dni przed wylotem do Oslo reprezentacja zmierzyła się na stadionie przy Łazienkowskiej z drużyną Warszawy i wygrała 5:2. Strzał oddaje uczestnik historycznego meczu z Norwegią Tadeusz Świcarz, broni bramkarz Legii Henryk Skromny.Kilka dni przed wylotem do Oslo reprezentacja zmierzyła się na stadionie przy Łazienkowskiej z drużyną Warszawy i wygrała 5:2. Strzał oddaje uczestnik historycznego meczu z Norwegią Tadeusz Świcarz, broni bramkarz Legii Henryk Skromny.
FOT. PAP

Kilka dni przed wylotem do Oslo reprezentacja Polski zmierzyła się na stadionie przy Łazienkowskiej z drużyną Warszawy i wygrała 5:2. Strzał oddaje uczestnik historycznego meczu z Norwegią Tadeusz Świcarz, broni bramkarz Legii Henryk Skromny.

DWÓCH SMUTNYCH PANÓW

 

Pierwotnie biało-czerwoni mieli zainaugurować powojenne występy meczem ze Szwecją, ale tamtejsza federacja ostatecznie wycofała się z umowy i wtedy z propozycją zgłosili się Norwegowie. Po dwóch latach przygotowań, selekcji i treningów selekcjoner Reyman ogłosił skład i wezwał zawodników na zgrupowanie do Warszawy. Tam przez kilka dni prowadził treningi i tłumaczył piłkarzom założenia taktyczne. Do Oslo jednak nie poleciał.

Już na lotnisku podeszło do niego dwóch smutnych panów, pokazało legitymacje i ogłosiło, że kapitan związkowy ma zakaz opuszczania kraju. Komuniści dość późno, ale jednak zorientowali się, że Reyman trener to ten sam człowiek, który w 1920 roku jako młody piłkarz brał udział w wojnie z bolszewikami. Odebrano mu paszport, a wkrótce pozbawiono stanowiska. Do pracy z kadrą wrócił dopiero w 1956 roku, gdy na fali tzw. odwilży władzę w kraju przejął Władysław Gomułka.

Gerarda Cieślika kibice nosi na rękach już jako dwudziestolatka. Znakomity snajper zadebiutował w narodowych barwach właśnie w spotkaniu z Norwegią. Pierwszego gola w reprezentacji strzelił miesiąc później w przegranym 1:2 meczu z Rumunią w Warszawie.Gerarda Cieślika kibice nosi na rękach już jako dwudziestolatka. Znakomity snajper zadebiutował w narodowych barwach właśnie w spotkaniu z Norwegią. Pierwszego gola w reprezentacji strzelił miesiąc później w przegranym 1:2 meczu z Rumunią w Warszawie.
FOT. PAP

Gerarda Cieślika kibice nosi na rękach już jako dwudziestolatka. Znakomity snajper zadebiutował w narodowych barwach właśnie w spotkaniu z Norwegią. Pierwszego gola w reprezentacji strzelił miesiąc później w przegranym 1:2 meczu z Rumunią w Warszawie.

ZABRAKŁO ŚWIEŻOŚCI

 

W Oslo drużynę poprowadził więc Wacław Kuchar. Znalazło się w niej trzech piłkarzy, którzy zagrali w ostatnim przed wojną meczu z Węgrami: obrońca warszawskiej Polonii Władysław Szczepaniak, prawoskrzydłowy Łódzkiego KS Stanisław Baran i pomocnik Cracovii Edward Jabłoński. Ten ostatni zdobył dla biało-czerwonych honorową bramkę, zmniejszając tuż przed ostatnim gwizdkiem rozmiary porażki.

W drużynie było oczywiście kilku debiutantów, a wśród nich Gerard Cieślik i Walter Brom. Ten drugi jako 17-latek znalazł się w kadrze na mistrzostwa świata 1938, ale wówczas był tylko zmiennikiem Edwarda Madejskiego. Teraz wreszcie doczekał się występu w koszulce z orłem na piersi, ale dumny z niego nie był, puścił w końcu trzy gole. Cieślik też nie mógł być zadowolony ze swojej gry. Narzekał potem, że trener Reyman na zgrupowaniu za bardzo dał piłkarzom w kość i podczas starcia z Norwegią zabrakło mu świeżości. Z wyprawy do Oslo zapamiętał za to co innego.

Brzmiały nam w uszach słowa naszego opiekuna: „Pamiętajcie, że w ostatnim meczu przed wojną wasi poprzednicy rozgromili Węgrów 4:2”. Niestety, nie nam był pisany sukces. Przegraliśmy i to wyraźnie 1:3. Z tego wyjazdu zapamiętałem przede wszystkim… przelot samolotem. Nigdy dotąd nie latałem i jakoś nie bardzo mieściło mi się w głowie, że siedząc w tym metalowym pudle będę szybował kilkaset metrów ponad ziemią.
Cytat pochodzi z książki „Sportowcy XXX-lecia”, Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1974
LOT W METALOWYM PUDEŁKU

Historie naszych reprezentantów z meczu z Norwegią pokazują też, jak skomplikowane były losy Polaków podczas wojny. Brom, Ślązak z Chorzowa, został wcielony do Wehrmachtu. To samo spotkało Cieślika. Z kolei Stanisław Kaźmierczak (Warta Poznań) i Michał Filek (Wisła Kraków) byli uczestnikami kampanii wrześniowej, a Tadeusz Świcarz ze stołecznej Polonii brał udział w Powstaniu Warszawskim. Byli i tacy, którzy w czasie okupacji ciągle grali w piłkę. Jabłoński oraz Stanisław Flanek, Tadeusz Parpan i Mieczysław Gracz działali w ruchu oporu, a przy okazji rywalizowali w konspiracyjnych rozgrywkach o mistrzostwo Krakowa.

Wszyscy szczęśliwie przeżyli wojnę, ale niewiele brakowało, a straciliby życie podczas powrotu samolotem z meczu w Oslo. Wszystko za sprawą zupełnie nietypowego jak na połowę czerwca zdarzenia atmosferycznego.

Nad Berlinem, gdzie zaplanowano lądowanie dla uzupełnienia paliwa, rozszalała się… śnieżyca. Pilotowi z najwyższym trudem udało się wylądować na płycie, wytyczonej płonącymi ogniskami dla lepszej widoczności, ale emocje tej „huśtawki” na długo pozostały w pamięci pasażerów.
Cytat pochodzi z „Encyklopedii piłkarskiej FUJI. Biało-czerwoni. Dzieje reprezentacji Polski 1947-70”, pod redakcją Andrzeja Gowarzewskiego; Wydawnictwo GiA, Katowice 1995
ŚNIEG NA PRZEDNÓWKU LATA

Dramatyczne wydarzenia piłkarze mieli już jednak za sobą. Kraj powoli dźwigał się z gruzów i przyszedł też czas na odbudowę polskiego futbolu. Na pierwsze zwycięstwo biało-czerwoni musieli poczekać do września 1947 roku. Pokonali wówczas Finlandię w Helsinkach 4:1 po dwóch golach Henryka Spodziei i dwóch trafieniach 20-letniego młokosa, który w kolejnych latach wyrósł na wielkiego lidera naszej reprezentacji. Ten chłopak to Gerard Cieślik.