
Minęło już ponad 14 lat… Choć niektórym może wydawać się to zaskakujące, to rzeczywistość jest właśnie taka, że największy polski stadion służy kibicom i innym odwiedzającym już prawie półtorej dekady. W tym czasie PGE Narodowy w Warszawie gościł wiele sław światowej muzyki, uczestników wydarzeń biznesowych, targów, a także przedstawicieli wielu dyscyplin m.in. żużlowców, siatkarzy, zawodników sportów walki czy nawet windsurferów. Pełnił też funkcję szpitala, w którym personel medyczny ratował zdrowie i życie pacjentów podczas pandemii COVID-19. Przede wszystkim jednak, był tym, do czego został stworzony – areną wielkich piłkarskich spotkań. Do tej pory biało-czerwoni podejmowali rywali w tym miejscu 49 razy. Wygrali 29-krotnie i tylko w 7 przypadkach schodzili z boiska pokonani. I choć niesamowita seria meczów bez przegranej (trwająca blisko 8 lat) dobiegła już końca, spotkań, do których warto wrócić pamięcią, nie brakuje.
Do siedmiu razy sztuka. 64 lata minęły od pierwszego meczu reprezentacji Polski rozegranego dokładnie 1 czerwca do premierowego zwycięstwa w święto wszystkich dzieci. Małym (i nie tylko) kibicom prezent sprawiła dopiero kadra prowadzona przez Czesława Michniewicza. Wcześniej biało-czerwoni sześciokrotnie starali się wygrać mecz rozgrywany 1 czerwca. Bez skutku, choć próbowali na stadionach od Moskwy po Buenos Aires.
Takiego tempa nie mieli nawet bohaterowie słynnej powieści Juliusza Verne’a. Oni podróżowali dookoła świata przez 80 dni. Zbigniew Boniek musiał z Brukseli do Tirany dotrzeć w kilkanaście godzin. Co więcej, na początek i na koniec tej przygody wybiegł na boisko, by wziąć udział w dwóch bardzo ważnych meczach. I to dzień po dniu! W obu w istotny sposób przyczynił się do zwycięstwa swoich drużyn.
Co by było gdyby? To jedno z ulubionych pytań kibiców. Nie tylko polskich. Andrzej Strejlau ma na to krótką i dosadną odpowiedź: „Gdyby żyła moja ciotka, to dziś byłaby najstarsza na Żoliborzu”. A były selekcjoner wie, co mówi, bo spokojnie mógłby przyłączyć się do chóru „gdybaczy”. W końcu biało-czerwoni pod jego wodzą aż pięciokrotnie grali z Anglikami, a trzykrotnie byli naprawdę blisko wygranej. Żaden z naszych selekcjonerów nie grał częściej z Wyspiarzami. Ale kadrze Strejlaua zawsze czegoś brakowało do zwycięstwa. Także łutu szczęścia. Z trzech remisów na własnym boisku (1989 – 0:0 el. MŚ, 1991 – 1:1 el. ME oraz 1993 – 1:1 el. MŚ) najbliżej sukcesu biało-czerwoni byli w tym ostatnim meczu. Ale 29 maja 1993 roku równie istotne było to, co wydarzyło się przed spotkaniem i po jego zakończeniu.
Mistrz Polski, król strzelców ekstraklasy, zdobywca Pucharu Polski, niespełniony w reprezentacji. Urodzony na Śląsku, uwielbiany również w Łodzi. Dla kibiców GKS-u Katowice i Widzewa po prostu legenda. O kim mowa? Oczywiście o Marku Koniarku, który obchodzi właśnie 64. urodziny.
Śpiewał Kazik: „Polscy piłkarze nie strzelili od kilkuset minut gola. To stan na kwiecień 2000 i zakończona moja rola”. Sprawa poważna, ale kiedyś bywało gorzej. Gdyby lider Kultu urodził się przed wojną (pierwszą światową!) i popełnił jakiś tekst o naszych futbolistach, musiałby napisać o 956 latach (licząc od Chrztu Polski) lub ponad pięciu miesiącach (od premierowego meczu). Tyle bowiem czekaliśmy nad Wisłą na pierwszą w historii bramkę dla biało-czerwonych. Strzelił ją, z rzutu karnego, Józef Klotz.