
Był czołowym piłkarzem reprezentacji olimpijskiej, która na igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku sięgnęła po srebrny medal. W pasjonującym finale z Hiszpanią (2:3), rozegranym na legendarnym stadionie Camp Nou, strzelił gola na 2:2. Z powodzeniem grał z Legią w Lidze Mistrzów w sezonie 1995/96. Z czasem jednak był coraz mocniej krytykowany przez kibiców tego Wojskowych. Po odejściu ze stołecznego klubu coraz bardziej odsuwał się w cień, aż całkiem zniknął z piłkarskiego świata. W 2023 roku dosięgły go poważne problemy zdrowotne: przeszedł udar mózgu. Od tego czasu, z pomocą rodziny, walczy z niepełnosprawnością.
Miał być selekcjonerem na lata, a został tylko na chwilę. Bilans Władysława Stachurskiego w roli trenera drużyny narodowej ograniczył się do czterech meczów. I to wyłącznie towarzyskich. Gdy były szkoleniowiec Legii Warszawa (z którą dotarł aż do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1990/91) przejmował w listopadzie 1995 roku schedę po Henryku Apostelu, jego głównym zdaniem było przygotowanie biało-czerwonych do eliminacji mistrzostw świata. Ale ówczesny prezes PZPN Marian Dziurowicz po towarzyskich sprawdzianach kadry (trzeba uczciwie przyznać, że nieudanych) uznał, że "z tej mąki chleba nie będzie" i podziękował Stachurskiemu za pracę. Jego następcą został Antoni Piechniczek.
Na polskich boiskach był jednym z najbardziej utytułowanych zawodników. A po mistrzowskie laury sięgał z naszpikowaną gwiazdami Wisłą Kraków. W ekstraklasie rozegrał 435 spotkań, co dawało mu 4. miejsce w historii rozgrywek. W drużynie narodowej były obrońca zagrał natomiast 29-krotnie. W cyklu „Z biegiem lat, z biegiem dni” przedstawiamy Arkadiusza Głowackiego – uczestnika mistrzostw świata z 2002 roku.
Niewalaszka, Kolebok, Wańka-wstańka. Tak mówili na niego koledzy, choć on wolał, gdy wołali go „Szymek”. Za tym, co rosyjskie, nie przepadał, więc trochę drażniła go ksywka nadana od popularnej na wschodzie zabawki. Paradoksalnie jednak największą sławę przyniósł mu występ właśnie przeciwko ZSRR. 13 marca mija 94. rocznica urodzin Edwarda Szymkowiaka – bramkarza samouka z Dąbrówki Małej.
Błysnęli tylko raz, ale i tak przeszli do historii. W muzyce rozrywkowej można znaleźć piosenkarzy jednego przeboju, a w polskim futbolu piłkarzy jednego gola. Branżę muzyczną zostawiamy w spokoju, zajmiemy się natomiast tym drugim przypadkiem. Wybraliśmy 10 zawodników, którzy w drużynie narodowej zdobyli tylko jedną bramkę. Ale pod lupę wzięliśmy tych reprezentantów, którzy mogą pochwalić się przynajmniej 30 meczami z orzełkiem na piersi. Nasz wybór jak zwykle można uznać za dyskusyjny. Z tego powodu zachęcamy do tworzenia własnych klasyfikacji i rankingów. Miłej zabawy! A to nasza złota dziesiątka.
Jeśli ktoś chciałby wskazać polskiego zawodnika, który po zakończeniu gry w piłkę najlepiej odnalazł się w nowej rzeczywistości, on mógłby być z pewnością jednym z głównych kandydatów. Być może na mnogość pomysłów na „życie po życiu” wpłynęła jego bogata kariera na murawie, doświadczenie zdobywane poza granicami Polski i występy w drużynie narodowej. Fakty są bowiem takie, że w jego piłkarskim CV nie brakuje sukcesów. Odkąd w 2008 roku zawiesił buty na kołku, wciąż wydaje się być nienasycony.