
- To dobry trener tylko... nie ma wyników - zdanie Kazimierza Górskiego, to już klasyka gatunku. Ale o Leo Beenhakkerze nie można tego powiedzieć. Holender był świetnym szkoleniowcem, który zdecydowanie miał wyniki, również z reprezentacją Polski. W końcu to pod jego wodzą biało-czerwoni po raz pierwszy awansowali do finałów mistrzostw Europy i to jeszcze wtedy, gdy grało w nich 16 drużyn, a nie tak jak obecnie 24. Ponadto, to w trakcie kadencji Beenhakkera (ur. 2 sierpnia 1942 – zm. 10 kwietnia 2025), biało-czerwoni rozegrali swój najlepszy mecz w XXI wieku z drużyną z absolutnego topu. Mowa oczywiście o zwycięstwie 2:1 nad Portugalią w el. ME (11 października 2006 roku) na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Warto zatem przypomnieć, w ujęciu statystycznym, ponad 3-letnią kadencję „don Leo”, która trwała od 11 lipca 2006 do 9 września 2009 roku.
Wojciech Łazarek, Franciszek Smuda, Waldemar Fornalik. Co łączy tych znanych i cenionych trenerów? Wszyscy osiągnęli sukcesy w piłce klubowej i dzięki nim zapracowali sobie na objęcie funkcji szkoleniowca najważniejszej drużyny w Polsce. Niestety po raz kolejny okazało się, że praca z klubem i praca z drużyną narodową to „dwa różne systemy walutowe”. Łazarkowi nie udało się wywalczyć awansu na Euro 1988 i mundial 1990. Kadra Smudy nie wyszła z grupy na polsko-ukraińskim Euro 2012. A misja Fornalika pod tytułem „mistrzostwa świata w Brazylii 2014” również zakończyła się niepowodzeniem.
Kibice często skandowali jego nazwisko. Był ulubieńcem krakowskiej (tej wiślackiej) i białostockiej publiczności, a także tej przychodzącej na mecze reprezentacji Polski. Bo Frankowski był snajperem co się zowie. Potrafił zrobić coś z niczego. Piłka zawsze szukała go w polu karnym, a on skwapliwie z tego korzystał. Nie na darmo wołano na niego: „Franek, łowca bramek”. To w dużej mierze dzięki jego golom Polska pojechała na mistrzostwa świata w 2006 roku. Ale bohatera eliminacji, z niezrozumiałych do dziś powodów, zabrakło w samolocie do Niemiec.
Tego pana nie trzeba przedstawiać starszym kibicom. Szczególnie tym, którzy sympatyzują z zabrzańskim Górnikiem. W latach 80. popularny „Koko” był podporą drugiej linii Trójkolorowych z Zabrza. Stworzył tam niesamowicie silną pomoc wraz z Waldemarem Matysikiem, Markiem Majką, Janem Urbanem, a później z Andrzejem Iwanem. Przez 4 sezony na zabrzan nie było mocnych w Polsce. Ale Komornicki to nie tylko Górnik. „Koko” był znany również z występów w szwajcarskim FC Aarau i reprezentacji kraju. W cyklu „Z biegiem lat, z biegiem dni” prezentujemy sylwetkę nieco już zapomnianego uczestnika mundialu w Meksyku.
Zakładamy, że pytanie w tytule jest czysto teoretyczne. Bo takich nie ma! Od dziennikarza TVP Andrzeja Jucewicza w dowód sympatii Pan Jacek, po wygranej z Meksykiem na MŚ w 1978 roku, dostał nawet w studiu wiązankę kwiatów (na zdjęciu). Ale teoria to jeden z żywiołów tego charyzmatycznego trenera – z wykształcenia inżyniera dróg i mostów. Taką „drogę” rzeczywiście zbudował, ale prowadzącą do sukcesów polskiego futbolu w latach 70-tych. Z kolei młodszym pokoleniom kojarzy się z brawurowymi, telewizyjnymi analizami taktycznymi podczas najważniejszych turniejów. Do dziś są one hitami Internetu. Tak niebanalna osoba jaką jest Jacek Wojciech Gmoch musi być kopalnią anegdot. Nic dziwnego, że nie mieliśmy problemów z wytypowaniem bohatera ósmej części wakacyjnego cyklu Biblioteki PZPN.
„Już za bajtla szalałem za Górnikiem” – mówił w 2015 roku „Przeglądowi Sportowemu” Józef Wandzik. Losy bramkarza urodzonego w Tarnowskich Górach potoczyły się jednak tak, że najpierw trafił do... Ruchu. Dopiero po 4 latach spędzonych przy Cichej w Chorzowie przeniósł się do Zabrza, co wzbudziło wielkie emocje wśród kibiców obu drużyn. Marzenie młodego Wandzika jednak się spełniło. Przez 6 sezonów osiągał z Górnikiem sukcesy w kraju, a to przełożyło się na występy w reprezentacji i późniejszy transfer do Panathinaikosu Ateny.