
Akcja tego „filmu” rozwinęła się błyskawicznie. Jak w amerykańskim kinie, choć w dobrze nam znanych realiach. W lipcu 2000 roku Emmanuel Olisadebe otrzymał polskie obywatelstwo. Miesiąc później zadebiutował w reprezentacji i na dzień dobry wbił gola Rumunom. A na początku września został bohaterem sensacyjnego zwycięstwa nad Ukrainą w Kijowie. Tak zaczął się pamiętny serial z udziałem pierwszego czarnoskórego piłkarza w biało-czerwonej koszulce. Dzięki jego ośmiu golom w eliminacjach nasza drużyna znowu pojechała na mistrzostwa świata. Na ten awans czekaliśmy szesnaście lat. Dwa trafienia Nigeryjczyka z polskim paszportem miały szczególne znaczenie. 24 marca 2001 roku kadra Jerzego Engela w porywającym stylu wygrała z Norwegią. I to na „gorącym terenie”, choć w chłodnym tego dnia Oslo.
Bilans jest korzystny. Dziesięć zwycięstw w piętnastu spotkaniach i tylko dwie porażki, świadczą o tym, że biało-czerwonym grało się z Albanią „lekko, łatwo i przyjemnie”. Ale nic bardziej mylnego. Wszystkie mecze to była „droga przez mękę”. Twardzi jak skała Albańczycy mocno dali się we znaki nawet drużynom prowadzonym przez dwóch słynnym selekcjonerów: Kazimierza Górskiego i Antoniego Piechniczka, którzy doprowadzili przecież Polaków do medali w mistrzostwach świata. Ale historia spotkań z Albanią zaczęła się znacznie wcześniej: na przełomie lat 40. i 50. XX wieku.
Niech ten serial trwa jak najdłużej! Od 2016 roku, czyli mistrzostw Europy we Francji (gdzie kadra Adama Nawałki doszła aż do ćwierćfinału), biało-czerwoni regularnie biorą udział we wszystkich najważniejszych turniejach. Mundial w Rosji (2018), opóźnione z powodu pandemii o rok Euro 2020, rozegrane w nietypowym terminie mistrzostwa świata w Katarze (2022) i ubiegłoroczne Euro w Niemczech. Na tych wszystkich imprezach wystąpiła reprezentacja Polski. Czy ta seria zostanie podtrzymana? Czy na tegorocznych mistrzostwach świata w Kanadzie, Meksyku i Stanach Zjednoczonych (po raz pierwszy z udziałem aż 48 zespołów), znowu zobaczymy drużynę z orzełkiem na koszulce? Byłby to jubileuszowy, dziesiąty występ biało-czerwonych w najważniejszej piłkarskiej imprezie globu i szósty z rzędu na wielkim turnieju (MŚ i ME). Czekając na decydujące rozstrzygnięcia przypominamy dotychczasowe mecze naszej drużyny w eliminacjach MŚ 2026. A wszystko zaczęło się 21 marca 2025 roku na PGE Narodowym.
„Hajto puścił Bąka lewą stroną” – któż z nas, kibiców piłkarskich, nie słyszał tego słynnego zdania Dariusza Szpakowskiego, wypowiedzianego podczas jednego z meczów eliminacji MŚ 2002? Ale komentatorowi TVP nie chodziło w tej sytuacji o niekulturalne i niestosowne zachowanie reprezentanta Polski, tylko o rzecz banalną – szybkie podanie na lewą stronę do wybiegającego na pozycję kolegi z drużyny. Tym sposobem Jacek Bąk stał się bohaterem niefortunnego, acz zabawnego językowego lapsusu. Ten tekst będzie jednak poświęcony nie powyższemu zdarzeniu, lecz reprezentacyjnej karierze byłego obrońcy, który w biało-czerwonych barwach rozegrał aż 96 spotkań i był przez lata kapitanem najważniejszej drużyny w kraju.
Był pierwszym rezerwowym, który strzelił gola dla reprezentacji Polski na mistrzostwach świata (po nim dokonał tego dwadzieścia lat później Marcin Żewłakow). W rodzinnym Wałbrzychu znał go każdy kibic. Nie dość, że grał w drużynie narodowej i zdobył bramkę na mundialu, to należał do grona najlepszych piłkarzy wywodzących się z tego urokliwego miasta położonego na Dolnym Śląsku. O Włodzimierzu Ciołku mówiono, że lewą nogą potrafił wiązać krawaty. Nic dziwnego, bowiem ten filigranowy rozgrywający dysponował świetną techniką, która pod koniec lat 70. urzekła ówczesnego selekcjonera biało-czerwonych.
Przełom lat 80. i 90. XX wieku mówiąc eufemistycznie, nie był najlepszym okresem w historii polskiej piłki nożnej. Po erze sukcesów reprezentacji na mundialach 1974 i 1982, a także europejskiej karierze Zbigniewa Bońka czy Józefa Młynarczyka, nadszedł czas zdecydowanie bardziej ubogi w pozytywne wydarzenia w najbardziej popularnej dyscyplinie sportu w naszym kraju. Jeśli chciałoby się wskazać moment przełomowy, w którym kibice znów zaczęli mieć więcej powodów do radości, był to z całą pewnością początek nowego tysiąclecia. I tak się składa, że zarówno w wymiarze klubowym, jak i reprezentacyjnym, uosobieniem tych „lepszych czasów” stał się on – Jerzy Dudek. Trzeci w dziejach Polak, który sięgnął po najcenniejsze klubowe trofeum na Starym Kontynencie – Puchar Europy. A także bramkarz, bez którego trudno sobie wyobrazić zakończenie 16-letniej nieobecności biało-czerwonych w mistrzostwach świata. Jeśli dodamy do tego występy w czołowych klubach Holandii, Anglii i Hiszpanii, jawi nam się obraz piłkarza spełnionego, który przez kilkanaście lat dostarczał nam wielkich, pozytywnych emocji, a po zawieszeniu piłkarskich butów i rękawic na kołku pokazał, że w nowej rzeczywistości również potrafi znaleźć dla siebie doskonałe miejsce.