
Wołali na niego „Włodar” albo „Nędza”. Jednak o to, które ze wspomnianych pseudonimów bardziej wolał, należałoby już zapytać samego zainteresowanego. Napastnik z niego był chimeryczny. Potrafił koncertowo zaprzepaścić znakomitą sytuację, jak i wykorzystać tę ekstremalnie trudną. Często irytował tym fanów Legii Warszawa. Ale taki był jego urok. Fani stołecznej drużyny z pewnością pamiętają także przyjemniejsze dla nich momenty związane z Piotrem Włodarczykiem – jak chociażby mistrzostwo Polski z 2006 roku wywalczone po jego golu w starciu z Górnikiem w Zabrzu. Gorzej szło mu w reprezentacji Polski. Cztery spotkania i dwa gole to dość skromny dorobek na przestrzeni ponad 5 lat.
O takich piłkarzach, jak Lesław Ćmikiewicz, mówi się – człowiek do zadań specjalnych. Nominalny pomocnik, który – jeśli było trzeba – mógł z powodzeniem zagrać na każdej innej pozycji. Jak stwierdził, nieco żartobliwie, w 2007 roku w rozmowie z portalem cracovia.pl: „Śmiem nawet podejrzewać, że gdy jechaliśmy na olimpiadę i trzeba było zgłosić trzeciego bramkarza, to w razie jakichś problemów bez wahania wskazałbym na siebie”.
„Ja jestem kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boję” – mógłby o sobie powiedzieć, gdyby nie to, że jest mężczyzną z krwi i kości. Kwestia wypowiadana przez Irenę Kwiatkowską w „Czterdziestolatku” pasuje jednak do niego idealnie. W historii polskiej piłki nie było bowiem zawodnika bardziej uniwersalnego i zdolnego do większego poświęcenia na boisku. 3 maja urodziny świętuje Zygmunt Maszczyk – filar Orłów Górskiego, medalista mistrzostw świata i igrzysk.
Złotymi zgłoskami zapisał się dla... Warki. Chodzi o miejscowość położoną nad Pilicą. To właśnie w klubie z tego miasta – Pilicy Warka (obecnie KS Warka) – pierwsze kroki w futbolu stawiał medalista mundialu 1974 oraz mistrz Polski ze Śląskiem Wrocław trzy lata później. „Kali” uchodził za bardzo dobrego, ale też chimerycznego bramkarza - świetne występy zdarzało mu się przeplatać słabszymi. Prawdopodobnie dlatego nie przebił się w Legii Warszawa, do której trafił za młodu. Dopiero po przenosinach do Wrocławia pokazał pełnię umiejętności.
Takie rzeczy zdarzają się głównie w bajkach. To tam ten mniejszy i słabszy wyprowadza w pole tego dużego i silniejszego. Głównie sprytem i fortelem. Ale taka „bajkowa historia” zdarzyła się także na boisku. Szczupły, drobny i niski (174 centymetry wzrostu) Andrzej Buncol pokonał wyższego o 14 centymetrów bramkarza reprezentacji NRD Hansa-Ulricha Grapenthina. Na dodatek gola strzelił głową. Sytuacja miała miejsce 2 maja 1981 roku, a stawką meczu były punkty w eliminacjach hiszpańskiego mundialu.
Wszystko zaczęło się od… zakładu. Po każdym treningu Bohemiansu Praga Antonín Panenka zostawał z bramkarzem swojego klubu i trenował z nim rzuty karne. Ba, to nie był trening, to była rywalizacja na całego. Zakładali się o piwo, czekoladę lub pieniądze. Kto kogo przechytrzy w czasie wykonywania „jedenastek”? Z reguły górą w tych starciach był Panenka. To wtedy opanował do perfekcji technikę strzału z rzutu karnego, którym w 1976 roku zaskoczył nie tylko słynnego niemieckiego bramkarza Seppa Maiera, ale całą Europę. A w Polsce czeski piłkarz znalazł skutecznego naśladowcę. Był nim Włodzimierz Mazur.