
Rok 2022 był wyjątkowy dla jednego z najpopularniejszych i najbardziej zasłużonych klubów piłkarskich w Polsce. Po siedmiu latach od bankructwa i ośmiu od spadku z ekstraklasy, Widzew Łódź wrócił do krajowej elity. Wypełniony po brzegi stadion, rekordy sprzedanych karnetów i rzesza kibiców w całym kraju – nieobecność klubu z Miasta Włókniarzy wśród najlepszych na przestrzeni ostatniej dekady jest tym bardziej zauważalna, kiedy spojrzy się na to, co wokół niego dzieje się właśnie teraz. Ale jak to możliwe, że zespół, który w ostatnich latach znajdował się na peryferiach ligowego futbolu, zaczynając odbudowę od piątego poziomu rozgrywek, mimo braku sukcesów wciąż budzi tak duże emocje? To wszystko za sprawą wielkich drużyn, które w latach 80. i 90. XX wieku rozbudzały wyobraźnię sympatyków futbolu nad Wisłą, zdobywając w sumie cztery tytuły mistrzowskie i Puchar Polski, ale przede wszystkim tocząc niezapomniane boje z najsilniejszymi ekipami w Europie. My przypominamy dziesięć – naszym zdaniem – najważniejszych potyczek czerwono-biało-czerwonych na międzynarodowej arenie.
Takiego turnieju jeszcze nie było. Po raz pierwszy w historii Polska została współgospodarzem piłkarskiej imprezy najwyższej rangi. I mimo że wielu wątpiło w powodzenie organizacyjne, wszystko przebiegło bez większych problemów. Zawiedli tylko polscy piłkarze.
Nie ma w polskiej piłce dwóch ludzi, których łączyłoby więcej. Obaj są bramkarzami. Obaj światowej klasy. Do wielkiego futbolu obaj jechali tą samą drogą, a właściwie ulicą Łazienkowską w Warszawie. Później spotkali się na Ashburton Grove w Londynie. Przez lata na zmianę, z sukcesami, strzegli reprezentacyjnej bramki. Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański nawet urodziny świętują tego samego dnia – 18 kwietnia.
Zabierać bogatym i oddawać biednym. Te szlachetne pobudki kierowały działaniem pewnego legendarnego słowackiego zbójnika. Ale polski futbol także miał swojego „Janosika”. I także on „wyciągnął rękę” do biednych i słabszych. Niestety, tym „bogatym” okazała się… jego drużyna. 17 kwietnia 1983 roku, po samobójczym golu Pawła Janasa, reprezentacja Polski niespodziewanie zremisowała ze znacznie słabszą z Finlandią.
Tę opowieść zaczniemy od końca, bo scena, która rozegrała się w jednym z hoteli u podnóża Srednej Gory, mrozi krew w żyłach nie mniej niż boiskowe wydarzenia. Jej bohaterami byli trzej sędziowie i kilku zawodników, którzy tego dnia wzięli udział w pamiętnym meczu eliminacji igrzysk 1972 roku. Bułgarzy pokonali w nim naszą reprezentację 3:1.
Strzelił kilkaset goli, wykorzystując przy tym swój wielki talent i umiejętności: szybkość, technikę, opanowanie czy intuicję. Ale dla Włodzimierza Lubańskiego jednym z najważniejszych trafień w karierze było to zdobyte z… rzutu karnego. Co więcej, jak sam przyznaje, ta „jedenastka” jeszcze długo powracała w sennych koszmarach. A przecież wydaje się, że to nic trudnego. Wystarczy celnie uderzyć ze stojącej piłki z bliskiej odległości. Ale nie wtedy gdy patrzy na ciebie sto tysięcy ludzi na stadionie i miliony przed telewizorami. Gdy jest ostatnia minuta meczu, goście prowadzą 1:0, a już tylko od ciebie zależy, czy twoja drużyna doprowadzi do remisu i dogrywki. Na dodatek stawką jest awans do finału europejskiego pucharu. Tak, to nie przelewki. Odpowiedzialność i stres są gigantyczne. A to może spętać nogi nawet najlepszym. Tak stresowa sytuacja przydarzyła się Lubańskiemu 15 kwietnia 1970 roku na Stadionie Śląskim w Chorzowie.