
Puchar Polski pod znakiem jubileuszy. W sezonie 2023/24 odbył się 70. finał tych prestiżowych rozgrywek, w którym Wisła Kraków pokonała 2:1 Pogoń Szczecin. Ale 2 maja 2025 roku rozegrano decydujące spotkanie numer... 80 (i była to piękna reklama tych rozgrywek, bo Legia pokonała 4:3 Pogoń). Skąd różnica w numeracji? Po prostu dziewięć razy rozegrane dwa spotkania (mecz i rewanż na boiskach rywali). W tym roku minie również 100 lat od pierwszego finału, który odbył się 5 września 1926 roku na stadionie Wisły w Krakowie (Biała Gwiazda wygrała 2:1 ze Spartą Lwów). Ciekawostek związanych z imprezą, która od lat generuje wielkie emocje i przynosi niespodzianki, jest jednak znacznie więcej.
Pierwszy miał miejsce w 1926 roku, ostatni 99 lat później. Większość z nich kończyła się w regulaminowym czasie, inne po dogrywce albo rzutach karnych. Były wśród nich takie, które dostarczyły niesamowitych emocji, i takie, o jakich nikt już nie pamięta. Finałowe mecze rozgrywek o Puchar Polski. Oto dziesięć, naszym zdaniem, najbardziej niezwykłych potyczek o to trofeum. Ale jak zwykle zachęcamy to tworzenia własnych, subiektywnych rankingów i klasyfikacji.
Takie rzeczy zdarzają się głównie w bajkach. To tam ten mniejszy i słabszy wyprowadza w pole tego dużego i silniejszego. Głównie sprytem i fortelem. Ale taka „bajkowa historia” zdarzyła się także na boisku. Szczupły, drobny i niski (174 centymetry wzrostu) Andrzej Buncol pokonał wyższego o 14 centymetrów bramkarza reprezentacji NRD Hansa-Ulricha Grapenthina. Na dodatek gola strzelił głową. Sytuacja miała miejsce 2 maja 1981 roku, a stawką meczu były punkty w eliminacjach hiszpańskiego mundialu.
Wszystko zaczęło się od… zakładu. Po każdym treningu Bohemiansu Praga Antonín Panenka zostawał z bramkarzem swojego klubu i trenował z nim rzuty karne. Ba, to nie był trening, to była rywalizacja na całego. Zakładali się o piwo, czekoladę lub pieniądze. Kto kogo przechytrzy w czasie wykonywania „jedenastek”? Z reguły górą w tych starciach był Panenka. To wtedy opanował do perfekcji technikę strzału z rzutu karnego, którym w 1976 roku zaskoczył nie tylko słynnego niemieckiego bramkarza Seppa Maiera, ale całą Europę. A w Polsce czeski piłkarz znalazł skutecznego naśladowcę. Był nim Włodzimierz Mazur.
„Obrona czyni cię niepokonanym, ale jeśli chcesz zwyciężyć, musisz zaatakować” – napisał Sun Zi w „Sztuce wojennej”. Nie wiemy, czy Stanisław Oślizło czytał książkę jednego z największych starożytnych myślicieli Dalekiego Wschodu, ale na pewno radę słynnego Chińczyka przekuł w czyn. 29 kwietnia 1970 roku to właśnie gol środkowego obrońcy Górnika poderwał kolegów do walki. Piłkarze z Zabrza przegrywali 0:2 z Manchesterem City w finale Pucharu Zdobywców Pucharów. Po kontaktowej bramce Oślizły Górnik wreszcie zaczął grać odważniej, ale strat nie odrobił. Trofeum trafiło do drużyny z niebieskiej części Manchesteru.
Każda piłkarska epoka ma swojego bohatera. W naszych czasach wszyscy mali chłopcy chcą grać w koszulce z nazwiskiem Lewandowski, przed nim idolem młodzieży był Zbigniew Boniek, a jeszcze wcześniej Włodzimierz Lubański. Ich popisy śledziły miliony ludzi przed telewizorami, zdobyli więc wielką popularność. A jak było wtedy, gdy nie istniały jeszcze TV ani Internet? Żeby stać się gwiazdą, trzeba było zrobić coś naprawdę spektakularnego. Na przykład dać łupnia Wielkiemu Bratu ze wschodu. Jak Gerard Cieślik – najlepszy polski piłkarz w pierwszych latach po wojnie.