
2845 dni. W większości strasznych, wypełnionych bólem, cierpieniem i gniewem. Dokładnie tyle czasu dzieliło dwa kolejne występy reprezentacji Polski, które na liście PZPN noszą numer odpowiednio 83 i 84. Tuż przed wybuchem II wojny światowej biało-czerwoni zwyciężyli w Warszawie 4:2 wicemistrzów świata Węgrów. Kolejny mecz było dane im zagrać dopiero 11 czerwca 1947 roku. W Oslo przegrali z Norwegią 1:3.
Zadziorny, nieustępliwy, gdy walczył o piłkę, nie odpuszczał żadnemu z rywali. Kibice go uwielbiali: zarówno w Polsce, gdzie bronił barw GKS-u Katowice, jak i potem w Niemczech i Austrii, kiedy przez dekadę z powodzeniem biegał po boiskach Bundesligi. Niestety, Adam Ledwoń odszedł przedwcześnie, a jego tragiczna śmierć 11 czerwca 2008 roku, dzień przed meczem biało-czerwonych na Euro, wstrząsnęła piłkarskim środowiskiem.
„Bond. My name is James Bond”. Któż tego nie pamięta? W końcu to jedno z najsłynniejszych zdań w historii kina. Zostało powiedziane już w pierwszej minucie i trzydziestej drugiej sekundzie premierowego filmu („Doktor No”) o przygodach niezniszczalnego agenta 007. Tak szybko bohater grany przez Seana Connery’ego przedstawił się światu. Zbigniew Boniek potrzebował trochę więcej czasu na prezentację niż superszpieg Jej Królewskiej Mości. Dokładnie 43 minut mundialowego starcia z Meksykiem (3:1). Ale zrobił to z przytupem. Piłkarski świat na dobre poznał „Zibiego” 10 czerwca 1978 roku.
Na kolejny występ biało-czerwonych na mistrzostwach świata nie trzeba było już długo czekać. Po czterech latach od niezbyt udanego powrotu na salony Polacy ponownie zameldowali się w elicie. Po zwycięskich eliminacjach i dobrym losowaniu grup turnieju finałowego nad Wisłą spodziewano się lepszego występu niż w Korei Płd. i Japonii. Niestety, nic takiego nie nastąpiło. Znów przyszło nam przełknąć gorzką pigułkę.
Był chyba jednym z najbardziej znanych... stolarzy wśród piłkarzy. Osoby z bliskiego otoczenia „Wasyla” twierdziły, że postawienie przez niego na futbol uratowało mieszkańców Krakowa przed... najgorszym cieślą w tym fachu. Poszło to, na szczęście, w parze z korzyścią dla polskiego futbolu. Sam Marcin Wasilewski wiedział od najmłodszych lat, że chce zostać zawodowym piłkarzem. I wszystko podporządkował temu celowi. Dzięki ciężkiej pracy i talentowi, dopiął swego. Osiągał sukcesy w Belgii i Anglii, a z reprezentacją Polski zagrał na dwóch mistrzostwach Europy. Choć był też taki moment w karierze obrońcy, kiedy nie było wcale pewne, czy zdoła jeszcze wrócić do gry w piłkę.
Choć wydawało się, że do tego nie dojdzie, Kamil Grosicki ostatecznie złamał magiczną barierę stu spotkań w drużynie narodowej. Aby tak się stało, musiało dojść do niespodziewanego powrotu legendy Pogoni Szczecin do drużyny narodowej, po tym jak „Grosik” oficjalnie pożegnał się z kadrą już w towarzyskim meczu z Mołdawią w czerwcu 2025 roku (95. w karierze). Jednak po tym, jak funkcję selekcjonera objął Jan Urban, zawodnik zdecydował się na powrót do drużyny i choć na boisku pojawiał się tylko w końcówkach spotkań, zaliczył jeszcze sześć występów. Po nieudanym finale baraży o wyjazd na mistrzostwa świata 2026 ze Szwecją (2:3), w mediach społecznościowych świętujący właśnie 38. urodziny Grosicki, dał jednoznacznie do zrozumienia, że jego historia w reprezentacji dobiegła końca.