
W reprezentacji Kazimierza Górskiego uchodził za największego melomana. Nie było zagranicznego wyjazdu, z którego nie przywiózłby pokaźnej kolekcji winyli. Antoni Szymanowski był jednak nie tylko nałogowym zbieraczem płyt. W swojej kolekcji ma także dwa medale olimpijskie i krążek mistrzostw świata. A tych reprezentacyjnych trofeów mogło być jeszcze więcej.
Trener na trudne czasy. Po igrzyskach w Montrealu z funkcji selekcjonera biało-czerwonych zrezygnował Kazimierz Górski. „Wejść w buty" legendarnego szkoleniowca, który przywoził medale z mistrzostw świata oraz igrzysk olimpijskich to olbrzymie ryzyko, ale również ogromna pokusa i nobilitacja. Szczególnie dla kogoś z wielkimi ambicjami. A taką osobą był na pewno Jacek Gmoch. W sierpniu 1976 roku przyleciał ze Stanów Zjednoczonych, by objąć jedną z najważniejszych i najbardziej prestiżowych funkcji w polskim futbolu. A już dwa miesiące później zadebiutował w roli pierwszego w wyjazdowym starciu z Portugalią w el. MŚ. Jak ocenić jego ponad dwuletnią kadencję?
Mówiono o nim Napoleon. Wprawdzie spał dłużej niż trzy godziny na dobę, nie romansował z Marią Walewską, na głowie nie nosił piroga, nigdy nie był na Wyspie Świętej Heleny, ba – nie miał nawet swojego Waterloo, a jednak to skojarzenie z francuskim cesarzem jest wyjątkowo trafne. I wcale nie dlatego, że był dość mikrego wzrostu. Wspominamy Leszka Jezierskiego – człowieka wielu talentów. Lecz przede wszystkim świetnego szkoleniowca, genialnego stratega, któremu nigdy nie było dane zostać selekcjonerem reprezentacji Polski.
W Polsce często był obiektem żartów. Ale złośliwe uwagi kibiców Grzegorz Rasiak puszczał mimo uszu, a niedowiarkom odpowiadał w najlepszy możliwy sposób, jak na napastnika przystało – strzelonymi golami. Z powodzeniem radził sobie w Groclinie Dyskobolii Grodzisk Wlkp. – tak w kraju, jak i podczas meczów w europejskich pucharach. Radosnych chwil dostarczył też kibicom reprezentacji Polski. A prześmiewcom zamknął usta udanymi występami w barwach Derby County i Southampton, gdzie zasłużył na pseudonim – „Rasialdo”.
„Wiesz, pan, jak się urodzi chłopiec, dam mu na imię Kazik. A jak dziewczynka – Gadocha”. Ten tekst, zaczerpnięty ponoć z autentycznej rozmowy dwóch ojców w jednym ze szpitali w Warszawie jesienią 1972 roku, krążył po kraju długie lata. Podobnie jak wypowiedziane trzy lata później słowa Jana Ciszewskiego. Pod koniec meczu z Holandią komentator w zabawny sposób przekręcił nazwisko strzelca jednego z goli: „4:1 dla Polski! Grzegorz Lato, Robert Radocha – przepraszam za to przejęzyczenie – i dwie bramki Andrzeja Szarmacha!”. Iście freudowska pomyłka! 10 stycznia urodziny obchodzi piłkarz, który każdemu kibicowi kojarzy się z największymi sukcesami polskiego futbolu.
Etymologia powyższego wyrażenia wywodzi się najprawdopodobniej od... bociana, którego jedno z gwarowych imion to Maciek. Ów bociek krąży wokół gniazda i tę czynność kilkukrotnie powtarza. To trochę jak w przypadku pewnego polskiego trenera, który gdzie się nie pojawi, odnosi sukcesy. Po trofea sięgał z czterema drużynami z Polski – Groclinem Dyskobolią Grodzisk Wielkopolski, Wisłą Kraków, Legią Warszawa i Lechem Poznań. W 2023 roku triumfował na obczyźnie – wygrywając azjatycką Ligę Mistrzów z Urawa Red Diamonds. Wspomniane wcześniej bocianie imię nie jest tutaj przypadkowe. Mowa bowiem o Macieju Skorży – jednym z najbardziej utytułowanych polskich trenerów klubowych.