
Śpiewał Kazik: „Polscy piłkarze nie strzelili od kilkuset minut gola. To stan na kwiecień 2000 i zakończona moja rola”. Sprawa poważna, ale kiedyś bywało gorzej. Gdyby lider Kultu urodził się przed wojną (pierwszą światową!) i popełnił jakiś tekst o naszych futbolistach, musiałby napisać o 956 latach (licząc od Chrztu Polski) lub ponad pięciu miesiącach (od premierowego meczu). Tyle bowiem czekaliśmy nad Wisłą na pierwszą w historii bramkę dla biało-czerwonych. Strzelił ją, z rzutu karnego, Józef Klotz.
Bilans jest korzystny. Dziesięć zwycięstw w piętnastu spotkaniach i tylko dwie porażki, świadczą o tym, że biało-czerwonym grało się z Albanią „lekko, łatwo i przyjemnie”. Ale nic bardziej mylnego. Wszystkie mecze to była „droga przez mękę”. Twardzi jak skała Albańczycy mocno dali się we znaki nawet drużynom prowadzonym przez dwóch słynnym selekcjonerów: Kazimierza Górskiego i Antoniego Piechniczka, którzy doprowadzili przecież Polaków do medali w mistrzostwach świata. Ale historia spotkań z Albanią zaczęła się znacznie wcześniej: na przełomie lat 40. i 50. XX wieku.
To był rok pełen emocji. W mijającym 2025, reprezentacja Polski rozegrała łącznie dziesięć spotkań. Stawką ośmiu z nich były punkty eliminacji mistrzostw świata 2026. Pod wodzą najpierw Michała Probierza, a później Jana Urbana biało-czerwoni odnieśli siedem zwycięstw, zanotowali dwa remisy i tylko raz przegrali. Łącznie aż siedemnastokrotnie trafiali do siatki i co ciekawe, nie było spotkania, w którym nie zdobyliby bramki. W XXI wieku taka sytuacja naszej drużynie zdarzyła się dopiero po raz trzeci.
Wśród gwiazd srebrnego ekranu jest ich całkiem sporo. Któż nie zna bowiem Rambo, czyli Sylvestra Stallone, albo reżysera znakomitych komedii Sylwestra Chęcińskiego czy wreszcie kota Sylwestra, goniącego w kreskówkach za ptaszkiem Tweetym? Wśród piłkarskiej braci w Polsce ludzi o tym imieniu ze świecą szukać. Ale to może i lepiej, bo kto im złoży życzenia, gdy w klubowej szatni właśnie zieje pustką, a na trybunach nie ma żywej duszy? Zrobimy to my. Na przekór hucznym balom, fajerwerkom i strzelającym korkom od szampana. Oto krótka historia pięciu Sylwestrów, którzy mniej lub bardziej zaistnieli w historii futbolu nad Wisłą.
„Kto nie z Mieciem, tego zmieciem” – mawiał legendarny fotoreporter „Przeglądu Sportowego” Mieczysław Świderski. Jego imiennik, ceniony trener młodzieży i specjalista od ratowania klubów przed spadkiem z ekstraklasy, nigdy nie dał się poznać jako człowiek aż tak przebojowy ani tym bardziej radykalny. Przeciwnie: bardzo cenił sobie dialog i dobrą współpracę. Dzień przed sylwestrem urodziny świętuje Mieczysław Broniszewski. W Nowy Rok wejdzie jako 77-latek.
Podlasie. Życie w tym zakątku Polski toczy się wolniej, a ludzie są życzliwi i otwarci. Region ten słynie z pięknych krajobrazów, które urzekły reżysera Jacka Bromskiego. To właśnie tam umieścił akcję kultowej komedii „U Pana Boga za piecem” oraz jej kontynuacje. Podlasie to także Puszcza Białowieska, pyszna regionalna kuchnia i słynny na cały kraj trunek zwany „Duchem Puszczy”. Piłkarską dumą regionu jest naturalnie Jagiellonia Białystok. Klub ten wydał na świat niejednego bardzo dobrego piłkarza. Do dziś za ikonę Jagi uznaje się Tomasza Frankowskiego. Nim jednak nastała era „Franka”, w Białymstoku grał inny napastnik, którego uwielbiali miejscowi fani. Nazywał się Jacek Bayer.