
Miał jednocześnie szczęście i... pecha. Szczęście bo nominacja na selekcjonera to zaszczyt, choć również ogromna odpowiedzialność. Pecha, bo jego kadencja przypadła na „chude” lata polskiego futbolu. 4-letnia praca Andrzeja Strejlaua (1989-1993) nie zakończyła się sukcesem. Biało-czerwonym nie udało się awansować ani na Euro w Szwecji (1992), ani na mundial w Stanach Zjednoczonych (1994). Ale to w trakcie pracy Pana Andrzeja z kadrą zadebiutowało aż 14 srebrnych medalistów igrzysk olimpijskich w Barcelonie. A po raz pierwszy koszulkę z orzełkiem założyli tak znani piłkarze jak: Jacek Bąk, Andrzej Juskowiak, Tomasz Wałdoch, Wojciech Kowalczyk, Piotr Świerczewski, Piotr Czachowski, Jerzy Brzęczek, czy Adam Matysek. Warto wziąć zatem pod statystyczną lupę wszystkie 60 spotkań jakie rozegrała drużyną narodowa pod jego wodzą.
Do świętoszków nigdy nie należał, zawsze chodził swoimi ścieżkami. W karierze zdarzył mu się niejeden wyskok, za który musiał później odpokutować. Szczególnie bolesną karą był brak powołania na Euro 2012. Jednak mimo absencji na polsko-ukraińskim turnieju, „Peszkin” może się pochwalić 44 występami w reprezentacji Polski, grą na mistrzostwach Europy w 2016 roku oraz mundialu dwa lata później. W cyklu „Z biegiem lat, z biegiem dni” przybliżamy sylwetkę Sławomira Peszki – piłkarza, który z kariery wycisnął wszystko, co tylko mógł.
W reprezentacji zagrał 53 mecze i zdobył medal za III miejsce na hiszpańskim mundialu (1982). Z kolei w trakcie prawie 3-letniej kadencji selekcjonera (2003-06) prowadził biało-czerwonych w 51 spotkaniach. W roli szkoleniowca też osiągnął sukces, bo za taki trzeba uznać awans na mistrzostwa świata (2006). Turniej w Niemczech już mu nie wyszedł, a oliwy do ognia w po mundialowym rozrachunku dolało pominięcie w 23-kadrze na MŚ m. in. Jerzego Dudka, Tomasza Kłosa i bohatera eliminacji Tomasza Frankowskiego. Ale tego, że „Janosik” jako pierwszy w historii polskiego futbolu wystąpił na mundialu jako piłkarz, a później selekcjoner biało-czerwonych (później ten wyczyn powtórzył Adam Nawałka, a przed Janasem uczynił to wprawdzie Henryk Kasperczak, ale jako trener Tunezji) nikt mu nie odbierze.
„Boniek do Buncola, cudowna akcja! Gol!” – kto dziś pamięta jeszcze ten komentarz Jana Ciszewskiego z meczu z Peru na mistrzostwach świata 1982? Starsi kibice na pewno tak. Młodsi mogą kojarzyć go co najwyżej z czołówki magazynu „Gol”, emitowanego niegdyś w TVP. A kto pamięta samego Andrzeja Buncola? I czy po tylu latach ktoś jeszcze jest w stanie rozpoznać tego filigranowego pomocnika o twarzy cherubinka? Niektórzy koledzy ze srebrnej drużyny mundialu ’82 mieli z tym problem, gdy spotkali go na meczu z Meksykiem w Gdańsku w 2017 roku. „Ale to nie dziwne, jeśli się kogoś 35 lat nie widzi” – przyznał wówczas w rozmowie z Andrzejem Janiszem z Polskiego Radia.
Takie rzeczy zdarzają się głównie w bajkach. To tam ten mniejszy i słabszy wyprowadza w pole tego dużego i silniejszego. Głównie sprytem i fortelem. Ale taka „bajkowa historia” zdarzyła się także na boisku. Szczupły, drobny i niski (174 centymetry wzrostu) Andrzej Buncol pokonał wyższego o 14 centymetrów bramkarza reprezentacji NRD Hansa-Ulricha Grapenthina. Na dodatek gola strzelił głową. Sytuacja miała miejsce 2 maja 1981 roku, a stawką meczu były punkty w eliminacjach hiszpańskiego mundialu.
- Dzień dobry. Przed chwilą zjadłem obiad i nie mam już żadnych planów - tak Krzysztof Baran rozpoczął wywiad z dziennikarzem TVP Sport Sebastianem Piątkowskim. Były reprezentant Polski żyje niemal w kompletnym zapomnieniu. Niewielu pamięta o bohaterze z legendarnego stadionu Centenario w Montevideo. A przecież 16 lutego 1986 roku odbył się mecz, który dla błyskotliwego napastnika powinien być punktem zwrotnym, przełomem i trampoliną do lepszego klubu oraz wielkiej kariery. Ale nie był. Krzysztof Baran został „jedniodniowym milionerem”. Mógł być kadrowiczem na lata, a został na chwilę. Taką, która wystarczyła, by 40 lat temu strzelić dwa gole Urugwajowi.