
Strzelił kilkaset goli, wykorzystując przy tym swój wielki talent i umiejętności: szybkość, technikę, opanowanie czy intuicję. Ale dla Włodzimierza Lubańskiego jednym z najważniejszych trafień w karierze było to zdobyte z… rzutu karnego. Co więcej, jak sam przyznaje, ta „jedenastka” jeszcze długo powracała w sennych koszmarach. A przecież wydaje się, że to nic trudnego. Wystarczy celnie uderzyć ze stojącej piłki z bliskiej odległości. Ale nie wtedy gdy patrzy na ciebie sto tysięcy ludzi na stadionie i miliony przed telewizorami. Gdy jest ostatnia minuta meczu, goście prowadzą 1:0, a już tylko od ciebie zależy, czy twoja drużyna doprowadzi do remisu i dogrywki. Na dodatek stawką jest awans do finału europejskiego pucharu. Tak, to nie przelewki. Odpowiedzialność i stres są gigantyczne. A to może spętać nogi nawet najlepszym. Tak stresowa sytuacja przydarzyła się Lubańskiemu 15 kwietnia 1970 roku na Stadionie Śląskim w Chorzowie.
Z Wojciechem Kowalczykiem jest trochę tak, jak z jednym z bohaterów filmu „Pitbull” Patryka Vegi, który mawiał: „Co ja jestem zupa pomidorowa, żeby mnie wszyscy lubili?”. Choć są i tacy, którzy nie należą do smakoszy tego tradycyjnego dania kuchni polskiej. I podobnie jest z „Kowalem”. Przez jednych uwielbiany, przez innych znienawidzony. Zawsze miał swoje zdanie i potrafił w dosadnych słowach wyrazić to, co myślał. Jedno nie ulega wątpliwości – Kowalczyk dobrym piłkarzem był, i basta!
Niespotykanie spokojny człowiek – tak o nim mówiono. To właśnie ta cecha charakteru pomogła mu jakoś ułożyć sobie relacje z Ryszardem Trzcionką i Marianem Dziurowiczem – dwoma kontrowersyjnymi działaczami, którzy byli patronami jego kariery: najpierw piłkarskiej, potem trenerskiej. 22 marca 2021 roku zmarł Alojzy Łysko – twórca sukcesów katowickiego GKS-u. Trzy tygodnie później miał świętować 86. urodziny.
W Biłgoraju – skąd pochodzi – znają go wszyscy. Ale jego charakterystyczny głos kojarzą nie tylko w rodzinnym mieście. Przez lata bowiem Kazimierz Węgrzyn komentował mecze ekstraklasy na telewizyjnych antenach. Miłośnicy polskiej piłki z pewnością pamiętają popularnego „Kazka” z występów w ekstraklasie, w której grał przez 12 sezonów i należał do grona najbardziej rozpoznawalnych piłkarzy.
„Brak słów”, „Najlepszy jakiego poznałem w piłkarskim środowisku”, „Świetny trener, ale przede wszystkim cudowny i ciepły człowiek”… 10 kwietnia od 2026 roku będzie kojarzył się również z niepowetowaną stratą polskiego sportu. Fala komentarzy, która zalała przestrzeń medialną tego poranka, jednoznacznie wskazuje, jak wielka postać krajowego futbolu odeszła tak nagle, niespodziewanie i zdecydowanie za wcześnie. Jacek Magiera – piłkarz, trener, którego znał niemal każdy sympatyk piłki nożnej w naszym kraju, miał zaledwie 49 lat.
Reprezentował Polskę w kolejnych kategoriach wiekowych. Od 2017 roku na dobre zadomowił się w seniorskiej kadrze, w której do dziś rozegrał 74 spotkania. Był na dwóch mistrzostwach świata (2018 i 2022) oraz dwóch Euro (2021 i 2024). Problemy klubowe i brak regularnych występów sprawiły, że choć na mundial w Katarze pojechał, jego udział w turnieju był tylko symboliczny (rozegrał trzy minuty w meczu 1/8 finału z Francją, przegranym 1:3). A cztery lata wcześniej w Rosji zdobył zwycięską bramkę w meczu z Japonią (jak dotąd swoją jedyną w koszulce z orłem), ale z pewnością zamieniłby ją na wyjście z grupy biało-czerwonych. Mimo wielu trudności, jego klubowy dorobek może robić duże wrażenie: mistrzostwo Polski, zagraniczny transfer i kilka sezonów w jednej z najsilniejszych lig świata – Premier League. W minionym roku jego Southampton, jako beniaminek, ponownie pożegnało się z piłkarską elitą w Anglii, a dla Polaka latem nadszedł czas zmian. Od lipca w barwach FC Porto walczy o mistrzostwo Portugalii i sukces w Lidze Europy.