
Był jednym z najciekawszych polskich piłkarzy i autorem... najsłynniejszego strzału w poprzeczkę w historii występów biało-czerwonych na mistrzostwach świata. Jana Karasia kibice pamiętają przede wszystkim z potężnego uderzenia w poprzeczkę w starciu z Brazylią 0:4 (1986). Wówczas było 0:0 i kto wie, jak potoczyłoby się to spotkanie, gdyby piłka odbiła się za linią bramkową. „Gdybym więcej ćwiczył w młodości, to pewnie wpadłaby do siatki” – żartował po latach w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”.
Rok 2022 był wyjątkowy dla jednego z najpopularniejszych i najbardziej zasłużonych klubów piłkarskich w Polsce. Po siedmiu latach od bankructwa i ośmiu od spadku z ekstraklasy, Widzew Łódź wrócił do krajowej elity. Wypełniony po brzegi stadion, rekordy sprzedanych karnetów i rzesza kibiców w całym kraju – nieobecność klubu z Miasta Włókniarzy wśród najlepszych na przestrzeni ostatniej dekady jest tym bardziej zauważalna, kiedy spojrzy się na to, co wokół niego dzieje się właśnie teraz. Ale jak to możliwe, że zespół, który w ostatnich latach znajdował się na peryferiach ligowego futbolu, zaczynając odbudowę od piątego poziomu rozgrywek, mimo braku sukcesów wciąż budzi tak duże emocje? To wszystko za sprawą wielkich drużyn, które w latach 80. i 90. XX wieku rozbudzały wyobraźnię sympatyków futbolu nad Wisłą, zdobywając w sumie cztery tytuły mistrzowskie i Puchar Polski, ale przede wszystkim tocząc niezapomniane boje z najsilniejszymi ekipami w Europie. My przypominamy dziesięć – naszym zdaniem – najważniejszych potyczek czerwono-biało-czerwonych na międzynarodowej arenie.
Zygmunt Anczok – najwybitniejszy lewy obrońca w historii polskiej piłki – na świat przyszedł w Lublińcu 14 marca 1946 roku. Pierwsze sukcesy „Ana” (bo taki miał pseudonim) święcił jednak... w czwórboju lekkoatletycznym (skok w dal, skok wzwyż, bieg na 60 metrów i rzut piłką palantową). Dzięki niebywałej wręcz wydolności czuł się w tej dyscyplinie jak ryba w wodzie, czego dowodem było mistrzostwo szkoły, wywalczone w rodzinnym mieście.
Nie ma domu bez fundamentów i nie ma drzewa bez silnych korzeni. A wielkich sukcesów, jakie nasz futbol świętował w latach 70. i 80. XX wieku, nie byłoby bez pewnego lwowiaka, którego przyjaciele zwali filuternie Fają. Ryszard Koncewicz - człowiek, który wyszkolił całą plejadę najlepszych polskich piłkarzy i trenerów.
Był czołowym piłkarzem reprezentacji olimpijskiej, która na igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku sięgnęła po srebrny medal. W pasjonującym finale z Hiszpanią (2:3), rozegranym na legendarnym stadionie Camp Nou, strzelił gola na 2:2. Z powodzeniem grał z Legią w Lidze Mistrzów w sezonie 1995/96. Z czasem jednak był coraz mocniej krytykowany przez kibiców tego Wojskowych. Po odejściu ze stołecznego klubu coraz bardziej odsuwał się w cień, aż całkiem zniknął z piłkarskiego świata. W 2023 roku dosięgły go poważne problemy zdrowotne: przeszedł udar mózgu. Od tego czasu, z pomocą rodziny, walczy z niepełnosprawnością.
Miał być selekcjonerem na lata, a został tylko na chwilę. Bilans Władysława Stachurskiego w roli trenera drużyny narodowej ograniczył się do czterech meczów. I to wyłącznie towarzyskich. Gdy były szkoleniowiec Legii Warszawa (z którą dotarł aż do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1990/91) przejmował w listopadzie 1995 roku schedę po Henryku Apostelu, jego głównym zdaniem było przygotowanie biało-czerwonych do eliminacji mistrzostw świata. Ale ówczesny prezes PZPN Marian Dziurowicz po towarzyskich sprawdzianach kadry (trzeba uczciwie przyznać, że nieudanych) uznał, że "z tej mąki chleba nie będzie" i podziękował Stachurskiemu za pracę. Jego następcą został Antoni Piechniczek.