15 lutego 1966

Adrian Woźniak,

/ FOT. EAST NEWS

Gdy młodsi kibice słyszą pseudonim „Kosa”, na myśl przychodzą im najprawdopodobniej Kamil Kosowski bądź Jakub Kosecki. Jednak tym prawdziwym, bo pierwszym „Kosą”, był ojciec ostatniego z wymienionych – Roman Kosecki. Buntownik z wyboru, noszący długie włosy i kolczyki, ale też człowiek, który miał zawsze własne zdanie i potrafił walczyć o swoje. 15 lutego przypadają jego kolejne urodziny.

Koseckiemu seniorowi umiejętności na pewno nie brakowało. Wróżono mu wielką karierę. Niektórzy mówili o nim – talent na miarę Kazimierza Deyny. Już od najmłodszych lat ciągnęło go do piłki nożnej. Wraz z kolegami grał w nią gdziekolwiek się dało i... czym się dało. Na szkolnych korytarzach zaraz po lekcjach kopali tzw. syfa – czyli zwiniętą w kulkę i zaklejoną plastrami gazetę. Na porządku dziennym były rozgrywki międzyszkolne, w których grano już normalną piłką. „Gdy zostawaliśmy po szkole grać, to starsi chłopcy wybierali zawodników, a ja byłem jednym z pierwszych wybranych. Cieszyłem się, że nie musiałem stać na bramce, bo na bramce zazwyczaj stawali chłopcy, którzy sobie najsłabiej ze wszystkim radzili” – mówił w wywiadzie dla portalu weszlo.com.

Przygodę z piłką rozpoczął w wieku 11 lat w drużynie trampkarzy RKS-u Mirów. Prezentował się na tyle dobrze, że już po czterech latach trafił do zespołu seniorów, grających w okręgówce. Imponował dryblingami i przez starszych kibiców bywał nazywany „Tahamata” (od nazwiska błyskotliwego napastnika reprezentacji Holandii) albo „Pele”. Aż w końcu przylgnął do niego pseudonim „Kosa”. I tak już zostało.

Dobre występy w Mirowie zaowocowały przenosinami do Warszawy w 1983 roku. Po trzech latach w Ursusie i rocznym pobycie w Gwardii przeniósł się do Legii, co było jego wielkim marzeniem. W klubie z Łazienkowskiej zwrócił na siebie uwagę zagranicznych skautów. W świat wyruszył w 1991 roku i z powodzeniem reprezentował barwy Galatasaray Stambuł, Osasuny Pampeluna, Atlético Madryt, FC Nantes i Montpellier

W sposób szczególny zapisał się na kartach historii madryckich rojiblancos. 30 października 1993 roku niemal w pojedynkę ograł wielką Barcelonę Johana Cruyffa. Atlético przegrywało 0:3, ale wygrało 4:3 po dwóch golach i asyście Koseckiego. Ten wyczyn najstarsi fani madrytczyków pamiętają mu do dziś.

Po sześcioletnich zagranicznych wojażach „Kosa” powrócił do Legii, ale tym razem na krótko. W 1998 roku wyjechał za ocean do Chicago Fire. Tam razem z Piotrem Nowakiem i Jerzym Podbrożnym zdobył mistrzostwo MLS. Rok później zakończył karierę.

Pisząc o Koseckim, nie sposób zapomnieć o występach w reprezentacji Polski. A tych zaliczył 69. Do siatki trafił 19-krotnie. Należy do Klubu Wybitnego Reprezentanta. W biało-czerwonych barwach debiutował jeszcze jako piłkarz drugoligowej Gwardii Warszawa (towarzyski mecz w Hajfie Rumunia – Polska 2:2, 1988 rok). Już w drugim występie strzelił gola, a Polska wygrała towarzyskie starcie z Izraelem w Tel Awiwie 3:1. W drużynie narodowej miał lepsze i gorsze chwile. Niestety, te drugie przyćmiły jego pożegnanie z reprezentacją.

11 października 1995 roku w Bratysławie biało-czerwoni grali ze Słowacją w eliminacjach Euro’96. Nasz zespół po raz kolejny zawiódł. Przegrał 1:4 i definitywnie stracił szansę na awans, a Kosecki… na dalszą grę w kadrze. Za niesportowe zachowanie (ściągnięcie koszulki w czasie schodzenia z boiska) „Kosa” zobaczył czerwoną kartkę. Nie o takim zakończeniu reprezentacyjnej przygody marzył.

Mało kto wie, że w młodości „Kosa” grał nie tylko w piłkę, ale również w... zespole muzycznym. W wieku 14 lat wraz z kolegami założył kapelę. Nastolatkom nie brakowało pomysłowości. Stary adapter bambino robił za wzmacniacz, do niego podłączona była gitara, a za perkusję służyła... klapa od wirówki pralki „Frania”. Kosecki i spółka próbowali grać utwory Beatlesów, Rolling Stonesów, a później także kawałki reggae, punk rocka i rock and rolla. Jak wiemy, kariery muzycznej „Kosa” nie zrobił, bo zdecydował się postawić na futbol.

Po zawieszeniu butów na kołku nie zdecydował się zostać trenerem. Miał zupełnie inny pomysł na życie. W Konstancinie-Jeziornie otworzył szkółkę piłkarską pod nazwą Kosa. Próbował swych sił w polityce – najpierw jako radny, a następnie w Sejmie jako poseł Platformy Obywatelskiej. Kandydował również na prezesa PZPN, a po przegranej ze Zbigniewem Bońkiem został wiceprezesem ds. szkoleniowych (pełnił tę funkcję do 2016 roku).

O jubilacie na pewno jeszcze usłyszymy, bo jak mówił „Przeglądowi Sportowemu”: „Czuję się zwycięzcą. Jestem człowiekiem, który wstaje rano, patrzy w lustro i mówi sobie: chcę zrobić kolejne dobre rzeczy. Nic nie muszę, ale właśnie chcę. Kiedy myślę o swoich dokonaniach, czuję dumę. (...) Pasuje tylko trochę bardziej zadbać o swoje zdrowie. Mówię znajomym, że mam dietę cud: cud będzie, jak schudnę”.