Igrzyska olimpijskie w Monachium

Krzysztof Jaśniok,

Polska reprezentacja ze złotymi medalami podczas odgrywania hymnu. / FOT. PAP

„Polak, Węgier dwa bratanki, ale my strzelamy bramki” – takim hasłem przywitali kibice naszą złotą reprezentację wracającą z igrzysk olimpijskich. Madziarzy byli pierwszymi rywalami biało-czerwonych w meczu międzypaństwowym, a później surowymi i wymagającymi nauczycielami. Ale 10 września 1972 roku uczeń przerósł mistrza. Na zapłakanym deszczem stadionie w Monachium dwa gole Kazimierza Deyny rozpoczęły dekadę największych sukcesów polskiego futbolu. A Deyna, z 9 golami, został królem strzelców turnieju olimpijskiego.

A – jak Albania. Pierwszy rywal w meczu o punkty, z którym jako selekcjoner musiał się zmierzyć Kazimierz Górski. Debiut nie był udany. Biało-czerwoni szybko objęli prowadzenie, ale nie zdołali go utrzymać, a w końcówce opadli z sił i desperacko bronili remisu. Eliminacje mistrzostw Europy, rozgrywane równolegle z kwalifikacjami olimpijskimi, nie poszły po naszej myśli. To jednak były tylko złe miłego początki.


B – jak Burgos. Na wieści z tej hiszpańskiej miejscowości czekała cała piłkarska Polska, bo od wyniku meczu gospodarzy z Bułgarami zależał nasz awans na igrzyska. Amatorska drużyna z Półwyspu Iberyjskiego musiała urwać silnemu zespołowi z Bałkanów przynajmniej punkt. I tak się stało. Po pełnym zwrotów akcji i dramaturgii widowisku padł remis 3:3.


C – jak cichy bohater. Na początku pracy z kadrą trener Górski narzekał na braki w przygotowaniu fizycznym zawodników. Ktoś wpadł wówczas na pomysł, by w sztabie zatrudnić byłego dżudokę Lesława Makucha, który skończył wrocławską AWF i miał sukcesy w pracy z pięściarzami i sztangistami. To jemu w dużej mierze złota drużyna zawdzięcza medal. Na igrzyska jednak nie pojechał, bo sympatyzował z opozycją.


D – jak data. W ostatnim meczu fazy grupowej rywalami biało-czerwonych byli piłkarze z NRD. Tak się złożyło, że spotkanie odbyło się… 1 września, w 33. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Oficjalna propaganda unikała tego tematu (bo przecież graliśmy z przyjaciółmi z Układu Warszawskiego), ale dla wielu z naszych reprezentantów, którzy stracili bliskich w czasie okupacji, to był wyjątkowo trudny dzień. Na szczęście tym razem zwycięski.

ZOBACZ STRONĘ MECZU


E – jak elementarz. Ten najbardziej znany, Mariana Falskiego, zasłynął zdaniem „Ala ma kota”. Ten piłkarski, którego autorem był Kazimierz Górski, powstał nieco później, ale bez fundamentalnych twierdzeń, że „piłka jest okrągła, a bramki są dwie” czy „tak się gra, jak przeciwnik pozwala”, dziś nie może się obyć żaden adept futbolu. Prawda? 

F – jak Faja. Ten niezwykły pseudonim nosił poprzednik Kazimierza Górskiego na stanowisku selekcjonera, czyli Ryszard Koncewicz. Wielu jest zdania, że bez niego nie byłoby sukcesu złotej jedenastki. To on wynalazł dla kadry Deynę, Gorgonia, Maszczyka, Szymanowskiego i Ćmikiewicza. Z nieodłączną fajką w ustach obmyślał genialne strategie i rozpisywał w szczegółach każdą minutę gry. Niestety, w praktyce nie był tak dobry jak w teorii.


G – jak Gorgoń Jerzy. Blondwłosy olbrzym (192 cm wzrostu!) z Zabrza pokazał na igrzyskach, że klasyczny środkowy obrońca może być też piekielnie groźny pod bramką rywali. I to wcale nie z uwagi na warunki fizyczne. W meczu z NRD stoper Górnika przesądził o naszym zwycięstwie, strzelając nie głową, a prawą nogą – najpierw z bliska, a potem z dystansu w samo okienko.

ZOBACZ STRONĘ MECZU


H – jak hamletyzowanie. Po pierwszym meczu drugiej fazy grupowej – nomen omen – z Danią nastroje w naszej ekipie nie były najlepsze. Remis oznaczał, że – jak w dramacie Szekspira – trzeba było sobie zadać pytanie o „być albo nie być” w olimpijskim finale. Szczęśliwie ci, którzy pełni byli wątpliwości i rozterek, dostali szybką odpowiedź. Zwycięstwa nad ZSRR i Marokiem przesądziły sprawę.


I – jak inżynier górnik. Hubert Kostka, czyli jedyny spośród naszych złotych medalistów piłkarz z wyższym wykształceniem. Bramkarz Górnika Zabrze uzyskał tytuł magistra na Politechnice Śląskiej w 1964 roku, będąc już wówczas trzykrotnym mistrzem Polski. Po zakończeniu kariery skończył jeszcze AWF w Katowicach i został trenerem. Szombierki Bytom i ukochanego Górnika poprowadził do tytułu najlepszej drużyny w kraju.


J – jak Jarosik Andrzej. Spośród turniejowej kadry tylko on i bramkarz Marian Szeja nie pojawili się na boisku. A miał ku temu okazję, bo podczas meczu z ZSRR trener Górski kazał mu się rozgrzewać, by zmienić Zbigniewa Guta. Jarosik odmówił (według różnych wersji albo nie czuł się na siłach, albo był obrażony rolą rezerwowego) i na murawie pojawił się ostatecznie Zygfryd Szołtysik, który zdobył zwycięską bramkę. Krnąbrny napastnik po igrzyskach nie dostał już powołania do reprezentacji.

ZOBACZ STRONĘ MECZU

K – jak Kaka. Ten sam pseudonim nosiło dwóch wielkich piłkarzy. Brazylijczyk, zdobywca Złotej Piłki w 2007 roku, zawdzięcza go młodszemu bratu, który tak go nazywał w dzieciństwie. Nasz Kaka, czyli Kazimierz Deyna, zyskał to miano ze względu na specyficzny sposób poruszania się po boisku – otóż stawiał nogi do środka, co sprawiało, że kołysał się jak ka(cz)ka. Olimpijski turniej był jego popisem. W finale zdobył dwie bramki i przesądził o naszym zwycięstwie, a przy okazji przypieczętował tytuł króla strzelców.

ZOBACZ STRONĘ MECZU


L – jak lebiega. Kto słuchał kiedyś Kapeli Czerniakowskiej, wie, co oznacza to słowo. Niespełna miesiąc po porażce z RFN w eliminacjach mistrzostw Europy do PZPN-u ktoś wysłał list. Był adresowany do trenera Górskiego i kończył się tekstem: „Ty lebiego, w ząbek czesany, zajmij się lepiej trampkarzami”. Był listopad 1971 roku. Dziesięć miesięcy później tego samego szkoleniowca naród był gotowy nosić na rękach.


Ł – jak łódzcy kibice. Gdyby nie oni, Grzegorz Lato nie pojechałby na igrzyska. Napastnik mieleckiej Stali błyszczał w lidze, ale z trudem przebijał się do drużyny trenera Górskiego. W lipcu 1972 roku kadra zagrała w Łodzi z Peñarolem Montevideo i z trybun przez prawie godzinę skandowano: „Panie Górski, co pan na to, że na ławce siedzi Lato?”. Selekcjoner wreszcie pękł i dał mu szansę. Gdy snajper strzelił gola, kibice zaczęli śpiewać: „Panie Górski, co to będzie, jak w Monachium go nie będzie?”. Nie było wyjścia. Lato dostał powołanie.


M – jak medale. Był z nimi niezły ambaras, bo organizatorzy przygotowali tylko 12 krążków, a polska kadra liczyła 19 zawodników. Po ceremonii zaczęto je sobie wydzierać. Ostatecznie medale trafiły do tych, którzy najwięcej grali, a pozostali po powrocie do kraju otrzymali pozłacane kopie od Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Podobno były lepiej wykonane od oryginału.

ZOBACZ STRONĘ MECZU


N – jak nowinki technologiczne. Igrzyska w Monachium to pierwsza duża impreza, podczas której polscy piłkarze mogli skorzystać z tzw. telerekordingu. Przed finałem kadrowicze obejrzeli trzy sfilmowane mecze Węgrów – z Brazylią, Danią i RFN. Działał już także słynny bank informacji, stworzony przez Jacka Gmocha.

O – jak ofensywna defensywa. W meczu z NRD trener Górski zastosował bardzo nietypowe jak na ówczesne czasy ustawienie 5-3-2. Gdy po ostatnim gwizdku szkoleniowiec rywali Georg Buschner zapytał go „Co wyście dzisiaj grali?”, spokojnie odparł: „Ofensywną defensywę”. Pomysł się sprawdził. Obie bramki dla Polski w zwycięskim meczu zdobył obrońca Jerzy Gorgoń.

ZOBACZ STRONĘ MECZU


P – jak pociąg. Ulubiony środek transportu naszych piłkarzy podczas Igrzysk XX Olimpiady. Drużyna mieszkała w Monachium, ale w fazach grupowych przyszło jej grać w Ingolstadt, Ratyzbonie i Norymberdze, a ponieważ mecze odbywały się co dwa dni, zawodnicy więcej czasu spędzili w wagonach niż na treningach. Co ciekawe, nie każda ekipa chciała podróżować pociągiem. Kolumbijczycy niemal spóźnili się na spotkanie z Polakami, bo prezes ich federacji miał sen, że uciekał przed goniącą go lokomotywą po niekończących się szynach. Nakazał więc zespołowi przesiadkę do autokaru.


R – jak reakcja. Nie chodzi tu wcale o stosowane przez peerelowską propagandę pogardliwe określenie żołnierzy AK, lecz o charakterystyczny sposób pracy trenera Górskiego. Dobrze go obrazuje sytuacja z meczu Węgrami. Po przegranej pierwszej połowie selekcjoner wszedł do szatni, w której trwała już ostra dyskusja. Stanął spokojnie w kącie, dał się chłopakom wykrzyczeć, a potem… w dwóch zdaniach pochwalił ich za dobrą grę i życzył bramek po przerwie. Jak się skończyło, wiadomo.


S – jak stadion. Oczywiście ten Olimpijski w Monachium. Zbudowany specjalnie na igrzyska, był uważany za perełkę architektury sportowej lat 70. Jego koronę wieńczyły efektowne sklepienia ze szkła akrylowego, podtrzymywane wielkimi stalowymi słupami. Nasi piłkarze marzyli, aby na nim zagrać, ale było im to dane dopiero w finale. Ich sukces z trybun obserwowało 80 tysięcy ludzi.


T – jak terroryści. Bladym świtem 5 września, akurat w dniu meczu biało-czerwonych z ZSRR, zdarzył się najsmutniejszy w historii nowożytnych igrzysk incydent. Palestyńczycy z organizacji Czarny Wrzesień wdarli się do wioski olimpijskiej i porwali kilkunastu sportowców oraz trenerów, żądając uwolnienia swoich rodaków więzionych przez władze Izraela. Zginęło 11 uczestników igrzysk, policjant i pięciu zamachowców.

U – jak ulubieńcy mas. Gdy zabrzmiał ostatni gwizdek w olimpijskim finale, polski zespół zaczął taniec radości na murawie. Lubański wziął od jednego z kibiców biało-czerwoną flagę i pobiegł z nią na czele drużyny dookoła stadionu. Na trybunach zapanowało istne szaleństwo. Tak samo było, gdy złoci medaliści wrócili do kraju. Na Okęciu witały ich tłumy. Potem przyszła kolej na oficjalne podziękowania, odznaczenia i spotkania z oficjelami. Właśnie wtedy władze PRL odkryły, że na sukcesie sportowym można zbić duży kapitał polityczny. Wkrótce w kalendarzu pojawiło się nowe święto: 10 września został ustanowiony Dniem Piłkarza.


V – jak Váradi Béla. To on zasmucił polskich kibiców, strzelając gola do szatni w grze o złoto. Bramka padła po ewidentnym błędzie Kazimierza Deyny, ale zaspał też Zygmunt Maszczyk, który był indywidualnie odpowiedzialny za pilnowanie napastnika Vasasu Budapeszt. Co ciekawe, w różnych źródłach jego nazwisko jest zapisywane w dwójnasób. Był znany także jako Béla Várady.

ZOBACZ STRONĘ MECZU


W – jak wódeczka. Były czasy, gdy piłkarze po dobrze wykonanym zadaniu mogli trochę poszaleć i zupełnie legalnie zaznać niesportowego trybu życia w samym centrum… wioski olimpijskiej. Po zwycięskim finale drużyna zebrała się w pokojach zajmowanych przez graczy Górnika Zabrze i Ruchu Chorzów. Alkohol dostarczył słynny komentator Jan Ciszewski, życząc sobie skromne 10 marek za butelkę. Podobno próbowano nawet sake, którą Polakom podarował jakiś japoński dżudoka.


Z – jak złoto. Pierwsze i jedyne jak dotąd w historii polskiego futbolu, które w turnieju najwyższej rangi wywalczyła drużyna seniorów. Niewielu jednak już dzisiaj pamięta, że gdy piłkarze grali z Węgrami, to w olimpijskim finale walczył również pięściarz. Jan Szczepański też stanął na najwyższym stopniu podium, ale jego sukces znalazł się w cieniu sensacyjnego triumfu drużyny Kazimierza Górskiego.