polska - anglia (29.05.1993)polska - anglia (29.05.1993)
KronikiJak ciotka z Żoliborza
Jak ciotka z Żoliborza
Autor: Rafał Byrski
Data dodania: 06.09.2021
KADR Z TRANSMISJI TVP KADR Z TRANSMISJI TVP

Co by było gdyby? To jedno z ulubionych pytań kibiców. Nie tylko polskich. Andrzej Strejlau ma na to krótką i dosadną odpowiedź: „Gdyby żyła moja ciotka, to dziś byłaby najstarsza na Żoliborzu”. A były selekcjoner wie, co mówi, bo spokojnie mógłby przyłączyć się do chóru „gdybaczy”. W końcu biało-czerwoni pod jego wodzą aż pięciokrotnie grali z Anglikami, a trzykrotnie byli naprawdę blisko wygranej. Żaden z naszych selekcjonerów nie grał częściej z Wyspiarzami. Ale kadrze Strejlaua zawsze czegoś brakowało do zwycięstwa. Także łutu szczęścia. Z trzech remisów na własnym boisku (1989 – 0:0 el. MŚ, 1991 – 1:1 el. ME oraz 1993 – 1:1 el. MŚ) najbliżej sukcesu biało-czerwoni byli w tym ostatnim meczu. Ale 29 maja 1993 roku równie istotne było to, co wydarzyło się przed spotkaniem i po jego zakończeniu. 

Trudno powiedzieć, że eliminacje mundialu 1994 rozpoczęliśmy z przytupem. Z outsiderami, Turcją i San Marino męczyliśmy się niemiłosiernie, wygrywając u siebie skromnie 1:0. W tym drugim meczu po słynnym golu zdobytym ręką Jana Furtoka. Promykiem nadziei był cenny remis z Holandią na wyjeździe (2:2). Wyjazd do San Marino był formalnością (3:0), ale kluczowe dla układu sił w grupie było dopiero chorzowskie starcie z Anglią.

Problemy zaczęły się jeszcze przed meczem. Piłkarze postanowili zastrajkować i… nie wyszli na trening. Poszło o pieniądze i stroje. PZPN w porozumieniu ze Strejlauem ustalił przed eliminacjami wysokość premii. Za zwycięstwo nad Holandią, Anglią i Norwegią piłkarze mieli otrzymać po 6 tysięcy dolarów, z Turcją – 4 tysiące, a z San Marino tylko tysiąc. Ale po czterech meczach (trzech zwycięstwach i remisie) pieniądze dla kadrowiczów wciąż były wirtualne. Gdy zawodnicy na znak protestu nie wyszli na trening, odwiedził ich ówczesny wiceprezes PZPN Marian Dziurowicz. Rozmowy były burzliwe, nie bawiono się w konwenanse i Wersal. Ale dzień później sekretarz związku Edmund Zientara przyjechał na zgrupowanie z… dwiema walizkami pieniędzy. Zaległe należności zostały wypłacone piłkarzom w pokoju hotelowym.

Kolejnym problemem były stroje. A właściwie… ich brak.

andrzej strejlau

PZPN zerwał kontrakt z Admiralem i musiał bardzo szybko załatwić niezbędny sprzęt. Okazało się, że tamte stroje z Łodzi farbują (chodzi o spotkanie z San Marino – przyp. red.), i tylko dzięki życzliwości panów Henryka Loski i Andrzeja Grajewskiego z Niemiec dostaliśmy komplet Adidasa na mecz z Anglią. Wszystko odbyło się w ostatniej chwili, co wywołało wzburzenie zawodników i doprowadziło do sytuacji, iż drużyna dwa dni przed meczem nie chciała wyjść na trening, o czym ze zrozumiałych względów nie poinformowano opinii publicznej.

Wypowiedź Andrzeja Strejlaua z wywiadu-rzeki z Andrzejem Personem; „Autobiografia”, Wydawnictwo Tenten, Warszawa 1994

Ostatecznie z Anglią nasi piłkarze zagrali w koszulkach…. Hamburger SV. Jeszcze w nocy, tuż przed meczem, na trykoty niemieckiego klubu w pośpiechu przyszywano orzełka. Jakby tego było mało, Atlético Madryt nie chciało puścić na zgrupowanie Romana Koseckiego. Wtedy nie było oficjalnych terminów FIFA i UEFA i często o zwolnieniu na mecz reprezentacji decydował kaprys prezesa klubu, w którym grał piłkarz. W przypadku Koseckiego veto postawił słynny właściciel „Atléti” Jesus Gil. Ale ekscentryczny prezes trafił w osobie Strejlaua na godnego rywala.

Podobno byłem pierwszym trenerem, który tak się postawił Gilowi. Zwątpił. Chciał nas przekupić. Reprezentacja miała polecieć na koszt klubu i zagrać z Atlético, a zyskiem podzieliliby się z PZPN pół na pół. Nie zgodziłem się także na to. Gil zapamiętał mnie i potem brał pod uwagę razem z Anticiem przy zmianie trenera! A Kosecki był dla kadry zawsze dostępny.

Wypowiedź Andrzeja Strejlaua z książki Jerzego Chromika i Andrzeja Strejlaua „On, Strejlau”, Wydawnictwo SQN, Kraków 2018

A to wszystko mógł śledzić na żywo… Arrigo Sacchi. Tak, to nie pomyłka. Ten słynny trener, wtedy selekcjoner reprezentacji Włoch, przyjechał na zaproszenie Strejlaua na zgrupowanie biało-czerwonych. I tylko dziwił się, że w hotelu widzi więcej działaczy niż piłkarzy.

Po tych wszystkich wydarzeniach Strejlau nie miał problemów z mobilizacją piłkarzy. By jeszcze wzmocnić ich agresję i nieustępliwość, w czasie gry treningowej celowo puszczał spalone i gwizdał wtedy, gdy spalonego nie było. „Z takimi sytuacjami możecie spotkać się na boisku, nie możecie być zaskoczeni” – tłumaczył piłkarzom.

Ale nawet on był zaskoczony chuligańskimi rozróbami. Tuż przed spotkaniem w śląskim tramwaju zginął kibic Pogoni Szczecin, zasztyletowany przez bandytów mieniących się fanami Cracovii. To tragiczne wydarzenie doprowadziło do rozrób na trybunach przed meczem oraz w jego trakcie. Najpierw chuligani bili się ze sobą, a później z policją. Po meczu Strejlau z piłkarzami ustalili, że część premii za to spotkanie przekażą rodzinie zmarłego kibica.

Nerwowa atmosfera udzieliła się także zawodnikom. I to zanim oba zespoły wyszły na murawę Stadionu Śląskiego.

roman kosecki

Szykowaliśmy się na bitwę na boisku. Tymczasem rozpoczęła się ona nieoczekiwanie już w tunelu. Paul Gascoigne stał i mruczał coś pod nosem „o pieprzonej Polsce”. Potraktowaliśmy to z Piotrkiem Świerczewskim jako zaproszenie do rozmowy.

– Fucking Poland? Zaraz k…a to odszczekasz!

Po chwili w przepychankach brali udział niemal wszyscy zawodnicy. Sędzia gwizdał jak szalony, niczym policjant kierujący ruchem na skrzyżowaniu. W końcu udało mu się nas porozdzielać i wyszliśmy na murawę.

Wypowiedź Romana Koseckiego z książki Dariusza Farona i Dariusza Dobka „Kosa. Niczego nie żałuję”; Biblioteka Przeglądu Sportowego, Warszawa 2020

Polacy rzucili się na Anglików jak wygłodniałe wilki. Nie odpuszczali gościom ani na chwilę. A w 36. minucie Dariusz Adamczuk wreszcie pokonał Chrisa Woodsa. To było zresztą jedyne trafienie pomocnika Pogoni Szczecin w drużynie narodowej.

1:0 Gol D. Adamczuka, asysta M. Leśniaka
piotr czachowski

Trochę taki kuriozalny gol, nieczęsto ogląda się takie bramki. Darek Adamczuk miał trochę gazu, trochę speedu w tych nogach. Potrafił wygrać pojedynek biegowy i nogę włożyć przed obrońcę.

Wypowiedź Piotra Czachowskiego z programu TVP Sport „Biało-czerwone jedenastki”, 2012 r.

A Polacy, tak jak chciał Strejlau, wciąż atakowali. O to miał zresztą pretensję do selekcjonera ówczesny prezes PZPN Kazimierz Górski. Uważał, że trzeba było uszczelnić obronę i czekać na błędy rywali. Ale błędy i tak były. W drugiej połowie angielski bramkarz podał wprost pod nogi Marka Leśniaka. Co z tego? Napastnik biało-czerwonych w popisowy sposób spartolił idealną sytuację.

„Szansa! Go... Aj, Jezus Maria!” Kapitalna okazja M. Leśniaka!

Słynny okrzyk Dariusza Szpakowskiego „O Jezus Maria!” po pudle Leśniaka przeszedł do historii. „W zasadzie nie można było tego inaczej wyrazić” – wspominał po latach znany komentator TVP. Okrzyk Szpakowskiego został zresztą wykorzystany kilka lat później w czołówce kultowego magazynu piłkarskiego „GOL”, prowadzonego przez Jacka Laskowskiego.

Ale wracajmy do śląskiego Kotła Czarownic. Bo tam Anglicy doprowadzili do remisu. Niestety, prawy obrońca Piotr Czachowski dopuścił do dośrodkowania, po którym rezerwowy Ian Wright pokonał Jarosława Bakę. Znowu nie udało się wygrać z Anglikami, choć to Polacy byli w zgodnej opinii lepszym zespołem. Nie wiadomo, czego bardziej zabrakło: sił czy szczęścia?

Ostatecznie zamiast Polaków i Anglików na amerykański mundial pojechali z naszej grupy Norwegowie i Holendrzy. Stadion Śląski po chuligańskich burdach został zamknięty dla reprezentacji aż na cztery lata. Na awans na mistrzowski turniej musieliśmy czekać jeszcze dłużej – do 2001 roku. Wtedy kadra Jerzego Engela, właśnie na Śląskim, świętowała zdobycie paszportów na azjatycki mundial. Ale na zwycięstwo nad Anglikami czekamy do dziś. Tylko kadrze Kazimierza Górskiego w 1973 roku, także w Kotle Czarownic, udało się pokonać Wyspiarzy. Kto i kiedy powtórzy w końcu wyczyn słynnego trenera i jego piłkarzy?