

Wydaje się, że to łatwizna. Wejść na podium, odebrać medal, a później zasłużone gratulacje. A jeśli zdobyłeś krążek z najcenniejszego kruszcu, to dostaniesz w bonusie możliwość wysłuchania Mazurka Dąbrowskiego. Okazuje się jednak, że nie wszystkie ceremonie wręczenia biało-czerwonym medali igrzysk olimpijskich czy mistrzostw świata przebiegały zgodnie z przygotowanym wcześniej scenariuszem. Przyczyny były prozaiczne, choć niecodzienne. Próbowano jednak dorobić do nich różne teorie spiskowe. Z przydziałem medali piłkarzom również były mniejsze lub większe turbulencje. Popyt bowiem znacznie przekraczał… podaż. Te historie są równie ciekawe jak mecze, które doprowadziły naszą drużynę na podium. Warto je przypomnieć w trzeciej części wakacyjnego cyklu Biblioteki PZPN.
1972: TYLKO DLA WYBRANYCH
Trener Kazimierz Górski nigdy nie bał się trudnych decyzji, a ta zaliczała się właśnie do takich. Zawodników było dziewiętnastu, ale medali tylko trzynaście. Komu je przydzielić? Ale po kolei.
10 września 1972 roku, na deszczowym stadionie w Monachium, biało-czerwoni, pod wodzą Górskiego, pokonali w wielkim finale Węgry 2:1 i zdobyli złoty medal olimpijski. Podobno dalszy ciąg walki o krążki z najcenniejszego kruszcu przeniósł się z boiska do… szatni. Tak wspomina to rezerwowy bramkarz Marian Szeja w książce Wojciecha Koerbera „Dolnośląscy olimpijczycy”.
- Krążki otrzymało jedynie dwunastu zawodników. Tylko ci, którzy zagrali w finale. Tym jedynym rezerwowym, był Ryszard Szymczak z Gwardii Warszawa, co wszedł na 20 minut. Węgrzy dokonali dwóch zmian, więc dostali trzynaście medali. Dla rezerwowych podobno też można było dokupić medale, za ileś tam marek, lecz nasze kierownictwo nie wiedziało o tym. Gdy w końcu Szymczak wszedł ze zdobyczą do szatni, trener Górski zdjął mu z szyi krążek i dał go Szymanowskiemu. Powiedział, że bardziej należy się Antkowi. No i faktycznie tak było. Szymanowski grał cały czas, ale w meczu z Marokiem (5:0) doznał kontuzji, przez którą nie zagrał w finale. Ja po igrzyskach wyjechałem do Francji, a pozostali rezerwowi dostali w końcu te medale. I Grzesiek Lato, i Kraska, i Szymczak również.
Okazuje się, że Pana Mariana trochę zawiodła pamięć. Uważnie obejrzeliśmy dostępny w Bibliotece PZPN materiał filmowy z ceremonii medalowej. Złote krążki odebrało nie dwunastu, a… trzynastu piłkarzy. W tym… Szymanowski. Na podium stanął również Jerzy Kraska (zagrał w finale od początku do końca) i Marian Ostafiński. On z kolei w spotkaniu o złoto w ogóle nie wystąpił. Ale w ceremonii nie uczestniczył… Szymczak, więc logiczne, że nie dostał medalu. Z tego wniosek, że Górski nie mógł w szatni zabrać cennego trofeum Szymczakowi i oddać go Szymanowskiemu, bo Pan Antoni swój krążek dostał już wcześniej – na olimpijskim podium.
Tych rezerwowych, którzy nie wzięli udziału w ceremonii medalowej było znacznie więcej. Warto podać ich nazwiska: Marian Szeja, Grzegorz Lato, Ryszard Szymczak, Andrzej Jarosik, Joachim Marx i Kazimierz Kmiecik. Wątpliwości budzi przypadek Jarosika, który w meczu ze Związkiem Radzieckim (2:1) odmówił Górskiemu wejścia na boisko. Po tym incydencie napastnik Zagłębia Sosnowiec został dyscyplinarnie odesłany do kraju. Źródła milczą, czy dostał „zaległy” medal. Szeja swoją replikę olimpijskiego krążka otrzymał dopiero jesienią 2007 roku. Było to podczas chorzowskiego meczu Polska – Belgia (2:0). Zmarł w 2015 roku.
MORAŁ: Sprawiedliwości stało się zadość, choć na tę sprawiedliwość piłkarscy olimpijczycy z Monachium musieli trochę poczekać. Ale w końcu lepiej późno, niż wcale.
1974: OPERACJA „BANKIET”
Po zwycięstwie nad Brazylią (1:0) nie było wielkiej fety. Piłkarze szybko zeszli do szatni, a później wrócili do hotelu. Na puchar i medale musieli trochę zaczekać. 6 lipca 1974 roku biało-czerwoni zostali trzecią drużyną świata, ale trofea odebrali dzień później. Wieczorem w ekskluzywnym monachijskim hotelu odbył się bankiet kończący niemiecki mundial. To na nim po raz pierwszy spotkali się piłkarze uważani wtedy za najlepszych na świecie.


Jedno z najważniejszych zdjęć w historii polskiej piłki nożnej. Uroczysta gala w monachijskim hotelu na zakończenie mistrzostw świata w Republice Federalnej Niemiec (7 lipca 1974 roku) z udziałem trzech najlepszych drużyn turnieju. Stoją od lewej: kapitan reprezentacji RFN (1. miejsce) Franz Beckenbauer, były prezydent FIFA Anglik sir Stanley Rous, kapitan reprezentacji Holandii (2. miejsce) Johan Cruyff i kapitan reprezentacji Polski (3. miejsce) – Kazimierz Deyna.
Punktem kulminacyjnym było wejście na scenę „trzech tenorów”: Franza Beckenbauera, Johana Cruyffa i Kazimierza Deyny – kapitanów najlepszych drużyn turnieju: Republiki Federalnej Niemiec, Holandii i Polski. W towarzystwie byłego już wtedy prezydenta FIFA Anglika Stanleya Rousa (11 czerwca 1974 roku przegrał wybory z Brazylijczykiem João Havelange'm) odebrali nagrody należne ich zespołom. Cała trójka to wielcy liderzy (na boisku i poza nim), o nieprzeciętnym talencie, kreatorzy gry. Jednym niebanalnym zagraniem mogli zmienić przebieg spotkania, a jednym gestem uspokoić kolegów.
- Tegoż dnia, we wspomnianym hotelu Hilton, kapitan drużyny Kazimierz Deyna przyjął z rąk sir Stanleya Rousa medale, po czym krótko podziękował organizatorom za miłą gościnę. Na bankiecie aż roiło się od wielkich osobowości, z prezydentem RFN Walterem Scheelem na czele. Nie wpuszczono natomiast żon piłkarzy RFN, co wywołało nielichą awanturę w kuluarach przyjęcia, a nazajutrz protestujące artykuły w całej tutejszej prasie. – wspominał w książce „Z ławki trenera” Kazimierz Górski.
Rzeczywiście Niemiecki Związek Piłki Nożnej (DfB) zabronił wstępu na bankiet żonom i partnerkom zawodników. Z tego powodu kilku z nich (m.in. Paul Breitner i Jürgen Grabowski) ostentacyjnie i przedwcześnie opuściło przyjęcie.
Polscy piłkarze, z tego co wiadomo, bawili się doskonale i nikomu nie było w głowie szybkie zakończenie imprezy. W ich przypadku „Operacja Bankiet” zakończyła się pełnym sukcesem.
MORAŁ: Miało być na galowo, skończyło się trochę… „obciachowo”. Jedno niedopatrzenie niemieckich organizatorów mundialu sprawiło, że więcej niż o samej uroczystości, mówiło się o jej otoczce. Diabeł tkwi w szczegółach?
1982: PREZES W KLAPKACH
10 lipca 1982 roku, upalne i duszne Alicante. Kilkanaście minut temu Polska wygrała 3:2 z Francją. Kadra Antoniego Piechniczka powtórzyła wyczyn legendarnej drużyny Górskiego i zajęła 3. miejsce w mistrzostwach świata.
Po ostatnim gwizdku sędziego oba zespoły stanęły na środku boiska i grzecznie czekały, aż prezydent FIFA Joao Havelange wręczy im medale. Notabene to ostatni mundial, w którym krążki dostaną zarówno zwycięzcy jak i pokonani w „małym finale” (tak nazywa się spotkanie o 3. miejsce).
Tymczasem lekka konsternacja. „Szef wszystkich szefów” wręcza tacę z medalami kapitanowi biało-czerwonych Władysławowi Żmudzie, a ten rozdaje je kolegom z drużyny jak pączki od Bliklego. Zupełnie inaczej szef FIFA honoruje reprezentację Trójkolorowych. Im przekazuje medale osobiście. Jaki był powód takiego zachowania Havelange’a?
Zwolennicy teorii spiskowych uważali, że Brazylijczyk nie chciał dekorować drużyny z kraju komunistycznego reżimu. Tego samego, który kilkanaście miesięcy wcześniej wprowadził stan wojenny. Ale to nieprawda. Przecież jeszcze w marcu 1982 roku Havelange specjalnie przyleciał do Polski, by upewnić się czy biało-czerwoni wezmą udział w hiszpańskim mundialu.
Powód uniku prezydenta FIFA był dużo bardziej prozaiczny. Razem z nim medale miał wręczać ówczesny prezes PZPN. Ale Włodzimierz Reczek tak intensywnie zwiedzał Alicante, że… odparzył sobie stopy. Nie było szans, by na spotkanie z Francją mógł założyć eleganckie lakierki. Na mecz pojechał w klapkach, ale takie obuwie zupełnie nie pasowało do ceremonii wręczenia medali, którą w telewizji miały oglądać setki milionów ludzi. Z tego powodu miły obowiązek, ale jednak obowiązek, spadł na Żmudę.
- Czułem się dziwnie. Za wręczanie medali na mistrzostwach świata nigdy dotąd nie był odpowiedzialny kapitan. Potem słyszałem, że niektórzy w Polsce byli oburzeni, że przyjąłem tacę z medalami. Ale co miałem zrobić? Położyć ją na trawie? – wspominał Żmuda w książce Pawła Czado i Beaty Żurek „Piechniczek. Tego nie wie nikt”.
Na szczęście liczba zawodników oraz medali tym razem się zgadzała, choć historia z ich wręczeniem przeszła do legendy i długo nie była wyjaśniona. Stąd plotki, spekulacje i teorie spiskowe.
MORAŁ: Zbyt często doszukujemy się „podwójnego dna” tam gdzie go nie ma. W 1982 roku, o takim, a nie innym przebiegu ceremonii medalowej, zadecydowały jedynie… odparzone stopy pewnej ważnej osoby.