Joachim MarxJoachim Marx
Kroniki31 sierpnia 1944
31 sierpnia 1944
Autor: Krzysztof Jaśniok
Data dodania: 31.08.2020
FOT. EAST NEWSFOT. EAST NEWS

Kibice śmiali się, że jak się nosi takie nazwisko i gra w piłkę za komuny, to nie ma bata – trzeba zrobić karierę. On jednak nie trafił do reprezentacji Polski z polecenia partyjnych dygnitarzy. Na sukces pracował sam, mozolnie idąc drogą, która doprowadziła go na olimpijskie podium i do tytułu wicemistrza Francji. 31 sierpnia urodziny świętuje Joachim Marx – znakomity napastnik, legenda chorzowskiego Ruchu i jeden z Orłów trenera Górskiego.

Gdy wrócił z igrzysk w Monachium, udzielił kilku dość zaskakujących wywiadów. Nieco rozżalony, że dostał szansę tylko w dwóch meczach, z Ghaną (4:0) i Danią (1:1), w obu grając zaledwie przez 45 minut, tak oto przekomarzał się z dziennikarzami.

– Na boisku bywa pan często impulsywny – zagadywał reporter.

– Sądzę, że gdy zagram jako stoper, będę spokojniejszy…

– Słucham?

– Od dawna o tym marzę! Kilkakrotnie próbowałem już sił w tej roli nawet w meczu ligowym z sosnowieckim Zagłębiem. Zapowiadam w przyszłości powrót na swą pierwszą w piłkarskiej karierze pozycję.

– Kiedy to nastąpi?

– Jak tylko zajdzie potrzeba. W Ruchu para stoperów Ostafiński i Wyrobek radzi sobie jak dotąd doskonale. Muszę więc cierpliwie czekać na swą szansę.

– A więc koniec ze zdobywaniem bramek?

– Jeżeli wrócę na własne pole karne, będę unikał goli… samobójczych*.

To były oczywiście żarty. Marx już do końca kariery pełnił rolę napastnika i zawsze trafiał do tej bramki co trzeba. Faktem jest jednak, że jako obrońca też dałby sobie radę, nawet w drużynie Trenera Tysiąclecia. Ten świetny snajper przygodę z futbolem zaczął bowiem od gry w defensywie.

Dwaj przyjaciele z boiska. Joachim Marx (z prawej) i Włodzimierz Lubański poznali się w drużynie trampkarzy GKS-u Gliwice. Potem ich drogi się rozeszły, ale po latach spotkali się znów, tym razem w kadrze narodowej.Dwaj przyjaciele z boiska. Joachim Marx (z prawej) i Włodzimierz Lubański poznali się w drużynie trampkarzy GKS-u Gliwice. Potem ich drogi się rozeszły, ale po latach spotkali się znów, tym razem w kadrze narodowej.
FOT. EAST NEWS

Dwaj przyjaciele z boiska. Joachim Marx (z prawej) i Włodzimierz Lubański poznali się w drużynie trampkarzy GKS-u Gliwice. Potem ich drogi się rozeszły, ale po latach spotkali się znów, tym razem w kadrze narodowej.

GARSTKA WIDZÓW Z MOKOTOWA

 

Na świat przyszedł w dzielnicy Gliwic, Sośnicy, i tam stawiał pierwsze kroki jako piłkarz. W drużynie trampkarzy GKS-u (klubu, który potem został wchłonięty przez Piasta) miał znakomite towarzystwo, bo razem z nim trenowali Włodzimierz Lubański, Henryk Apostel i Jerzy Musiałek. Był najwyższy w zespole, dlatego najpierw ustawiano go tuż przed bramkarzem. „Szkoda było drągala w ataku, występowałem więc jako stoper. Ale wkrótce potem w drużynie juniorów pojawił się Rainer Kuchta, jeszcze wyższy, i zepchnął mnie na pozycję prawego obrońcy” – wspominał po latach.

Snajperem został trochę przez przypadek. Przed jednym ze spotkań drużyny młodzieżowej GKS-u kontuzji doznało dwóch napastników i trener musiał wystawić w ataku kogoś z innej formacji. Wybór padł na mierzącego 180 cm Marxa. To był strzał w dziesiątkę. Defensor sprawdził się w nowej roli rewelacyjnie i od tej pory grał już tylko w pierwszej linii. Jako napastnik zadebiutował w 1961 roku w reprezentacji Polski juniorów, a dwa lata później przeprowadził się ze Śląska do stolicy. Marzył o grze w ekstraklasie, a czuł, że ciężko będzie mu się przebić do pierwszego składu Górnika Zabrze lub Ruchu. Przyjął więc ofertę z warszawskiej Gwardii.

Joachim Marx (w środku) i jego dwaj koledzy z warszawskiej Gwardii: Ryszard Szymczak (po lewej) i Zbigniew Szarzyński. Zdjęcie wykonano w 1965 roku.Joachim Marx (w środku) i jego dwaj koledzy z warszawskiej Gwardii: Ryszard Szymczak (po lewej) i Zbigniew Szarzyński. Zdjęcie wykonano w 1965 roku.
FOT. EAST NEWS

Joachim Marx (w środku) i jego dwaj koledzy z warszawskiej Gwardii: Ryszard Szymczak (po lewej) i Zbigniew Szarzyński. Zdjęcie wykonano w 1965 roku.

W drużynie Harpagonów, która wówczas balansowała między I a II ligą, grał przez sześć lat, zdobywając bramki niemal w każdym meczu. Niestety, jego wyczyny nie wzbudzały wielkiego zainteresowania. „Występowaliśmy na Stadionie Dziesięciolecia, gdzie oglądała nas garstka najwierniejszych kibiców z Mokotowa. Zabawne, ale mimo że zjawiało się czasami kilkanaście tysięcy widzów, ogromny stadion wydawał się pusty” – wspominał potem. W tamtym okresie zdarzyło mu się też zagrać raz w barwach… Wisły Kraków. Działacze Gwardii wypożyczyli go kolegom z innego milicyjnego klubu na towarzyski mecz z MTK Budapeszt.

Pierwszą bramkę dla Wisły zdobył Marks z podania Sykty. Wynik na 2:0 ustalił Kawula, który otrzymał krótkie podanie, po rzucie wolnym, egzekwowanym przez Syktę i posłał piłkę z siłą w samo „okienko”. Należy jeszcze nadmienić, że w Wiśle wystąpił zawodnik warszawskiej Gwardii — Marks, który należał do najlepszych zawodników na boisku.
„Echo Krakowa” z 9 maja 1966 r.
MIĘDZY NAMI GWARDZISTAMI

Pół roku później pierwszy raz włożył koszulkę z orłem na piersi. Trener Michał Matyas wpuścił go na drugą połowę towarzyskiego spotkania z Izraelem (0:0) w miejsce Jerzego Sadka. Na kolejne powołanie musiał jednak czekać prawie trzy lata.

Ten duet doskonale ze sobą współpracował w chorzowskim Ruchu i drużynie narodowej. Bronisław Bula (po prawej) dogrywał znakomite piłki, a Joachim Marx pakował je do siatki głową albo nogą.Ten duet doskonale ze sobą współpracował w chorzowskim Ruchu i drużynie narodowej. Bronisław Bula (po prawej) dogrywał znakomite piłki, a Joachim Marx pakował je do siatki głową albo nogą.
FOT. EAST NEWS

Ten duet doskonale ze sobą współpracował w chorzowskim Ruchu i drużynie narodowej. Bronisław Bula (po prawej) dogrywał znakomite piłki, a Joachim Marx pakował je do siatki głową albo nogą.

WYBRANIEC TRZECH SELEKCJONERÓW

 

W 1969 roku Marx wrócił na Śląsk i został piłkarzem Ruchu. Wówczas na dłużej zadomowił się w reprezentacji. Selekcjoner Ryszard Koncewicz dał mu szansę w ośmiu meczach, w tym eliminacyjnych mistrzostw świata z Bułgarią (1:4) i Holandią (2:1) oraz Europy z Albanią (3:0). Snajper Niebieskich trafiał do siatki jednak tylko w spotkaniach towarzyskich. W jednym z nich popisał się hat-trickiem.

To był przypadkowy prezent w trzecią rocznicę ślubu, 2 września 1970 roku na Stadionie Dziesięciolecia w spotkaniu z Danią. Występowałem tylko drugą połowę od stanu 2:0, ale jak mi się wtedy grało – marzenie!
Joachim Marx; wypowiedź pochodzi z książki „Wielki finał”; praca zbiorowa; Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1974
PREZENT NA ROCZNICĘ

Gdy z posadą selekcjonera pożegnał się „Faja”, trener Górski o nim nie zapomniał. Marx od razu został rzucony na głęboką wodę. W prestiżowym meczu z RFN w Hamburgu (0:0) w eliminacjach Euro 1972 wyszedł w podstawowym składzie. Zobaczył wtedy jedyną w reprezentacyjnej karierze żółtą kartkę, ale miał też szansę strzelić gola.

Strzał J. Marxa, interwencja S. Maiera

Potem zagrał w dwóch słynnych spotkaniach z Bułgarią w kwalifikacjach do igrzysk w Monachium. W Starej Zagorze (1:3) nie trafił do siatki, ale w rewanżu (3:0) – choć znów zaczął mecz na ławce – popisał się kapitalną główką, ustalając wynik.

3:0 Gol J. Marxa, asysta J. Banasia
Mecz z Bułgarami w Warszawie zapisał mi się w pamięci przede wszystkim z dwóch powodów: żywiołowego dopingu publiczności na Stadionie X-lecia, jakiego ja osobiście od lat nie pamiętam, i „pokerowej” zagrywki z Joachimem Marxem, którego wstawiłem na sześć minut przed końcem spotkania i który jeszcze zdążył strzelić bramkę. Manewr ten tak właśnie ochrzcili dziennikarze i bardzo mi się ta nazwa spodobała.
Kazimierz Górski „Z ławki trenera”; Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1981
POKEROWA ZAGRYWKA
KŁOPOTY ZE ZDROWIEM

 

Gdy wyjeżdżał na olimpiadę, liczył, że przebije się do pierwszej jedenastki. Trener Górski postawił jednak na Kazimierza Kmiecika. Marx zagrał tylko w dwóch spotkaniach i to w niepełnym wymiarze. Mimo to mógł cieszyć się z olimpijskiego złota.

Wspaniały maleńki krążek sprawił moc radości i wzruszeń. Choć jestem z natury twardy, w Monachium miałem łzy w oczach.
Joachim Marx; wypowiedź pochodzi z książki „Wielki finał”; praca zbiorowa; Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1974
MEDAL Z MONACHIUM
Reprezentacja Polski na igrzyska olimpijskie w Monachium.Reprezentacja Polski na igrzyska olimpijskie w Monachium.
FOT. EAST NEWS

Reprezentacja Polski na igrzyska olimpijskie w Monachium. W górnym rzędzie od lewej: asystent trenera Jacek Gmoch, trener Kazimierz Górski, Hubert Kostka, Jerzy Gorgoń, Marian Ostafiński, Zygmunt Anczok, Marian Szeja, Włodzimierz Lubański, Antoni Szymanowski, Jerzy Kraska, Joachim Marx, Zbigniew Gut. W dolnym rzędzie: Kazimierz Deyna, Zygfryd Szołtysik, Grzegorz Lato, Kazimierz Kmiecik, Ryszard Szymczak, Andrzej Jarosik, Lesław Ćmikiewicz, Robert Gadocha, Zygmunt Maszczyk.

Po turnieju zmagał się z kłopotami zdrowotnymi. Ominął go przez nie turniej życia, czyli pamiętne mistrzostwa świata w RFN. Do kadry wrócił po dwóch latach, ale grał już głównie w spotkaniach towarzyskich. Ostatni mecz Marxa w reprezentacji był jednak o punkty. W Warszawie biało-czerwoni zmierzyli się z Włochami (0:0) w eliminacjach Euro 1976.

Strzał J. Marxa, ale D. Zoff nie dał się zaskoczyć

Pod koniec 1975 roku dostał zgodę na zagraniczny transfer i wyjechał do Francji. Przez cztery lata grał w RC Lens, zdobywając tytuł wicemistrza kraju. Kopał piłkę prawie do czterdziestki, a karierę zakończył w prowincjonalnym US Nœux-les-Mines. Potem próbował sił jako trener: w Lens, La Roche i LB Châteauroux. Na początku lat 90. zrezygnował z pracy w klubach i założył szkółkę piłkarską w Liévin.

Joachim Marx (stoi trzeci z lewej) w barwach RC Lens. Pierwszy z prawej w dolnym rzędzie Didier Six, który kilka lat później zagrał przeciwko biało-czerwonym w meczu o trzecie miejsce na mundialu w Hiszpanii.Joachim Marx (stoi trzeci z lewej) w barwach RC Lens. Pierwszy z prawej w dolnym rzędzie Didier Six, który kilka lat później zagrał przeciwko biało-czerwonym w meczu o trzecie miejsce na mundialu w Hiszpanii.
FOT. PAP

Joachim Marx (stoi trzeci z lewej) w barwach RC Lens. Pierwszy z prawej w dolnym rzędzie Didier Six, który kilka lat później zagrał przeciwko biało-czerwonym w meczu o trzecie miejsce na mundialu w Hiszpanii.

We Francji mieszka do dziś, ale chętnie wraca w rodzinne strony. W kwietniu 2020 roku miał przyjechać do Chorzowa na obchody stulecia Ruchu, ale te plany zniweczyła pandemia. Co gorsza, były piłkarz Niebieskich sam zakaził się koronawirusem i ciężko go przechorował. „Jednego dnia miałem temperaturę 41,2. Wtedy do domu przyszedł lekarz, zrobił analizę krwi i trafiłem do szpitala. Przez dwa tygodnie leżałem i nie mogłem otworzyć oczu. Dziesięć, piętnaście sekund spojrzenia na sufit i… powieki opadały. Szczęśliwie jest już coraz lepiej” – opowiadał w rozmowie z Piotrem Kamienieckim z TVP Sport.

Na 76. urodziny życzymy więc przede wszystkim dużo zdrowia. I udanego jubileuszu Niebieskich. Stu lat nie udało się świętować, ale może za rok ta postpandemiczna feta będzie bardziej smakować?

 

* Fragment wywiadu pochodzi z książki „Wielki finał”; praca zbiorowa; Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1974