Krzysztof Warzycha w barwach reprezentacji Polski.Krzysztof Warzycha w barwach reprezentacji Polski.
Kroniki17 listopada 1964
17 listopada 1964
Autor: Piotr Kuczkowski
Data dodania: 16.11.2020
FOT. PAPFOT. PAP

Być jak Gerard Cieślik. Dla wielu chłopców urodzonych na Śląsku to było największe marzenie dzieciństwa. Oczywiście tylko nielicznym udało się choćby w części je zrealizować, ale on miał wyjątkowe szczęście. Już jako czternastolatek mógł przez chwilę poczuć się niczym legenda chorzowskiego Ruchu. W 1978 roku to właśnie Krzysztof Warzycha wcielił się w postać młodego „Gienka” w wyreżyserowanym przez Andrzeja Kotkowskiego filmie „Gra o wszystko”. Wówczas z pewnością nie przypuszczał, że w przyszłości również stanie się ikoną nie tylko Niebieskich, ale także greckiego Panathinaikosu Ateny, a w reprezentacji Polski rozegra więcej spotkań od swojego idola. Dziś, obchodzący 56. urodziny Warzycha, z pewnością może czuć satysfakcję ze swoich boiskowych dokonań i być wzorem do naśladowania dla wielu młodych adeptów futbolu. Tym, kim dla niego był Gerard Cieślik.

Filmowy epizod z dzieciństwa musiał i wywarł duży wpływ na młodego zawodnika Ruchu. Jak sam przyznał po latach, nie wie dlaczego trenerzy wytypowali do roli w filmie właśnie jego. Być może chodziło o jego wyróżniającą się bramkostrzelność. Decyzję musiał jednak traktować jako duże wyróżnienie, a nobilitację z pewnością chciał potwierdzać później na boisku.

Bardzo tę rolę przeżywałem. Miałem przez chwilę być tym wielkim Gerardem Cieślikiem, którego każdy z nas znał i bardzo szanował. Ufarbowali mnie, ubrali, podcięli włosy. Zęba mi na czarno pomalowali, bo miało być, że jednego brakuje. Fajna przygoda, ale bez kontynuacji. Aktorem nie zostałem.

Krzysztof Warzycha
Fragment wywiadu dla „Przeglądu Sportowego” z 28 kwietnia 2017 r.

Na szczęście dla polskiego sportu Warzychy nie skusił wielki świat kina i kontynuował przygodę z futbolem. I konsekwentnie zmierzał do obranego celu. Takim bez wątpienia był debiut w pierwszej drużynie Ruchu. Klubu wielce zasłużonego dla rodzimej piłki nożnej, który pod koniec lat 70. miał na kocie 13 tytułów mistrza kraju. Zresztą premiera filmu o klubowej legendzie, zbiegła się się z triumfem Niebieskich w ligowych rozgrywkach w sezonie 1978/1979. Młody Warzycha z całą pewnością nie przypuszczał wówczas, że na kolejne mistrzostwo ukochanej drużyny przyjdzie mu czekać długą dekadę i że to on odegra jedną z kluczowych ról w drodze do sukcesu.

PRZY CICHEJ

Stadion przy ulicy Cichej w Chorzowie to w historii śląskiego futbolu miejsce wyjątkowe. Ruch rozgrywał na tym obiekcie mecze już przed II wojną światową, a decyzję o jego powstaniu podjęto po wywalczeniu pierwszego mistrzostwa Polski w 1933 roku. Dziś jest jednym z niewielu w kraju, który nie został gruntownie przebudowany, a jego trybuny pamiętają lata świetności drużyny. Także występy Krzysztofa Warzychy, który pierwszy raz, jako zawodnik pierwszego zespołu zagrał na nim wiosną sezonu 1982/1983. W tamtych rozgrywkach zaliczył w sumie 5 spotkań. W kolejnych latach został kluczowym zawodnikiem i liderem Ruchu. Przez osiem sezonów przeżył z nim niemal wszystko. Spadek z ekstraklasy w sezonie 1986/1987, awans rok później i mistrzostwo Polski w roli beniaminka. Wówczas sięgnął też po tytuł króla strzelców z dorobkiem 24 trafień. Stało się jasne, że otwierają się przed nim nowe możliwości, a oferty z zagranicy stawały się coraz bardziej atrakcyjne. Ostatecznie Polskę Warzycha opuścił w połowie kolejnych rozgrywek wybierając dość niespodziewanie kierunek... grecki. Wyjazd do Panathinaikosu Ateny miał mu odradzać m.in. ówczesny selekcjoner reprezentacji Polski Andrzej Strejlau. W drużynie narodowej Warzycha rozegrał do tego momentu 25 spotkań.

Krzysztof Warzycha i Dariusz Gęsior w pokazowym meczu w 2005 roku.Krzysztof Warzycha i Dariusz Gęsior w pokazowym meczu w 2005 roku.
FOT. CYFRASPORT

83 bramki w blisko 200 występach. Krzysztof Warzycha zapracował na miano legendy Ruchu. To właśnie w Chorzowie w czerwcu 2005 roku rozegrano jego pożegnalne spotkanie, w którym Ruch zmierzył się z Panathinaikosem. Z trybun oglądało je 10 tysięcy widzów. Na zdjęciu „Gucio” z Dariuszem Gęsiorem, z którym wspólnie wywalczyli tytuł w 1989 roku.

„GUCIO” W REPREZENTACJI

Niewielu polskich piłkarzy było aż tak kojarzonych ze swoimi pseudonimami. Zarówno w klubach, jak i reprezentacji Krzysztof Warzycha dla kibiców był po prostu „Guciem”. To sympatyczne określenie pochodzi jeszcze z dzieciństwa piłkarza, kiedy z zamiłowaniem śledził kolejne odcinki animowanego serialu „Gucio i Cezar”. I tak „Guciem” został najpierw dla najbliższych, później dla przyjaciół ze szkolnej ławki, w końcu dla kolegów z boiska i fanów. Także w reprezentacji, co z pewnością ułatwiało pracę sprawozdawcom sportowym w czasach, kiedy z orłem na piersi grał również Robert Warzycha. Reprezentacyjny bilans Krzysztofa jest całkiem okazały, ale nie dane mu było zagrać z drużyną narodową na wielkiej imprezie. Zadebiutował w towarzyskim wyjazdowym meczu ze Szwajcarią już 1984 roku (1:1), co ciekawe zastępując na murawie Włodzimierza Smolarka. W tym samym roku zagrał także w starciu z Norwegami (1:1), ale nie zdołał wywalczyć sobie miejsca w drużynie na tyle, żeby pojechać na mistrzostwa świata do Meksyku. Do kadry wrócił po trzech latach przerwy, ale od jesieni 1987 roku powołania otrzymywał już regularnie. Premierowego i jak się później okazało najważniejszego gola w reprezentacji strzelił w eliminacjach mistrzostw świata 1990. Na Stadionie Śląskim biało-czerwoni długo męczyli się ze skazywaną na porażkę Albanią, a skromne zwycięstwo 1:0 zapewnił właśnie ulubieniec miejscowej publiczności.

1:0 Gol K. Warzychy

W 50 występach w reprezentacji Polski Warzycha w sumie zdobył jednak zaledwie 9 bramek, z których tylko 3 padły w meczach o punkty. Nic więc dziwnego, że znany z bramkostrzelności zawodnik nie był z tego faktu zadowolony. Wielokrotnie podkreślał, że był to efekt pozycji, na której widzieli go kolejni selekcjonerzy. Przyzwyczajony do gry na dziewiątce” w kadrze rzadko miał okazję występować właśnie jako wysunięty napastnik. I choć grał m.in. przeciwko drużynom ZSRR, Anglii, Francji, Niemiec, czy Brazylii wśród tych, których bramkarzy pokonał, poza Albanią znalazły się zespoły Kostaryki, Gwatemali, Austrii, Czechosłowacji, San Marino, Cypru i Mołdawii. Z reprezentacją pożegnał się wyjazdową porażką z Włochami (0:3) w eliminacjach mundialu 1998.

Strzelać bramki w lidze i w reprezentacji to dwie różne sprawy. U snajpera najważniejsza jest intuicja. Za każdym razem grałem na innej pozycji, zazwyczaj w pomocy, zamiast w ataku.

Krzysztof Warzycha
Fragment artykułu onet.pl z 17 listopada 2014 r.

GRECKA LEGENDA

Jeśli na płaszczyźnie reprezentacyjnej Krzysztof Warzycha może czuć się nieco niespełniony, to jeśli chodzi o karierę klubową już nie. Choć wybór Grecji na miejsce kontynuowania kariery przez wielu był krytykowany (uważano, że jego potencjał zasługuje na grę w silniejszych ligach Europy), przeprowadzki do Aten nigdy nie żałował. Panathinaikos miał zapłacić za niego Ruchowi milion niemieckich marek, ale bez cienia wątpliwości należy stwierdzić, że nikt pod Akropolem nie żałował zainwestowanych pieniędzy. Już w pierwszej rundzie w barwach Koniczynek „Gucio” dał się poznać kibicom z jak najlepszej strony i szybko, obok świetnie znanych w Grecji Kazimierza Górskiego i Jacka Gmocha, stał się kolejnym uwielbianym Polakiem.

Krzysiek zapytał mnie co ma zrobić, aby zdobyć szacunek u Greków. Odpowiedziałem mu, że musi być skromny i ciężko pracować. I taki właśnie był i jest.

Jacek Gmoch
Wypowiedź dla portalu sportowefakty.wp.pl z 28 kwietnia 2017 r.

Szacunkiem i uwielbienie Greków Krzysztof Warzycha cieszy się do dziś. Ale nic w tym dziwnego. W Panathinaikosie występował przez blisko 15 lat (karierę zakończył w wieku 40!), w tym czasie sięgnął po 5 tytułów mistrzowskich, 5 Pucharów Grecji i dwa Superpuchary. Trzy razy został królem strzelców greckiej ekstraklasy i dotychczas jest najskuteczniejszym piłkarzem w historii klubu ze stolicy (łącznie zagrał w 503 oficjalnych meczach, w których zdobył 288 bramek). Regularnie występował w europejskich pucharach. Najbliżej sukcesu w Lidze Mistrzów był w sezonie 1995/1996, kiedy Koniczynki dopiero w półfinale uległy Ajaksowi (mimo wygranej w Amsterdamie 1:0 po golu Polaka), w ćwierćfinale w pokonanym polu pozostawiając Legię. W Warszawie padł bezbramkowy remis, żeby w rewanżu Panathinaikos nie pozostawił mistrzom Polski złudzeń. Wygrał 3:0, a dwie bramki zdobył właśnie Krzysztof Warzycha.

1:0 K. Warzycha po rykoszecie od R. Michalskiego
2:0 K. Warzycha trafia po raz drugi

ŻYCIE PO ŻYCIU

Zakończenie kariery dla Krzysztofa Warzychy nie oznaczało pożegnania z futbolem. Postawił na pracę trenerską. Zaczynał od roli asystenta w Panathinaikosie. Później prowadził samodzielnie kluby w niższych ligach greckich, a także pełnił funkcję drugiego trenera w cypryjskiej Omonii Nikozja. Ostatecznie zdecydował się na powrót w rodzinne strony.

Krzysztof Warzycha jako trener Ruchu Chorzów.Krzysztof Warzycha jako trener Ruchu Chorzów.
FOT. CYFRASPORT

Krzysztof Warzycha został trenerem Ruchu Chorzów wiosną 2017 roku, ale nie uchronił Niebieskich przed spadkiem z ekstraklasy.

Spadek do I ligi nie zakończył jednak problemów Ruchu. Zespół równie słabo spisywał się na zapleczu elity. W efekcie drużynę przejął najpierw Argentyńczyk Juan Ramón Rocha, a później Dariusz Fornalak. Warzycha pozostawał przy Cichej w roli drugiego szkoleniowca. Sezon 2017/2018 zakończył się jednak fatalnie dla pogrążonego w olbrzymich kłopotach finansowych i organizacyjnych klubu z Chorzowa. Pierwszy raz w historii spadł na trzeci poziom rozgrywkowy. Dla Warzychy oznaczało to również pożegnanie z funkcją, ale także krytykę ze strony części kibiców. Zarzucano mu nie tylko współudział w klęsce sportowej, ale także domaganie się zaległych pensji, co dla niektórych było ściąganiem na klub jeszcze większych problemów. Niezależnie od okoliczności zakończenia tamtej historii, dla Niebieskich Krzysztof Warzycha pozostanie jedną z legendarnych postaci, która przyczyniła się jak dotąd do ostatniego, wielkiego sukcesu Ruchu w krajowym futbolu. Czy będzie miał okazję zapisać kolejne, znów pozytywne strony w jego historii? Czas pokaże...