grzegorz piechna grzegorz piechna
Historie (z pseudonimami) o polskim futbolu (10)
Autor: Rafał Byrski
Data dodania: 28.08.2026
PAPPAP

Trzynastu zawodników, tyleż pseudonimów i historii ich powstania. Ostatnia część wakacyjnego cyklu Biblioteki PZPN dotyczy ważnego elementu piłkarskiej szatni. Używanie przydomków jest tam tak powszechne jak zakładanie korków, getrów i ochraniaczy. My wybraliśmy zawodników o mocno nieoczywistych pseudonimach. Z tego powodu nie będzie „Lewego”, „Krychy”, „Fabiana”, „Szczeny” czy „Błaszcza”. Ich ksywki pochodzą bowiem od nazwisk. Znacznie mniej oczywiste są pseudonimy piłkarzy, których historie przedstawiamy poniżej. Nie wszystkie zostały przyjęte przez samych zainteresowanych z aprobatą i zadowoleniem. Ale wszystkie przylgnęły do nich raz na zawsze.   

MESSU – MIECZYSŁAW GRACZ, ur. 1919, 22A/4 gole 

Niemal przez całą karierę związany tylko z jednym klubem. Nic dziwnego, że już za życia stał się legendą Wisły Kraków (163 mecze – 133 gole). Niesamowity drybler, imponujący boiskowym sprytem, a prywatnie gawędziarz, żartowniś, człowiek o złotym sercu. Pseudonim „Messu” stał się właściwie jego pierwszym imieniem. Brzmi tajemniczo, ale historia jest prozaiczna. Wiązała się z jego charakterystyczną wadą wymowy. Przez to, że lekko seplenił, w jego ustach słowo „meczu” brzmiało właśnie jak „messu”. Źródła nie podają, kto pierwszy nadał taki pseudonim Mieczysławowi Graczowi. Na pewno zrobił to jeden z jego przyjaciół, a ponieważ „Messu” był człowiekiem wyjątkowo towarzyskim, to przy takiej liczbie znajomych trudno znaleźć „winowajcę”. Na początku Gracz nie lubił tego pseudonimu, ale po jakimś czasie nie tylko się z nim pogodził, ale nawet polubił. 

Wada wymowy nie przeszkodziła Mieczysławowi Graczowi w sukcesach towarzyskich. Gawędziarz, żartowniś, ulubieniec kobiet, człowiek o złotym sercu. Taką opinią cieszyła się jedna z największych legend Wisły Kraków. Wada wymowy nie przeszkodziła Mieczysławowi Graczowi w sukcesach towarzyskich. Gawędziarz, żartowniś, ulubieniec kobiet, człowiek o złotym sercu. Taką opinią cieszyła się jedna z największych legend Wisły Kraków.
EAST NEWS

Wada wymowy nie przeszkodziła Mieczysławowi Graczowi w sukcesach towarzyskich. Gawędziarz, żartowniś, ulubieniec kobiet, człowiek o złotym sercu. Taką opinią cieszyła się jedna z największych legend Wisły Kraków. 

PIŁAT – ROBERT GADOCHA, ur. 1946, 62A/16 goli 

Najlepszy lewoskrzydłowy w historii polskiego futbolu. Genialne wyszkolenie techniczne poparte szybkością i polotem. Piłkarz o wyjątkowo dziwnym pseudonimie. Dlaczego „Piłat”? Może ze względu na charakterystyczną fryzurę? A może z uwagi na to, w tak bezwzględny sposób wręcz ośmieszał rywali na boisku? Gadocha był także na celowniku Wojskowej Służby Wewnętrznej. Jako piłkarz Legii często wyjeżdżał za granicę, a WSW zainteresowały jego kontakty poza granicami naszego kraju. Reprezentacyjny skrzydłowy był rozpracowywany w ramach sprawy o kryptonimie „Piłat”. 

KAKA – KAZIMIERZ DEYNA, ur. 1947, 97A/41 goli 

Dwie teorie tłumaczą pseudonim jednego z najlepszych graczy w historii polskiego futbolu. Jedna, że zawdzięcza go swoim firmowym, kąśliwym strzałom. Bramkarze byli bezradni po  jego uderzeniach, gdy piłka leciała jak kamień rzucony płasko po wodzie (tzw. „kaczka”). Na dodatek odbijała się tuż przed golkiperem, utrudniając mu skuteczną interwencję.

Druga głosiła, że pseudonim „Kaka” jest ściśle związany z nietypowym, ale charakterystycznym, chodem Deyny. Stawiał bowiem nogi do środka i przez to kołysał się właśnie jak kaczka.  

Tym razem Dino Zoff nie dał się zaskoczyć Kazimierzowi Deynie. Ale w mundialowym meczu z Włochami (23 czerwca 1974) i tak skapitulował po kapitalnym strzale "Kaki". Tym razem Dino Zoff nie dał się zaskoczyć Kazimierzowi Deynie. Ale w mundialowym meczu z Włochami (23 czerwca 1974) i tak skapitulował po kapitalnym strzale "Kaki".
PAP

Tym razem Dino Zoff nie dał się zaskoczyć Kazimierzowi Deynie. Ale w mundialowym meczu z Włochami (23 czerwca 1974) i tak skapitulował po kapitalnym strzale "Kaki". 

KRUPNIOK – ANDRZEJ BUNCOL, ur. 1959, 51A – 6 goli 

„Krupniokiem” (tak na Śląsku nazywa się regionalną odmianę kaszanki) został w szkole podstawowej w Gliwicach. Buncol nigdy nie grzeszył wzrostem, ale już wtedy wyraźnie ustępował kolegom. Pewnego razu podczas gry w koszykówkę, nauczyciel WF-u chcąc pomóc Andrzejkowi w oddaniu rzutu wbiegł na boisko, złapał go wpół i… podniósł. 

- A teraz rób wsad! – zarządził.

- Jaki wsad?  Rzić mi nie wejdzie – odpowiedział skonsternowany „Buncolek”.

Zrezygnowany wuefista postawił ucznia na ziemię i powiedział:

- Rzić to wejdzie. Ino ci bydzie krupniok zwisać! 

I tak Buncol został pasowany na „Krupnioka”. 

TATA – RADOSŁAW KAŁUŻNY, ur. 1974, 41A – 11 goli  

Mówisz „Tata” - myślisz Kałużny. Nawet cotygodniowy felieton w „Przeglądzie Sportowym”, w którym były reprezentant Polski komentuje bieżące wydarzenia piłkarskie nosi tytuł „Co powie tata?”. A przydomek ma ścisłe konotacje z jego… wzrostem (192 centymetry). 

- Gdy jeszcze grałem w Zagłębiu Lubiń, wychodziliśmy na boisko według numerów. Szedłem więc w towarzystwie Zbyszka Szewczyka (168 cm – przyp. red.) i Dariusza Baziuka (160 cm – przyp. red.). Ktoś zawołał z trybun „O! Idzie tata z synami!" i tak już zostało. – wspominał uczestnik mundialu w 2002 roku. 

Radosław Kałużny w koszulce swojego pierwszego klubu w seniorskiej karierze. To w Zagłębiu Lubin otrzymał pseudonim „Tata”.Radosław Kałużny w koszulce swojego pierwszego klubu w seniorskiej karierze. To w Zagłębiu Lubin otrzymał pseudonim „Tata”.
400MM

Radosław Kałużny w koszulce swojego pierwszego klubu w seniorskiej karierze. To w Zagłębiu Lubin otrzymał pseudonim „Tata”.

BERET – MAREK JÓŹWIAK, ur. 1967, 14A 

Wszystko przez… wypadek samochodowy. W Mławie prowadzony przez Jóźwiaka Fiat 126p uderzył w autobus. Obrońca Legii rozciął głowę. Z tego powodu nałożono mu opatrunek przypominający czepek. Gdy zobaczył go, w takim stanie, kolega z zespołu - Andrzej Łatka, to od razu skomentował: „fajny masz berecik”. I ten pseudonim szybko został „kupiony” przez resztę szatni. A później poszedł w świat. Przydomek „Beret” skutecznie wyparł poprzednią ksywkę Jóźwiaka - „Kefir”. Ten mleczny napój piłkarz pił przeważnie rano. Podobno na regenerację. 

KIEŁBASA – GRZEGORZ PIECHNA, ur. 1976, 1A – 1 gol

Król strzelców ekstraklasy w sezonie 2005/06 nietypowego przydomka „dorobił się” na początku kariery, gdy był zawodnikiem klubu Woy Bukowiec Opoczyński. Grę w lidze okręgowej Piechna łączył z pracą w masarni jako zaopatrzeniowiec. A z masarni prosta droga do… „Kiełbasy”. Taki przydomek nadał Panu Grzegorzowi jeden z jego kolegów z zespołu. 

- Nim poszedłem na trening, musiałem rozwieźć towar, wędliny i mięso. Stąd się wziął mój pseudonim. Przyzwyczaiłem się. Przydomek piłkarza świadczy o jego popularności. Jestem „Kiełbasą” i jest mi z tym dobrze. Ta firma przetwórstwa mięsnego WOY, pana Wojciechowskiego, w której pracowałem, produkuje zresztą „kiełbasę futbolową" - wspominał Piechna w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej".

CHIŃCZYK – MIROSŁAW SZYMKOWIAK, ur. 1976, 33A – 3 gole

Ten pseudonim 33-krotny reprezentant Polski zawdzięcza… szczerości. Kiedyś przyznał się kolegom z Wisły Kraków, że na koloniach dzieci wołały na niego „Chińczyk”. Jego partnerom z zespołu nie trzeba było nic więcej. Już następnego dnia, gdy Szymkowiak pojawił się w klubie, na jego cześć zrobiono ścieżkę z rozsypanego ryżu. Legenda głosi, że prowadziła od drzwi wejściowych, przez schody, aż do szatni. 

Mirosław Szymkowiak pseudonim otrzymał jeszcze w dzieciństwie, gdy był na koloniach. Wiele lat później powiedział o nim kolegom z zespołu. I tak został „Chińczykiem”. Mirosław Szymkowiak pseudonim otrzymał jeszcze w dzieciństwie, gdy był na koloniach. Wiele lat później powiedział o nim kolegom z zespołu. I tak został „Chińczykiem”.
PAP

Mirosław Szymkowiak pseudonim otrzymał jeszcze w dzieciństwie, gdy był na koloniach. Wiele lat później powiedział o nim kolegom z zespołu. I tak został „Chińczykiem”. 

NĘDZA – PIOTR WŁODARCZYK, ur. 1977, 4A – 2 gole 

„Pułkownik”, „Wąski” i „Władeczek”- to jego liczne przydomki. Ale najbardziej przylgnęła do niego ksywka „Nędza”, choć sam zainteresowany mocno się od niej dystansuje. Skąd się wzięła? Najpierw nawiązywała do jego wychudzonej sylwetki, a później łączono ją z postawą na boisku. Wiadomo, napastnika rozlicza się z goli, a z tym u Włodarczyka bywało… różnie. Często walczył z kontuzjami, nie zawsze podczas meczu był w pełni sił, a to przekładało się na jego dyspozycję. Mimo wahań formy był jednak lubiany przez kibiców. To też sztuka.   

WTOREK – ANDRZEJ NIEDZIELAN, ur. 1979, 19A – 5 goli 

47 lat temu 27 lutego przypadał we wtorek. Właśnie tego dnia, w Żarach, urodził się Andrzej Niedzielan. Jednak nie z tego powodu, bohater zwycięskiego meczu z Węgrami (2:1, el. ME, 2003), został „Wtorkiem”. Okazuje się, że jego pseudonim jest zasługą.. byłego selekcjonera reprezentacji Polski.

- To stare czasy. Byłem w Zagłębiu Lubin i wołali na mnie „Sobota". Przechodząc do Górnika Zabrze trener Michał Probierz powiedział - teraz będziesz „Wtorek" i to się przyjęło. – wspominał Niedzielan w wywiadzie dla „Gazety Krakowskiej”.

Wtorek okazał się też dla niego pechowy. 14 sierpnia 2007 roku (czyli właśnie we wtorek), w ligowym meczu Wisły Kraków z Górnikiem Zabrze, zerwał więzadła w kolanie. Na boisko wrócił dopiero po ośmiu miesiącach żmudnej rehabilitacji.