Zygfryd SzołtysikZygfryd Szołtysik
Kroniki24 października 1942
24 października 1942
Autor: Krzysztof Jaśniok
Data dodania: 23.10.2020
FOT. EAST NEWSFOT. EAST NEWS

Na jego nazwisku łamali sobie języki zagraniczni komentatorzy meczów Górnika Zabrze i reprezentacji Polski. Utrapienie z nim mieli wysocy obrońcy, których mijał jak slalomowe tyczki, a nieraz założył przy tym „siatkę”. Szybki, zwrotny, błyskotliwy biegał po ligowych boiskach jeszcze jako czterdziestolatek, ale reprezentacyjną karierę zakończył przed trzydziestką. 24 października urodziny świętuje Zygfryd Szołtysik – mały wielki człowiek polskiego futbolu.

Gdy jeszcze grał w piłkę, od stóp do czubka głowy zmierzono mu dokładnie 162 centymetry. Niedużo? Być może. Jak użyteczne mogą być jednak tak skromne gabaryty pokazuje historia, która zdarzyła się pod koniec kwietnia 1970 roku w Wiedniu. Drużyna Górnika po zwycięskim barażu z Romą jako pierwszy polski klub wywalczyła wówczas awans do finału jednego z europejskich pucharów i w nagrodę pozwolono piłkarzom zabrać do stolicy Austrii żony. Skoro tak, nie mogło się obyć bez zakupów. W szarym, siermiężnym PRL-u taki wyjazd to dla pań była gratka nie lada.

Autokar dotarł na miejsce późnym wieczorem, a już o świcie małżonki w towarzystwie swoich partnerów ruszyły na shopping. Okazało się jednak, że wszystkie sklepy w okolicy są jeszcze zamknięte. Zdesperowana kilkudziesięcioosobowa grupa przybyszów z Polski karnie ustawiła się więc pod drzwiami domu towarowego i w napięciu czekała na moment otwarcia. Gdy wybiła dziewiąta, wielka krata poszła do góry. Jak relacjonował potem jeden z uczestników tego zdarzenia, obrońca Górnika Henryk Latocha, nie uniosła się nawet na pół metra, a Szołtysik już był w środku. Oczywiście w sklepie odzieżowym, gdzie akurat były duże promocje, też stawił się pierwszy.

Zygfryd Szołtysik (w środku) ze swoimi przyjaciółmi z drużyny Górnika Zabrze: Henrykiem Latochą (po lewej) i Alojzym Deją.Zygfryd Szołtysik (w środku) ze swoimi przyjaciółmi z drużyny Górnika Zabrze: Henrykiem Latochą (po lewej) i Alojzym Deją.
FOT. EAST NEWS

Zygfryd Szołtysik (w środku) ze swoimi przyjaciółmi z drużyny Górnika Zabrze: Henrykiem Latochą (po lewej) i Alojzym Deją.

LATA WYRZECZEŃ

 

Choć natura nie obdarzyła go wzrostem, od dziecka wyróżniał się na tle kolegów, kiedy przyszło rywalizować na bieżni, murawie czy parkiecie. Miał 14 lat, gdy podczas międzyszkolnego turnieju wypatrzył go nauczyciel WF i trener uczniowskiego klub Zryw, Józef Murgot. Szołtysik mieszkał wtedy dość daleko od Chorzowa, więc szkoleniowiec zaproponował, żeby spróbował zdać do szkoły średniej w tym mieście, a wówczas będzie mógł łączyć naukę z treningami. Chłopak podjął wyzwanie, choć z początku wcale nie marzył o karierze futbolisty.

Chodziłem do Technikum Chemicznego, ale trochę wbrew nazwie szkoły, wybrałem profil mechaniczny. Wcale nie myślałem, że będę utrzymywał się z piłki. Zależało mi na maturze i zdobyciu jakiegoś konkretnego fachu, żeby w przyszłości móc się z czegoś utrzymywać. Nie miałem nawet takich planów, że trafię do Górnika czy do kadry narodowej. Mieszkałem w Suchej Górze, do szkoły miałem jakieś 30 kilometrów. Codziennie jeździłem pociągiem. Po lekcjach gnałem do tramwaju, by dostać się na trening do Chorzowa Batorego. W domu byłem o dziewiątej wieczorem. I tak w kółko przez kilka lat, nie było lekko.
Zygfryd Szołtysik; wypowiedź pochodzi z artykułu Antoniego Bugajskiego dla „Przeglądu Sportowego”; 5 sierpnia 2020 r.
CHEMIK MECHANIK

Ten wysiłek przyniósł efekty w 1960 roku. Uczniowski klub Zryw, w składzie z Szołtysikiem, Janem Banasiem, Józefem Jandudą i Antonim Piechniczkiem, okazał się rewelacją mistrzostw Polski juniorów, wygrywając rozgrywki. Rok później powtórzył ten sukces, a „Mały” dostał powołanie do kadry juniorów na mistrzostwa Europy U19 w Portugalii. Biało-czerwoni zdobyli tam srebrny medal, a on został uznany za jednego z najlepszych piłkarzy turnieju.

Reprezentacja Polski juniorów, której trzon stanowili zawodnicy uczniowskiego klubu Zryw Chorzów.Reprezentacja Polski juniorów, której trzon stanowili zawodnicy uczniowskiego klubu Zryw Chorzów.
FOT. EAST NEWS

Reprezentacja Polski juniorów, której trzon stanowili zawodnicy uczniowskiego klubu Zryw Chorzów. W górnym rzędzie od lewej: trener Józef Murgot, Erwin Słupik, Erwin Wojtynek, Piotr Komander, Albert Opala, Józef Janduda, Zygmunt Muskała, Jerzy Michajłow, Bernard Kostorz, kierownik drużyny Alfred Goly. W dolnym rzędzie: Eugeniusz Klois, Erwin Bujara, Jan Banaś, Zygfryd Szołtysik, Roman Kempa, Werner Kirchner.

MAŁY STRZELA GŁOWĄ

 

Potem już poszło z górki. W 1962 roku zgłosił się po niego Górnik i z całą rodziną przeprowadził się z Suchej Góry do Zabrza. Pierwszą bramkę dla nowego klubu zdobył już w debiucie z Cracovią – i to głową! Miesiąc później ustrzelił hat-tricka w ligowym meczu z Zagłębiem Sosnowiec. W czerwcu świętował pierwszy seniorski tytuł: drużyna z Roosevelta zdobyła w tzw. sezonie przejściowym (trwał tylko pół roku z powodu przejścia na system rozgrywek jesień – wiosna) wicemistrzostwo Polski. Nie minęło wiele czasu, a spełniło się jego największe marzenie.

4 września 1963 roku, a więc w dwa lata po portugalskim sukcesie w turnieju UEFA, Szołtysik wraz z Lubańskim dostąpili zaszczytu debiutowania w pierwszej reprezentacji Polski. Biało-czerwoni wygrali 9:0, a Szołtysik zdobył dwie bramki. Tak się zaczęła reprezentacyjna kariera dwóch wspaniałych piłkarzy tworzących, kto wie czy nie najwspanialszy tandem w całej historii polskiego piłkarstwa. Lubański imponował szybkością, przebojowością i skutecznością, Szołtysik wyrafinowaną techniką i sprytem. To, co „Mały” zaczynał, Lubański kończył, a korzyść z tego była zawsze obustronna. Zyskiwał Górnik oraz reprezentacja.
Cytat pochodzi z książki „Wielki finał”; praca zbiorowa; Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1974
JEDEN ZACZYNAŁ, DRUGI KOŃCZYŁ

Początki w kadrze nie były łatwe. Duet młodych piłkarzy z Zabrza najpierw zaznał goryczy porażki w eliminacjach mistrzostw świata 1966, a potem bez powodzenia bił się o awans do Euro 1968. Szołtysik jednak zdobywał doświadczenie i nieraz potrafił zaskoczyć. W wysoko przegranym meczu z Francją (1:4) na Stadionie Dziesięciolecia znowu pokazał, że mimo mikrego wzrostu potrafi nieźle uderzyć głową.

Główka Z. Szołtysika, M. Aubour broni
SZTURM NA SALONY

 

Pod koniec lat 60. reprezentacja nie odnosiła sukcesów, ale szturm na europejskie salony zaczęły nasze kluby. W sezonie 1969/70 warszawska Legia dotarła do półfinału Pucharu Europy, a Górnik zrobił furorę w Pucharze Zdobywców Pucharów. Szołtysik i Lubański po trzech dramatycznych meczach z Romą, zakończonych rzutem monetą, który rozstrzygnął o awansie, świętowali pierwszy w historii awans polskiej drużyny do finału europejskich rozgrywek.

Radość piłkarzy Górnika po golu i strzał Z. Szołtysika

W finale zabrzanie przegrali z Manchesterem City (1:2), ale wkrótce zaczął się złoty czas polskiej piłki. Już w eliminacjach Euro 1972 biało-czerwoni pokazali, że mogą być groźni dla najlepszych. W Hamburgu urwali punkt faworyzowanej drużynie gospodarzy (0:0), a Szołtysik odważnie szturmował bramkę rywali, którzy trzy lata później zostali mistrzami świata.

Strzał Z. Szołtysika, interwencja S. Maiera

W rozgrywanych równolegle kwalifikacjach olimpijskich też odgrywał rolę jednego z liderów zespołu. W decydującym o awansie meczu z Bułgarią (3:0) był bliski strzelenia gola po akcji ze swoim najlepszym z przyjaciół.

Rajd W. Lubańskiego, strzał Z. Szołtysika w słupek
OLIMPIJSKI LAUR

 

Igrzyska w Monachium okazały się zwieńczeniem jego reprezentacyjnej kariery, choć miał wtedy niespełna 30 lat. Zagrał w pięciu z siedmiu spotkań i zdobył bramkę. Tylko jedną, ale być może najważniejszą w karierze. Najciekawsze, że tego dnia miał w ogóle nie pojawić się na boisku. W kluczowym spotkaniu drugiej rundy z ZSRR (2:1) trener Kazimierz Górski posadził go na ławce, a gdy mecz się nie układał, do zmiany wyznaczył Andrzeja Jarosika. Ten jednak… odmówił wejścia na boisko. Szołtysik został posłany do boju niejako w jego zastępstwie.

Minuty płyną nieubłaganie, a wynik stale ten sam. ZSRR prowadzi 1:0, dzięki bramce zdobytej już w 28. minucie przez Błochina. Jest 65. minuta, kiedy trener Górski zwraca się w moim kierunku: „Zyga, rozbieraj się!”. Nareszcie! Wolę wszystko najgorsze na boisku niż mękę oczekiwania na ławce rezerwowych. To potrafi zrozumieć tylko ten, kto przynajmniej raz był w mojej roli. Krótka rozgrzewka i zaraz potem wybiegam na murawę. Zastępuję Zbyszka Guta. Wiem dobrze, czego ode mnie wszyscy oczekują. (…) Przy piłce Robert Gadocha. Zagrywa do Włodka Lubańskiego. Krzyczę do niego, wychodząc na pozycję: „Daj! Włodek, daj!”. Włodek rozumie mój zamiar, idealnie wystawia, a ja o ułamek sekundy ubiegam Churciławę. Piłka idealnie uderzona mija o centymetry dłoń Rudakowa i ląduje w siatce. Nic nie wiem, co się potem stało. Przywalony stosem ciał bezgranicznie uszczęśliwionych kolegów leżałem z twarzą wtuloną w trawnik.
Zygfryd Szołtysik; wypowiedź pochodzi z książki „Wielki finał”; praca zbiorowa; Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1974
CYTAT – ZYGA, ROZBIERAJ SIĘ!
2:1 Gol Z. Szołtysika, asysta W. Lubańskiego

W wielkim finale zagrał od pierwszej minuty. To po jego podaniu wyrównującego gola dla biało-czerwonych zdobył Kazimierz Deyna.

1:1 Gol K. Deyny, asysta Z. Szołtysika

Po meczu jego nazwisko – wymawiane nie bez trudności i często zabawnie przekręcane – było na ustach dziennikarzy sportowych z całego świata. Mimo że dwa miesiące później miał skończyć 30 lat, wróżono mu wielką karierę.

Na Stadionie Olimpijskim w Monachium Polacy udowodnili, że remis w Hamburgu z naszą pierwszą reprezentacją nie był dziełem przypadku. Lubański, Deyna, Szołtysik, Gorgoń i Kostka reprezentują taki poziom, że mogliby z powodzeniem występować we wszystkich czołowych zespołach europejskich.
Hans Schiling, redaktor magazynu „Kicker”, wypowiedź pochodzi z książki Stanisława Nowosielskiego i Wojciecha Szkieli „Droga do finału”, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1975
PIĘCIU NA PIĄTKĘ

Z tych planów nic nie wyszło. Dwa lata później Szołtysik wyjechał wprawdzie do Francji, by grać w Valenciennes, ale furory nie zrobił i szybko wrócił do Zabrza. Trener Górski nie widział dla niego też miejsca w reprezentacji. Dał mu szansę jeszcze miesiąc po igrzyskach w meczu z Czechosłowacją (3:0), ale kolejnych powołań nie wysłał. Największy sukces polskiej piłki, występ biało-czerwonych na mistrzostwach świata w RFN, „Zyga” oglądał więc w telewizji. A przecież przez tyle lat był po drugiej stronie ekranu…

Reprezentacja Polski ze złotymi medalami, w ciemnych strojach, na podium igrzysk olimpijskich 1972.Reprezentacja Polski ze złotymi medalami, w ciemnych strojach, na podium igrzysk olimpijskich 1972.
FOT. PAP

Reprezentacja Polski ze złotymi medalami igrzysk olimpijskich 1972. W górnym rzędzie od lewej: Jerzy Gorgoń, Hubert Kostka, Kazimierz Deyna, Marian Ostafiński, Jerzy Kraska, Antoni Szymanowski, Robert Gadocha, Zygfryd Szołtysik. W dolnym rzędzie od lewej: Zygmunt Anczok, Włodzimierz Lubański, Zygmunt Maszczyk, Zbigniew Gut i Lesław Ćmikiewicz.

PANU JUŻ DZIĘKUJEMY

 

Paradoksalnie na turnieju w Niemczech, choć z zupełnie innego powodu (kontuzja), zabrakło także jego największego przyjaciela Włodzimierza Lubańskiego. W tym kontekście proroczo brzmią słowa, jakie kilka lat wcześniej padły podczas programu „Małżeństwo doskonałe”, w którym obaj piłkarze Górnika wzięli udział. Rozpoczynając teleturniej, słynny aktor i satyryk Jacek Fedorowicz bez złych intencji powiedział: „Pan Lubański siada, panu Szołtysikowi dziękujemy”.

Włodzimierz Lubański i Zygfryd Szołtysik w programie prowadzonym przez Jacka Fedorowicza „Małżeństwo doskonałe”

Numer buta 39, pięćdziesiąt asyst przy bramkach Lubańskiego, złoty medal olimpijski i uwielbienie kibiców – a wszystko to ten jeden niepozorny człowiek. Oj, Zyga, Zyga… Życzymy stu lat w zdrowiu!