Piotr CzajaPiotr Czaja
Kroniki11 lutego 1944
11 lutego 1944
Autor: Krzysztof Jaśniok
Data dodania: 11.02.2021
FOT. PAPFOT. PAP

Gdyby los chciał inaczej, dziś jego nazwisko byłoby wymieniane jednym tchem obok Jerzego Klempela, Zygfryda Kuchty czy Andrzeja Szymczaka. To ludzie, którzy blisko pół wieku temu sięgnęli po brązowy medal olimpijski w Montrealu. Legendarne postacie polskiej piłki… ręcznej. Piotr Czaja, świętujący właśnie 77. urodziny, zapowiadał się na świetnego szczypiornistę, ale wybrał futbol. Nawyki jednak pozostały. Piłkę znacznie częściej łapał i rzucał, niż odbijał nogami.

Na piłkarskie boisko zaplątał się trochę przypadkiem. Miał 16 lat, był już w szerokiej kadrze juniorów reprezentacji Polski w piłce ręcznej, i pewnego dnia wybrał się do Katowic zobaczyć, jak w turnieju halowym radzą sobie jego koledzy z sekcji futbolowej Bobrka Karb Bytom. Znał ich dobrze, więc w pewnej chwili zszedł z trybun i przysiadł się na ławce rezerwowych, żeby pogadać. Nagle za jego plecami ktoś się wydarł.

– Przegrywamy 0:3, bramkarz puszcza każdą piłkę! Dawać mi tu rezerwowego! – to trener krzyczał do kierownika drużyny.

– Rezerwowy nie dojechał. Nie ma nikogo na zmianę.

– A ten tu?

– To z innej sekcji. Szczypior. Do tego rozgrywający, nie bramkarz.

– A niech mnie – żachnął się trener. – Trudno. Niech się przebiera i wskakuje między słupki. I tak gorzej już nie będzie.

No to się Czaja przebrał i stanął. I nawet jednego gola nie puścił. A po turnieju doszło do próby przekupstwa. Działacze piłkarscy obiecali mu za przejście do ich sekcji podwójną premię, czyli dwie tabliczki czekolady. Wtedy jeszcze nie uległ pokusie. Rok później już tak.

Kopalnia Bobrek w BytomiuKopalnia Bobrek w Bytomiu
FOT. PAP

Kopalnia Węgla Kamiennego Bobrek w Bytomiu. Od lat 20. XX wieku była żywicielką nie tylko dla mieszkańców dzielnicy Karb, ale i okolicznych śląskich miast. W 1958 roku utworzono przy niej klub sportowy, w którym kariery zaczynało wielu zdolnych bokserów, kolarzy, rugbistów, koszykarzy, piłkarzy i szczypiornistów. Wśród nich Piotr Czaja.

DWIE SROKI ZA OGON

 

Jego kariera piłkarska zaczęła się równie niezwykle jak życie, bo choć jest z dziada pradziada Ślązakiem, na świat przyszedł w niemieckim Linderbrücku. Tam w czasie wojny na roboty przymusowe została wywieziona mama przyszłego bramkarza. Ponieważ w okolicy nie było katolickiej świątyni, Czaja został dwa razy ochrzczony. Najpierw w obrządku ewangelickim, a po powrocie do Polski – gdy miał trzy lata – przyjął chrzest w kościele w Bytomiu.

W piłkę ręczną z powodzeniem grał do 18. roku, ciągnąc – jak potem wspominał – dwie sroki za ogon. Na futbol postawił ostatecznie, gdy zgłosili się do niego działacze Slavii Ruda Śląska, obiecując mu regularne występy w pierwszej drużynie. Dwa lata później znów zmienił klub, przenosząc się do nowopowstałego GKS-u Katowice. Wystarczył sezon, by z kolegami z Bukowej wylądował w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Piotr CzajaPiotr Czaja
KADR Z TRANSMISJI

Żywiołowy, dynamiczny, interweniujący bez strachu o własne zdrowie – takich bramkarzy uwielbiają kibice. Piotr Czaja słynął też z tego, że dość energicznie gestykulując rozstawiał swoich kolegów w polu karnym przy stałych fragmentach gry.

To wtedy usłyszała o nim cała piłkarska Polska. Niezbyt wysoki (180 cm), ale skoczny i obdarzony świetnym refleksem bramkarz wiele razy wyróżnił się na ligowych boiskach, jednak prawdziwą furorę zrobił na przełomie lat 60. i 70., gdy kończył swoje występy w barwach GieKSy, a zaczynał karierę jako zawodnik chorzowskiego Ruchu. Dokonał wówczas rzeczy, jaka wcześniej nie udała się żadnemu z bramkarzy w ekstraklasie. Poczynając od spotkania Katowic z Legią Warszawa (0:2), w którym jako ostatni pokonał go Władysław Stachurski, przez kolejnych jedenaście spotkań nie puścił gola. Niesamowita seria trwała od 18 kwietnia do 20 września 1970 roku, a została przerwana dopiero przez Mariana Kozerskiego ze Stali Rzeszów, który trafił do siatki, gdy Czaja bronił już bramki Niebieskich. Tym samym zachował czyste konto przez równo 1005 minut. Czapki z głów!

Gdzieś przeczytałem, że w tej serii meczów bez straty gola obroniłem dwa karne. Nie pamiętam już jednak, w których to było meczach, ale pamiętam za to rzut karny na Stadionie Śląskim, gdzie wiosną 1969 roku graliśmy z Górnikiem Zabrze. To było rok przed tym moim rekordowym okresem. Zabrzanie walczyli o mistrzostwo, ale nie zdołali nas pokonać mimo różnych nacisków. Graliśmy przy pełnych trybunach, a ja tuż przed przerwą obroniłem strzał Alojzego Dei z „wapna”. Wygraliśmy 2:1, ale w protokole zapisano walkower 3:0, bo po drugim golu dla nas zawodnicy Górnika rzucili się na sędziego. Największe pretensje miał Włodzimierz Lubański, ale dyskwalifikacją ukarany został Stefan Florenski. A wracając do karnych, to większość z nich obroniłem, bo miałem taki instynkt, że czułem gdzie poleci piłka.

Piotr Czaja w rozmowie z Jerzym Dusikiem, „Sport”, 4 lutego 2020 r.
POGROMCA JEDENASTEK

Nic dziwnego, że będąc w życiowej formie został powołany do reprezentacji. Ostatecznie rozegrał w niej jednak tylko dwa mecze: w Szczecinie towarzyski z Irakiem (2:0) i trzy miesiące później z Albanią (3:0) w eliminacjach Euro 1972. Gola nie puścił, więc co poszło nie tak?

Reprezentacja Polski na igrzyska olimpijskie w Monachium.Reprezentacja Polski na igrzyska olimpijskie w Monachium.
FOT. EAST NEWS

Reprezentacja Polski na igrzyska olimpijskie w Monachium. W górnym rzędzie od lewej: asystent trenera Jacek Gmoch, trener Kazimierz Górski, Hubert Kostka, Jerzy Gorgoń, Marian Ostafiński, Zygmunt Anczok, Marian Szeja, Włodzimierz Lubański, Antoni Szymanowski, Jerzy Kraska, Joachim Marx, Zbigniew Gut. W dolnym rzędzie: Kazimierz Deyna, Zygfryd Szołtysik, Grzegorz Lato, Kazimierz Kmiecik, Ryszard Szymczak, Andrzej Jarosik, Lesław Ćmikiewicz, Robert Gadocha, Zygmunt Maszczyk.

TEN SZÓSTY

 

Czaja miał pecha, bo zadebiutował pod koniec kadencji Ryszarda Koncewicza, a Kazimierz Górski, który przejął kadrę w grudniu 1970 roku, najpierw wolał sprawdzić innych bramkarzy: Władysława Grotyńskiego i Jana Tomaszewskiego z Legii, Jana Gomolę i Huberta Kostkę z Górnika Zabrze czy Mariana Szeję z Zagłębia Wałbrzych. Jego widział najwyżej jako rezerwowego i w tej roli piłkarz Ruchu miał szansę wziąć udział w pamiętnej olimpiadzie w Monachium. Znów jednak nie dopisało mu szczęście.

O tym, że nic z kadrą nie zdobyłem – nie pojechałem na igrzyska w 1972 roku – zadecydowała kontuzja, jaka mi się przytrafiła podczas meczu w Zabrzu. Piłka leciała pomiędzy mnie a Antka Piechniczka. Piechniczek wiadomo – prawy obrońca głuchy na lewe ucho. Ja mu krzyczę: „Moja!”, a on nie reaguje. Tak bardzo chciał zatrzymać Włodka Lubańskiego, że przebiegli po mnie razem. Efekt? Szyte podniebienie, wstrząs mózgu. Ponoć wyszedłem z bramki, wdałem się w rozmowę z kibicami. Nic z tego nie pamiętam.

Piotr Czaja w rozmowie z Wojciechem Todurem dla sport.pl; 20 sierpnia 2009 r.
GŁUCHY NA LEWE UCHO

Pozostały mu więc występy w klubie. I tu sobie poużywał, bo z Ruchem trzy razy sięgnął po mistrzostwo i raz po Puchar Polski. Miał też okazję zwiedzić trochę świata, bo w latach 70. Niebiescy regularnie grali w europejskich pucharach.

Piotr CzajaPiotr Czaja
FOT. PAP

Piotr Czaja (w środku) spieszy z gratulacjami dla Zygmunta Garłowskiego (pierwszy z lewej), który ze Śląskiem Wrocław na kolejkę przed końcem rozgrywek sięgnął po mistrzostwo Polski w sezonie 1976/77. Niebiescy przegrali z wojskowymi na stadionie przy Oporowskiej 0:2.

W DESZCZU I ŚNIEGU

 

Podobno najlepszy mecz w życiu rozegrał wiosną 1974 roku w Rotterdamie. Ruch walczył wówczas z Feyenoordem o półfinał Pucharu UEFA. Przy Cichej było 1:1, a w rewanżu chorzowianie szybko objęli prowadzenie i potem dzięki niesamowitym interwencjom Czai długo utrzymywali korzystny wynik. Niestety, polski bramkarz wreszcie skapitulował i doszło do dogrywki. Przed jej rozpoczęciem Holendrzy, choć przepisy na to nie pozwalały, zeszli na chwilę do szatni. „My zaś czekaliśmy na boisku w deszczu. Jak ruszyli z impetem, to trafili nas dwa razy i skończyła się nasza przygoda” – wspominał po latach.

Kapitalnie zagrał też rok później w ćwierćfinale Pucharu Europy. Rywalem Niebieskich była jedna z najlepszych w latach 70. drużyn Starego Kontynentu – AS Saint-Étienne. W Chorzowie Czaja w efektownym stylu bronił strzały braci Revellich, Jeana-Michela Larqué, Pierre’a Repelliniego i Yvesa Triantafilosa.

Strzał Y. Triantafilosa, fantastyczna parada P. Czai

Ruch najpierw strzelił trzy gole, a potem… stracił cztery z rzędu. Te dwa decydujące padły już w rewanżu, choć polski bramkarz dokonywał cudów, aby powstrzymać mistrzów Francji. A łatwo nie było, bo konfrontacja odbyła się dość niecodziennych okolicznościach przyrody.

Strzał J.-M. Larqué z wolnego, parada P. Czai

Gdy Czaja grał w tych meczach, był już po trzydziestce i powoli szykował się do roli trenera. Piłkarską karierę zakończył ostatecznie w 1979 roku. Kilkanaście miesięcy wcześniej usłyszał jednak dość zaskakującą propozycję.

Piotr CzajaPiotr Czaja
FOT. PAP

Piotr Czaja (pierwszy z lewej) podczas treningu przed meczem na mundialu 1982 z Belgią. Obok niego Józef Młynarczyk, w głębi Andrzej Pałasz i Tadeusz Dolny.

SZLIFIERZ DIAMENTÓW

 

Grotyński, Gomola, Szeja, Kostka, wreszcie Tomaszewski. Potem Zygmunt Kalinowski, Jan Karwecki, Andrzej Fischer, Piotr Mowlik i Zygmunt Kukla. Zawsze był ktoś lepszy, zawsze w kimś innym – nie w nim – widziano człowieka godnego bronić polskiej bramki. Tak było za trenera Górskiego, tak samo się stało, gdy latem 1976 roku funkcję selekcjonera objął Jacek Gmoch. Tym bardziej zdziwił się golkiper Ruchu, gdy już u schyłku kariery odebrał dość zaskakujący telefon.

Przed mistrzostwami świata w Argentynie trener Jacek Gmoch zadzwonił do mnie i chciał, żebym wrócił do kadry. Może bym się zgodził, ale żona, która się w ogóle sportem nie interesuje, przypomniała mi wtedy mój wiek i powiedziała: „Chłopie, ty już siwy jesteś, gdzie tam się będziesz z młodymi po Ameryce włóczył?”. Dlatego odmówiłem Gmochowi.

Piotr Czaja w rozmowie z Jerzym Dusikiem dla portalu Łączy Nas Piłka, 28 grudnia 2017 r.
ZASKAKUJĄCA PROPOZYCJA

Na mundial jednak pojechał, choć dopiero cztery lata później i nie jako zawodnik, ale członek sztabu szkoleniowego. Miał już na koncie kilka sukcesów. Pracując w Ruchu, odkrył i nauczył fachu kilka bramkarskich talentów, m.in. Józefa Wandzika, Henryka Bolestę i Janusza Jojkę. Przed mistrzostwami świata w Hiszpanii trener Antoni Piechniczek włączył go więc do swojej ekipy, co stało się ponoć na specjalne życzenie Józefa Młynarczyka. Efekt był znakomity. Golkiper Widzewa ustabilizował formę i podczas turnieju był pewnym punktem drużyny, która sięgnęła po medal.

Piotr CzajaPiotr Czaja
FOT. PAP

Piotr Czaja (drugi od prawej) podczas mistrzostw świata w Hiszpanii zwiedza z reprezentacją klasztor benedyktyński Montserrat w Katalonii. Obok niego od lewej trener Bogusław Hajdas, Grzegorz Lato i Tadeusz Dolny.

Po mistrzostwach wrócił na Cichą i dalej szkolił bramkarzy, łącząc robotę w klubie ze współpracą z reprezentacją. Tak było do 1986 roku i mundialu w Meksyku, który zakończył pierwszą selekcjonerską kadencję Piechniczka. Czaja wyjechał wówczas do Niemiec, gdzie mieszkał przez ponad dwadzieścia lat, zarabiając na życie jako trener w klubach z niższych lig. Do Polski wrócił w 2009 roku. Osiadł w Beskidach, gdzie zażywa spokojnej emerytury. Piłkę ogląda tylko w telewizji, na życie patrzy z dystansem, o saksach nie marzy. Zresztą… Siwy już jest, więc co się będzie po Amerykach włóczył?