jadowniczanka - widzew puchar polski 1984jadowniczanka - widzew puchar polski 1984
(Pucharowe) historie o polskim futbolu (4)
Autor: Rafał Byrski
Data dodania: 17.07.2026
POWIATOWA BIBLIOTEKA PUBLICZNA W BRZESKUPOWIATOWA BIBLIOTEKA PUBLICZNA W BRZESKU

To już czwarta część naszego wakacyjnego cyklu. W niej zaglądamy za kulisy rozgrywek, które kochamy za emocje, sensację i niespodzianki, w których Dawid często wygrywa z Goliatem. Mowa o STS Pucharze Polski. W tym roku będziemy obchodzić setną rocznicę pierwszego finału. 5 września 1926 roku Wisła Kraków pokonała na własnym boisku 2:1 Spartę Lwów. W przebogatej historii Pucharu Tysiąca Drużyn było wiele frapujących historii, my wybraliśmy trzy z nich. Zapinamy pasy i wyruszamy w kolejną podróż w czasie!   

1984: JADOWNIKI POSZŁY NA MECZ  

Ludzie siedzieli dosłownie wszędzie: na drzewach, lampach i dachach samochodów. A na stadionie, już kilka godzin przed meczem, nie było gdzie wepchnąć szpilki. Czy można było się jednak dziwić tak ogromnemu zainteresowaniu? 5 września 1984 roku do małej wsi pod Brzeskiem w Małopolsce przyjechał przecież wielki Widzew, by rozegrać z miejscową drużyną mecz w 1/16 finału Pucharu Tysiąca Drużyn. To wtedy piłkarska Polska dowiedziała się o klubie LKS Jadowniczanka Jadowniki. 

Gospodarze grali w lidze okręgowej, a klub z Łodzi przyjechał w glorii dwukrotnego mistrza kraju i półfinalisty Pucharu Europy. W składzie było tłoczno od reprezentantów kraju i uczestników mundiali: Romana Wójcickiego, Marka Dziuby, Kazimierza Przybysia, Jerzego Wijasa, Dariusza Dziekanowskiego i Włodzimierza Smolarka

Ale mimo porażki amatorów z zawodowcami 1:7, to spotkanie przeszło do legendy. Doczekało się nawet reportażu, który po 39 latach od tamtego wydarzenia, zrealizował Arkadiusz Stolarek. 

- Nie można było wrzucić piłki z autu, bo zaraz za linią siedzieli ludzie. Na mecz jechałem motocyklem, wiozłem starszego brata, który był w naszej drużynie rezerwowym. Na rogatkach zatrzymała nas milicja i pyta, gdzie jedziemy. Mówię, że na mecz, a oni: „My tam już nikogo nie wpuszczamy”. „Ale ja tam gram!” - odparłem. I wtedy nas przepuścili - wspominał we wspomnianym reportażu strzelec jedynego gola dla gospodarzy Andrzej Wołek.

jadowniczanka - widzew puchar polski 1984jadowniczanka - widzew puchar polski 1984
KADR Z MATERIAŁU TVP

5 września 1984 roku to jeden z najważniejszych dni w historii 5 tysięcznej wsi w województwie małopolskim. Do Jadownik przyjechał wielki Widzew. O rekordowej frekwencji na tym meczu nie ma co pisać, wystarczy spojrzeć na zdjęcie. 

Dla klubu z Jadownik mecz z Widzewem zyskał status kultowego, dla gości był to zaledwie „spacerek” w drodze po Puchar Polski, który właśnie w sezonie 1984/85 zdobyli po raz pierwszy i na razie ostatni. 

Ale nawet dla piłkarzy, którzy toczyli pamiętne boje z Liverpoolem na Anfield Road czy Juventusem Turyn na Stadio Comunale, spotkanie z drużyną z wioski liczącej niespełna 5 tysięcy mieszkańców utkwiło mocno w pamięci. 

- Przyjechaliśmy półtorej godziny przed meczem na stadion, a tam pełniutko. Ludzie siedzieli na wysokich topolach, które tam rosły – wspominał Wiesław Wraga w filmie Stolarka. 

MORAŁ: Gdy amatorzy grają z zawodowcami, jak w przypadku Jadowniczanki z Widzewem, zwycięzca znany jest właściwie jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Ale w tej historii wynik miał drugorzędne znaczenie. Dla mieszkańców wioski w Małopolsce możliwość zobaczenia piłkarzy, których na co dzień oglądali w telewizji, była wydarzeniem bez precedensu. 

Czarni Żagań - Górnik Zabrze 0:4 (02.06.1965)Czarni Żagań - Górnik Zabrze 0:4 (02.06.1965)
ZDJĘCIE ZE ZBIORÓW WANDY WINCZARUK

Drużyna Czarnych Żagań w strojach organizacyjnych. Na zdjęciu są widoczni uczestnicy finałowego meczu z Górnikiem: Piotr Migdoł i Andrzej Barczyk (w górnym rzędzie), Zbigniew Lipiec, Piotr Kiszka, Zygmunt Klencz, Manfred Koprek, Bogdan Charbicki i Piotr Pozor (w środkowym rzędzie od lewej) oraz trener Jan Dixa (w dolnym rzędzie w środku) i Edward Kuczko (pierwszy z prawej).

1965: KOMINIARZ POMÓGŁ CZARNYM 

W czerwcu 1965 roku, chyba pół Polski gorączkowo sprawdzało w atlasach gdzie leży Żagań. Zainteresowanie było zrozumiałe, gdyż trzecioligowy klub z województwa lubuskiego okazał się rewelacją krajowego pucharu. Drużyna, w której grali głównie… żołnierze w służbie czynnej wyrzucała za burtę jednego faworyta za drugim: Polonię Bytom, Pogoń Szczecin i ŁKS Łódź. 

- Czarni byli małym wojskowym klubem z miasteczka na Ziemiach Odzyskanych, który opierał siłę na werbunku poborowych piłkarzy. Zajmował się tym jeden z dowódców jednostki płk Janusz Walis. Wiadomo, że ściągał tylko tych zawodników, którzy nie załapali się do składów bogatszych i silniejszych klubów, mających wojsko za patrona. Miejscowi kibice kochali tamtą drużynę i dawali temu wyraz. Fryzjer Arkadiusz Frątczak golił i strzygł piłkarzy za darmo, prosząc za każdym razem tylko o jedno: dobrą grę. Podobnie było u jedynego żagańskiego krawca Stanisława Kazalskiego. Z jego strony pomoc była niebagatelna: pamiętajmy, że w czasach PRL żołnierz o wzroście 180 cm bardzo często dostawał przecież mundur szyty na 160 cm lub… na odwrót! – wspominał pucharową rewelację Andrzej Gowarzewski w „Encyklopedii piłkarskiej Fuji: Puchar Polski” wydanej we współpracy z PZPN. 

Aż trzykrotnie o awansie Czarnych w tamtym sezonie Pucharu Polski zadecydował… rzut monetą. Do niecodziennej sytuacji doszło w półfinałowym starciu z ŁKS-em  (31 marca 1965 roku). Po 90 minutach i dogrywce utrzymał się remis (1:1) i zwycięzcę miało wyłonić losowanie. Ale pierwsza próba zakończyła się niepowodzeniem. Błotnista murawa sprawiła, że moneta rzucona przez sędziego upadła na sztorc! Arbiter chcąc nie chcąc zarządził powtórkę, ale już w zmodyfikowanej formie: losy wyciągnięto z… kapelusza kominiarza! Historia milczy w jaki sposób przedstawiciel tego nomen omen „czarnego” zawodu znalazł się na stadionie: był prywatnie, czy też został ściągnięty w trybie awaryjnym. Tak czy siak fortuna po raz kolejny sprzyjała drużynie z Żagania.

Fragmenty meczu (bez komentarza)

W finale, w Zielonej Górze, do sensacji już dojść nie mogło. Górnik Zabrze był wtedy o klasę lepszy od pozostałych polskich klubów. Nic dziwnego, że rozbił trzecioligowca 4:0, a klasycznym hat-trickiem w pierwszej połowie popisał się Ernest Pohl. Dzielni piłkarze z Żagania i tak zapisali się jednak w historii rozgrywek, choć nie dane im było zagrać w europejskich pucharach.

Górnik wywalczył w tym sezonie dublet: mistrzostwo i Puchar Polski, więc wystąpił w Pucharze Europy. Zgodnie z regulaminem i zdrowym rozsądkiem w Pucharze Zdobywców Pucharów powinien zagrać finalista krajowego pucharu, czyli Czarni Żagań. PZPN nie zgłosił jednak trzecioligowca uznając, że to zbyt słaby klub na „europejskie salony”.

MORAŁ: Puchar Polski to jedne z najbardziej „motywacyjnych” rozgrywek w futbolu. Nie tylko teoretycznie słabsi mierzą się z teoretycznie silniejszymi, ale ci pierwsi mają okazję udowodnić, że przedmeczowe prognozy nie zawsze idą w parze z boiskową praktyką.

polonia warszawa - legia warszawa (1952) puchar polskipolonia warszawa - legia warszawa (1952) puchar polski
PAP

Nagły atak zimy w środku kalendarzowego lata? Nic z tych rzeczy. Pogoda była adekwatna do terminu rozgrywania finałowego meczu o Puchar Polski. 21 grudnia 1952 roku, na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie, Polonia pokonała 1:0 rezerwy Legii. 

1952: MAGICZNE BUTY I GRA AKTORSKA  

Czy można rozegrać finał Pucharu Polski na trzy dni przed Wigilią Bożego Narodzenia? Dla chcącego nic trudnego. Do takiej, nietypowej sytuacji, doszło 21 grudnia 1952 roku. Na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie stołeczna Polonia pokonała rezerwy Legii 1:0, a mecz, mimo że rozegrany na ślizgawce (szczególnie w bocznych rejonach boiska widoczna była tafla lodu) okazał się całkiem interesującym widowiskiem. Gola strzelił Zdzisław Wesołowski w butach… Ryszarda Kuleszy. Podobno przyszły selekcjoner, a wówczas rezerwowy piłkarz Polonii, widząc ślizgającego się bezradnie po boisku kolegę pożyczył mu swoje obuwie. I ten w nowych „korkach” zdobył zwycięską bramkę.

- Zawsze były lśniące, wypastowane a sznurowadła lśniły bielą. Nie spoczywały nigdy w klubowej szafie, a w specjalnym miejscu w domu. I strzelały… Same strzelały bramki. Każdy były zawodnik Polonii mógłby przysiąc, że zdobyły dla klubu Puchar Polski – pisał Andrzej Gowarzewski, we wspomnianej już monografii, o tych „cudownych” butach Kuleszy.

Marian ŁączMarian Łącz

Środkowy ataku Polonii Warszawa Marian Łącz w jednej ze swych ról. Ale tym razem nie na boisku, tylko na deskach teatralnych. Na zdjęciu, razem z Hanką Bielicką, w spektaklu „Hrabina z importu”. 

Kolegą Wesołowskiego i Kuleszy był Marian Łącz. To on grał na środku ataku w tym grudniowym finale. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Łącz… łączył wówczas, z dużym powodzeniem, karierę piłkarską z… aktorską. Na boisku występował w drużynie Czarnych Koszul, a na scenie w warszawskim Teatrze Polskim. W obu rolach radził sobie znakomicie. 

MORAŁ: Dziś o umiejętnościach „aktorskich” piłkarzy mówi się raczej w negatywnym kontekście. W taki sposób określa się zawodników, którzy symulują faul. W przypadku Mariana Łącza o jego umiejętnościach aktorskich śmiało można pisać bez użycia cudzysłowu.