Olimpijski debiutOlimpijski debiut
KronikiOlimpijski debiut
Olimpijski debiut
Autor: Krzysztof Jaśniok
Data dodania: 26.05.2020
FOT. EAST NEWSFOT. EAST NEWS

Najpierw wyjazd do Sztokholmu na sparing ze Szwecją, potem prom do Rostocku, tam przesiadka i początek długiej, trwającej 52 godziny podróży koleją przez Berlin i Kolonię do Paryża, dwa dni odpoczynku i na koniec konfrontacja z rywalem, który wyjątkowo nam nie leżał. Historyczny pierwszy występ polskich piłkarzy na igrzyskach to była droga przez mękę i skończył się spektakularną klapą. 26 maja 1924 roku nasz zespół przegrał z Węgrami aż 0:5.

Olimpijski debiut polskich futbolistów miał nastąpić cztery lata wcześniej, ale ostatecznie do Antwerpii nie pojechali. Na przeszkodzie stanęła wojna polsko-bolszewicka. Piłkarze, zamiast szlifować formę przed turniejem, siedzieli w okopach i przygotowywali się do odparcia ataku wroga. Tak się bowiem złożyło, że gdy 14 sierpnia 1920 roku król Belgii Albert I uroczyście wygłaszał formułę otwarcia igrzysk, pod Warszawę właśnie podchodziły wojska marszałka Michaiła Tuchaczewskiego.

Decyzję o udziale w turnieju paryskim podjęto już w grudniu 1923 roku. W tamtym czasie nie odbywały się jeszcze eliminacje – na igrzyskach grać mógł każdy zespół, który zgłosił się do zawodów. Nie rozgrywano także mistrzostw świata (pierwsze zorganizowano dopiero w 1930 roku), więc zdobycie olimpijskiego złota było równoznaczne z uzyskaniem tytułu najlepszej drużyny globu. PZPN powołał społeczny komitet, który miał zebrać pieniądze na wyjazd Francji, a na trenera reprezentacji wyznaczono Gyulę Bíró. 34-letni Węgier od dwóch lat mieszkał nad Wisłą, prowadząc w Krakowie żydowski klub Makkabi. Kapitanem związkowym został były piłkarz, a wtedy już sędzia piłkarski Adam Obrubański. Jego obowiązkiem było dokonanie właściwej selekcji zawodników.

Piłkarska reprezentacja Polski na VIII Letnie Igrzyska Olimpijskie w Paryżu.Piłkarska reprezentacja Polski na VIII Letnie Igrzyska Olimpijskie w Paryżu.
FOT. NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE

Piłkarska reprezentacja Polski na VIII Letnie Igrzyska Olimpijskie w Paryżu. Stoją od lewej: Stefan Fryc, Henryk Reyman, Józef Kałuża, Wawrzyniec Cyl, Leon Sperling, Wacław Kuchar, Mieczysław Batsch, Mieczysław Wiśniewski. W dolnym rzędzie: Marian Spoida, Zdzisław Styczeń, Stanisław Cikowski.

SKANDYNAWSKIE TORTURY

 

W kwietniu 1924 roku zamknięto listę zgłoszeń do turnieju. Ponieważ chęć gry wyraziły 22 reprezentacje, drabinkę trzeba był tak ułożyć, żeby najpierw odbyła się runda kwalifikacyjna z udziałem dwunastu losowo wybranych ekip. Pozostałe drużyny (w tym gospodarze Francuzi) miały zacząć grę dopiero od drugiej rundy. Niestety, pecha mieliśmy już na wstępie, bo nie znaleźliśmy się w tej szczęśliwej dziesiątce. Do tego w 1. rundzie trafiliśmy na Węgrów – zespół, z którym wcześniej zmierzyliśmy się dwa razy i dwa razy przegraliśmy: najpierw w międzynarodowym debiucie w Budapeszcie 0:1 (1921), potem w Krakowie 0:3 (1922). Trener Bíró był mocno skonfundowany wynikiem losowania i z początku chciał nawet złożyć dymisję. Ostatecznie jednak poprowadził polską kadrę przeciwko swoim rodakom.

Występowi na igrzyskach nadano najwyższy priorytet – do tego stopnia, że odwołano finałowe rozgrywki o mistrzostwo kraju. Drużynę, złożoną ostatecznie z siedemnastu zawodników – siedmiu z Cracovii, czterech z Wisły Kraków, dwóch z Warty Poznań i po jednym z Pogoni Lwów, Łódzkiego KS, Czarnych Lwów i 1. FC Katowice – skoszarowano pod Wawelem. Po dwóch tygodniach przygotowań zespół wybrał się do Sztokholmu na ostatni sprawdzian przed olimpijskim występem. Szwedzi, którzy też szykowali się do paryskiego turnieju, okazali się wyjątkowo mocnym przeciwnikiem. Wygrali aż 5:1. Dwa dni później obie ekipy zmierzyły się ponownie, ale już w meczu nieoficjalnym. Było jeszcze gorzej: przegraliśmy 1:7.

Przed wojną Józef Kałuża był dla polskich kibiców tym, kim dzisiaj jest Robert Lewandowski. W październiku 2017 roku pomnik znakomitego napastnika stanął przed stadionem jego ukochanego klubu Cracovii.Przed wojną Józef Kałuża był dla polskich kibiców tym, kim dzisiaj jest Robert Lewandowski. W październiku 2017 roku pomnik znakomitego napastnika stanął przed stadionem jego ukochanego klubu Cracovii.
FOT. PAP

Przed wojną Józef Kałuża był dla polskich kibiców tym, kim dzisiaj jest Robert Lewandowski. W październiku 2017 roku pomnik znakomitego napastnika stanął przed stadionem jego ukochanego klubu Cracovii.

POD WIATR I POD SŁOŃCE

 

Następnego dnia Polacy i Szwedzi wsiedli na pokład tego samego promu i popłynęli do Rostocku. Tam przesiedli się do pociągu i z przesiadkami w Berlinie i Kolonii po długiej podróży dotarli 23 maja do stolicy Francji. Nasz zespół zameldował się w hotelu „Maison dorée”, gdzie dziś mieści się jedna z najbardziej znanych paryskich restauracji. Na regenerację piłkarze mieli tylko dwa dni.

W poniedziałek o siedemnastej biało-czerwoni wybiegli na murawę nieistniejącego już Stade Bergeyre (został zburzony dwa lata po igrzyskach) i rozpoczął się ich historyczny debiut. Wzięli w nim udział bramkarz Mieczysław Wiśniewski, obrońcy Wawrzyniec Cyl i Stefan Fryc, pomocnicy Marian Spoida, Stanisław Cikowski i Zdzisław Styczeń oraz grający w pierwszej linii Wacław Kuchar, Mieczysław Batsch, Józef Kałuża, kapitan drużyny Henryk Reyman i Leon Sperling.

W pierwszej połowie nasz zespół grał pod wiatr i pod słońce – może dlatego dwóch znakomitych okazji do zdobycia gola nie wykorzystał Reyman. Po kwadransie wyrównanej walki dostaliśmy pierwszy cios, a zadał go 24-letni napastnik klubu Makkabi Brno.

W 18’, wśród całkiem otwartej gry, szybki atak węgierski, trójka środkowa podprowadza piłkę i z bliskiej odległości Eisenhoffer, zupełnie wolny, strzela nieuchronnie do bramki. Wiśniewski rzuca się, ale nie może powstrzymać piłki, ostro ku górze idącej. Radość w drużynie węgierskiej ogromna, licznie zebrana kolonja węgierska (do 500 osób), krzyczy i oklaskuje swoich gwałtownie.
Fragment relacji „Przeglądu Sportowego” z 4 czerwca 1924 r.
KOLONIA KRZYCZY I OKLASKUJE
DWÓCH PIŁKARZY, CZTERY GOLE

 

Pięciuset Madziarów na trybunach miało więcej powodów do radości po przerwie. Polacy, którzy wyraźnie odczuwali trudy długiej podróży, opadli z sił i dali sobie strzelić cztery kolejne gole. Najpierw dwa razy do siatki trafił kolega klubowy Józsefa Eisenhoffera, Ferenc Hirzer. Kropkę nad „i” postawił Zoltán Opata, który potem, pod koniec lat 50., był trenerem Górnika Zabrze.

W 24 min. (drugiej połowy – przyp. red.) Opata mijając naszą pomoc i obronę usiłuje piłkę wprowadzić do naszej siatki, w czem dopomaga mu Styczeń, kopiąc piłkę z odległości kilku kroków do bramki własnej w zamiarze podania Wiśniewskiemu. Ten jednak nie zdołał piłki chwycić i Węgrzy uzyskują czwartą bramkę dla siebie. Trzy minuty przed końcem Opata, środek ataku, z ładnego podania Hirzera zdobywa po przepuszczeniu przez Cyla piątą – ostatnią bramkę i zawody kończą się smutnym wynikiem 5:0.
Fragment relacji „Sportu Lwowskiego” z 4 czerwca 1924 r.
BŁĄD ZA BŁĘDEM
Bramy wioski olimpijskiej zamknęły się dla polskich piłkarzy krótko po przyjeździe do Paryża. Bagaże trzeba było spakować już po pierwszym meczu turnieju, wysoko przegranym z reprezentacją Węgier.Bramy wioski olimpijskiej zamknęły się dla polskich piłkarzy krótko po przyjeździe do Paryża. Bagaże trzeba było spakować już po pierwszym meczu turnieju, wysoko przegranym z reprezentacją Węgier.
FOT. EAST NEWS

Bramy wioski olimpijskiej zamknęły się dla polskich piłkarzy krótko po przyjeździe do Paryża. Bagaże trzeba było spakować już po pierwszym meczu turnieju, wysoko przegranym z reprezentacją Węgier.

Wynik był smutny, ale paryski występ w polskiej prasie komentowano dość spokojnie. Drużynie wypominano oczywiście braki kondycyjne, a trenerom błędy w przygotowaniach i przyjętej taktyce, ale dostrzegano też pozytywne aspekty ich olimpijskiego debiutu.

Polacy w pierwszej połowie gry zaprezentowali się bardzo dodatnio, stracili dużo, gdy przyszło zmęczenie. Co do doświadczenia i inteligentnej gry można ich z Węgrami postawić na równi. Tak samo metodą nie różnią się wcale. Polacy posługiwali się więcej skrzydłami. Tyły mało odważne. Naogół trzymali się dzielnie i za to należy im się uznanie. W drużynie polskiej zawiedli specjalnie Reymann i Szperling, Kałuża to lew bez zębów, ma raz po raz ładne chwile ale bezskuteczne; najlepszy był Kuchar, który grał na prawem skrzydle. Wiśniewski bronił kilka bardzo ostrych strzałów. Co przepuścił, nie mógł trzymać. Spojda średni.
Fragment relacji „Sportu Ilustrowanego” z 5 czerwca 1924 r.
KAŁUŻA: LEW BEZ ZĘBÓW

Węgrzy, typowani przed turniejem na jednego z głównych kandydatów do medalu, w następnym spotkaniu zupełnie zawiedli, niespodziewanie przegrywając z Egipcjanami 0:3. Furorę na igrzyskach zrobili za to Szwedzi, którzy nieoczekiwanie sięgnęli po brąz. Polacy na kolejny olimpijski występ musieli za to czekać długie dwanaście lat. Warto było, bo w Berlinie biało-czerwoni osiągnęli pierwszy wielki sukces, zajmując czwarte miejsce.