Henryk ReymanHenryk Reyman
KronikiOficer na boisku
Oficer na boisku
Autor: Krzysztof Jaśniok
Data dodania: 28.07.2021
FOT. NARODOWE ARCHIWUM CYFROWEFOT. NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE

Piłkarski język pełen jest militarnej frazeologii. Snajper, flanka, starcie, strzał, kontratak – można wymieniać bez końca. W jego wypadku w tych słowach nie było cienia przesady, bo kopaniu szmacianej kuli oddawał się z taką samą pasją, jak służbie, którą pełnił na co dzień. 28 lipca 1897 roku urodził się Henryk Reyman – legenda krakowskiej Wisły, olimpijczyk, świetny piłkarz i trener, lecz przede wszystkim żołnierz, bohater, obrońca ojczyzny w chwilach największej próby.

Był oficerem z krwi i kości, o czym nieraz przekonali się jego boiskowi rywale. Nie tylko wtedy, gdy widzieli, z jakim poświęceniem walczy o piłkę, ale zwłaszcza wówczas, gdy zdarzały się sytuacje sporne i w grę wchodził oficerski honor. W sierpniu 1931 roku, gdy w Krakowie jego Wisła biła się o ligowe punkty z Pogonią Lwów, w końcówce meczu – przy remisie 2:2 – Reyman strzelił pięknego gola, jak się wszystkim zdawało głową. No, prawie wszystkim, bo chwilę potem obrońca gości Władysław Olearczyk podszedł do swojego kapitana Wacława Kuchara i zabałakał.

– Ta, Wacuś! Ta łon ręką bramkę strzelił!

Drużyna Pogoni otoczyła sędziego, domagając się zmiany decyzji o uznaniu gola. Arbiter najpierw nie chciał o tym słyszeć, ale widząc, że lwowiacy nie ustąpią, przecisnął się przez wianuszek protestujących i ruszył w stronę napastnika Wisły.

­– Panie Reyman, ja bramkę odgwizdałem, ale niech pan da słowo, że zdobył ją głową – takie postawił ultimatum.

Wiślacy stanęli za swoim kolegą murem, licząc, że jakoś się wyłga. Pomocnik Białej Gwiazdy Józef Kotlarczyk porozumiewawczo szarpał go za rękę. Po chwili milczenia Reyman wreszcie przemówił.

– Nie dam, panie sędzio, nie będę kłamać. Zdobyłem bramkę ręką.

– Dziękuję panu, a więc zmieniam decyzję na rzut wolny z linii autowej dla Pogoni – rzekł arbiter, a krótko potem zakończył mecz.

Zamiast zwycięstwa wiślacy musieli więc zadowolić się remisem, a pikanterii tej historii dodaje fakt, że na koniec sezonu zabrakło im tylko punktu do mistrzostwa, które zdobyła Garbarnia Kraków. Dla Reymana były jednak sprawy ważniejsze niż splendor i tytuły. W tamtej sytuacji nie mógł zachować się inaczej.

Henryk ReymanHenryk Reyman
FOT. NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE

Marszałek Józef Piłsudski w otoczeniu zawodników Pogoni Lwów i Wisły Kraków w przerwie meczu obu drużyn, który odbył się w Krakowie w listopadzie 1924 roku. Henryk Reyman stoi pierwszy z lewej. Wizycie marszałka towarzyszy ciekawa anegdota, bo podobno bardziej niż gra obu drużyn interesowały go czerwone chorągwie z białą gwiazdą powiewające na trybunach. W pewnej chwili mocno wzburzony zapytał jednego z działaczy: „Cóż to za bolszewickie flagi?!”. Gdy usłyszał, że są to stare barwy klubu, pochodzące jeszcze sprzed wojny, mocno się uśmiał, podkręcając wąsa.

NA MURAWIE I W OKOPACH

 

Urodził się w 1897 roku w Krakowie jako Henryk Tomasz Reymann w rodzinie urzędnika pocztowego. Ojciec był dobrze sytuowany i zadbał o solidną edukację syna: posłał go do prestiżowego gimnazjum im. Sobieskiego, od początku też wspierał jego sportową pasję. Mały Henio napierw kopał piłkę na Błoniach, gdzie poznał swojego późniejszego kolegę z reprezentacji Józefa Kałużę. Gdy miał 14 lat, za namową kuzynów zapisał się do juniorów Wisły. O rok starszy Józek wybrał Cracovię.

Niestety, nauką i futbolem długo się nie cieszył, bo wybuchła wojna i został wcielony do armii austriackiej. Trafił na front włoski, gdzie został dwukrotnie ranny. Szczęśliwie szybko wrócił – najpierw do kraju, potem do zdrowia, a w uznaniu odwagi dostał od zaborców awans na podporucznika. Rok później pierwsza światowa się skończyła i Rzeczpospolita po 123 latach niewoli odzyskała niepodległość. Reyman wstąpił do Wojska Polskiego, a jednocześnie zaangażował się w odbudowę ukochanego klubu. To dzięki niemu wiślacy zagrali pierwszy po wojnie mecz. Zorganizował zbiórkę na sprzęt i koszty transportu do Lwowa, gdzie czekali na nich piłkarze Pogoni. Sklecona naprędce drużyna z Krakowa wygrała 3:0.

Wkrótce potem znów musiał zapomnieć o futbolu, bo wybuchł kolejny konflikt zbrojny. W 1919 roku, już jako porucznik, został skierowany do Galicji Wschodniej, gdzie walczył z Ukraińską Armią Halicką o Lwów, Przemyśl i Wołyń. Z jednego frontu był rzucany na drugi, bo jednocześnie zaczęła się wojna polsko-bolszewicka. W okopach spędził prawie dwa lata. Cudem przeżył, tym razem nie został nawet poważnie ranny. W rodzinne strony wrócił w 1922 roku, gdzie znów mógł się oddać swojej największej pasji – piłce.

Henryk ReymanHenryk Reyman
FOT. NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE

Henryk Reyman (stoi piąty z prawej) jako kapitan reprezentacji Polski na zdjęciu wykonanym przed meczem z Turcją w czerwcu 1924 roku. Biało-czerwoni wygrali 2:0, a on wówczas strzelił swojego pierwszego gola w koszulce z orłem na piersi.

Z WĘGRAMI NIE PO DRODZE

 

Nie było to jednak proste, bo awansował na dowódcę kompanii. Obowiązków przybywało, służba ojczyźnie zawsze była na pierwszym miejscu, więc czasem musiał stawać na głowie, by zdążyć na mecz. Anegdota głosi, że pewnego dnia – kiedy jego koledzy wiązali już sznurówki przed wyjściem na murawę – on wiązał właśnie konia w stajni po skończonych manewrach. Pobiegł piorunem z jednostki dwa kilometry na stadion, zrzucił mundur, włożył strój sportowy i – powitany huraganem braw przez kibiców – jak gdyby nigdy nic włączył się do gry w 20. minucie spotkania. Było to możliwe, bo koledzy – wiedząc, jak wielką wartość stanowi dla drużyny – zaczęli mecz w dziesiątkę. I jeszcze strzelił dwa gole!

Na szczęście nie musiał dokonywać takich cudów, aby zagrać w reprezentacji. Zadebiutował w niej meczem z Węgrami (to był drugi w historii występ biało-czerwonych) w maju 1922 roku w swoim ukochanym Krakowie, ale na stadionie Cracovii. Polacy przegrali 0:3, a jemu najbardziej dostało się po uszach.

Silny i rosły i osobiście zapewne nie tchórz, przecież długoletni oficer w pierwszej linii bojowej, nigdy nie użył swych walorów cielesnych, nie atakował ciałem Węgrów... Technicznie dobry, poza tem jednak jeszcze bez biegu i startu, w rzutach pechowiec, był najsłabszym naszym napastnikiem.

„Sport Lwowski”; 15 maja 1922 r.
W RZUTACH PECHOWIEC

To dziwne, ale on – oficer armii austro-węgierskiej – właśnie w meczach z Madziarami wypadał najgorzej. Tak było w roku 1924, gdy biało-czerwoni zadebiutowali na pierwszym wielkim turnieju – igrzyskach w Paryżu. Dostali wtedy srogie lanie (0:5), ale po meczu w ogniu krytyki znaleźli się nie słabo grający obrońcy, tylko wyjątkowo nieskuteczni piłkarze formacji napadu. Krytykowali ich nawet koledzy z zespołu.

Co robili nasi napastnicy? Gdyby nasz atak wykorzystał bodaj połowę dogodnych sytuacji, rezultat tego meczu byłby dla nas znacznie korzystniejszy. Mogliśmy strzelić co najmniej dwie bramki, ale ani Kałuża, ani Reyman nie potrafili skierować do siatki węgierskiej piłek, które wypracował im walczący na prawym skrzydle Wacek Kuchar.

Zdzisław Styczeń, wypowiedź pochodzi z książki „Wielki finał”; praca zbiorowa; Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1974
GDYBY CHOCIAŻ POŁOWĘ…

Ostatecznie w reprezentacji zagrał tylko dziewięć razy, strzelając pięć bramek. Znacznie większą sławę przyniosły mu występy w barwach Białej Gwiazdy.

Henryk ReymanHenryk Reyman
FOT. NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE

Losowanie stron przed jedną z już dwustu świętych wojen. Po prawej Henryk Reyman, po lewej kapitan Cracovii Aleksander Mysiak.

OD 1:5 DO REMISU

 

Opinię wyjątkowego twardziela przyniósł mu derbowy mecz z Cracovią w 1925 roku. Zagrał w nim, choć ledwie dzień wcześniej zdjęto mu z nogi gips, założony na złamaną nogę. Wciąż lekko utykał, ale nie zszedł z boiska, mimo że jego zespół przegrywał już 1:5 – nie chciał osłabić drużyny, a wówczas nie było zmian. Podczas przerwy, gdy koledzy namawiali go, by jednak dał sobie spokój, tak im odpowiedział…

Kto z was nie czuje się na siłach, aby w drugiej połowie meczu wydać z siebie wszystkie siły dla zmazania hańby, jaka w tej chwili wisi nad nami – to niech lepiej nie wychodzi na boisko. Nikt nie wymaga od was samych zwycięstw. Czasem i przegrać przychodzi. Ale każdy ma prawo żądać od was ambitnej i nieustępliwej walki. Nie dopuśćcie do tego, aby ludzie uznali was za niegodnych... podania ręki.

Henryk Reyman, cytat pochodzi z książki Pawła Pierzchały „Z Białą Gwiazdą w sercu. Wiślacka legenda: Henryk Reyman 1897-1963”, Wydawnictwo TS Wisła, Kraków 2006
DLA ZMAZANIA HAŃBY

Przemowa tak podziałała na zespół, że po przerwie Biała Gwiazda… doprowadziła do remisu. Co więcej, kuternoga Reyman sam trzy razy wbił piłkę do siatki!

W 1925 roku został po raz pierwszy królem ligowych strzelców. Dwa lata później powtórzył ten sukces, osiągając niepobity do dziś rekord 37 goli w sezonie. Zdobył też pierwszy w karierze tytuł mistrza Polski. Wszyscy zachwycali się siłą, z jaką potrafił kopnąć piłkę. Czasami zresztą niechcący nokautował takimi uderzeniami rywali. W sparingowym meczu z Fulgerulem Bukareszt kropnął z woleja tak mocno, że rumuński bramkarz trafiony w głowę wpadł z piłką do bramki i na kilka minut stracił przytomność.

Piłkarską karierę skończył, gdy miał 36 lat, choć wcale tego nie planował. Stało się tak dlatego, że w 1933 roku weszły w życie przepisy zabraniające oficerom w służbie czynnej gry w piłkę w klubach. Musiał wybierać. Czuł, co się święci, wiedział, że w wojsku będzie jeszcze potrzebny, więc zawiesił buty na kołku.

Henryk ReymanHenryk Reyman
FOT. NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE

Nie mogąc grać w piłkę w ukochanej Wiśle, Reyman wrócił do sportu, który z zapamiętaniem uprawiał w młodości. A tenisistą był również wyśmienitym. W 1933 roku na kortach warszawskiej Legii zdobył nawet wicemistrzostwo Armii Polskiej w deblu. Na zdjęciu drugi od lewej.

NA CENZUROWANYM

 

Wybuch drugiej wojny światowej zastał go w Kutnie, gdzie dowodził I batalionem 37 pułku piechoty. 20 września został ranny w bitwie pod Bzurą. Dostał się do niewoli niemieckiej, ale udało mu się uciec i do końca okupacji się ukrywał – najpierw w Krakowie u benedyktynek, a potem w majątku Tarnowskich w Dzikowie.

Gdy skończyła się wojenna zawierucha, natychmiast zaangażował się w odbudowę ukochanego klubu i struktur PZPN. Do 1947 roku pełnił funkcję kapitana związkowego, czyli – przekładając to na język współczesny – selekcjonera reprezentacji. Na pierwszy po wojnie mecz biało-czerwonych do Oslo jednak nie poleciał. Już na lotnisku podeszło do niego dwóch smutnych panów ze służb i ogłosiło, że ma zakaz opuszczania kraju. Wkrótce stracił stanowisko. Komuniści zorientowali się, że Reyman w młodości brał udział w walce z bolszewikami. Tego nie mogli mu darować.

Materiał o meczu

Do pracy z kadrą wrócił jednak na fali tak zwanej odwilży, gdy w 1956 roku władzę w kraju przejął Władysław Gomułka. Przewrotny los sprawił, że to właśnie on poprowadził naszą reprezentację do największego sukcesu polskiej piłki w latach 50. – pamiętnego zwycięstwa nad ZSRR 2:1 w Chorzowie w eliminacjach mistrzostw świata. Przed meczem zasunął drużynie podobną przemowę, jak ta, którą wygłosił w 1925 roku w przerwie spotkania z Cracovią. Tym razem jednak motywem przewodnim były jego dokonania podczas wojny polsko-bolszewickiej. Odniósł sukces, ale znów znalazł się na cenzurowanym. Nie został może – jak Ernest Wilimowski – wymazany z kronik, ale władza ludowa robiła wiele, aby o nim nie mówiono. W słynnej antologii Józefa Hałysa „Polska Piłka Nożna”, w której po raz pierwszy obszernie opisano dzieje futbolu nad Wisłą, poświęcono mu krótki ustęp.

Niezwykle popularny nie tylko w Krakowie, ale w całym kraju, znakomity „bombardier” lat dwudziestych, świetny egzekutor rzutów karnych i wolnych, rywalizował skutecznie z Kałużą i Kucharem o miano najlepszego środkowego napastnika w Polsce. Obrał zawód wojskowego, zdobywając szlify kapitana dyplomowanego, później majora i pułkownika. Pracując w odległych od Krakowa miastach, pozostał wierny barwom Wisły, a na jej mecze przyjeżdżał z najdalszych zakątków Polski.

Józef Hałys „Polska Piłka Nożna”; Krajowa Agencja Wydawnicza, Kraków 1986
WIERNY BIAŁEJ GWIEŹDZIE

To akurat prawda. Białej Gwieździe pozostał wierny do końca. Po koniec życia został nawet honorowym prezesem klubu. Zmarł w 1963 roku w Krakowie, w wieku 66 lat. Został pochowany na Cmentarzu Rakowickim. Od 2008 roku stadion Wisły nosi właśnie jego imię.