Ryszard TarasiewiczRyszard Tarasiewicz
Kroniki27 kwietnia 1962
27 kwietnia 1962
Autor: Krzysztof Jaśniok
Data dodania: 27.04.2020
FOT. EAST NEWSFOT. EAST NEWS

Urodził się na wiosnę, jednak był specjalistą raczej od jesiennych klimatów. Jego popisowy numer nazywano „spadającym liściem dębu – tak uderzał piłkę z dystansu, by bramkarzom zdawało się, że na pewno przeleci nad poprzeczką, ale zwykle spadała za kołnierz. Chcąc nie chcąc, kojarzy się też z jesienią polskiego futbolu, bo to jego pokolenie symbolicznie zamknęło trwający od początku lat 70. okres prosperity. 27 kwietnia urodziny obchodził Ryszard Tarasiewicz. Już pięćdziesiąte ósme.

Przygoda „Tarasia” z reprezentacją zaczęła się dość niefortunnie. Pierwsze powołanie dostał już w grudniu 1983 roku, ale na styczniowy turniej o Puchar Nehru nie poleciał, bo nie zgodził się na to… klubowy trener. Śląsk Wrocław miał za sobą serię porażek, Stanisława Olearnika zastąpił Aleksander Papiewski i nowy szkoleniowiec chciał zimą solidnie przygotować drużynę do rundy rewanżowej. Gdy dowiedział się, że będzie to musiał zrobić bez trzech najlepszych piłkarzy (na liście byli też Waldemar Prusik i Kazimierz Przybyś), poruszył niebo i ziemię, by zatrzymać ich w kraju.

Skończyło się na tym, że w dniu wylotu do Indii wspomniana trójka stawiła się nie na lotnisku, ale w szatni, odziana nie w dresy, ale…w mundury. Śląsk był klubem wojskowym, a zawodnicy formalnie mieli status żołnierzy służby zasadniczej. Działacze powołali się więc na napiętą sytuację polityczną (ledwie kilka miesięcy wcześniej zniesiono stan wojenny) i przekonali najwyższe czynniki, że szeregowiec Tarasiewicz wraz z kolegami musi pozostać na miejscu, by bronić ludowej ojczyzny. I tak się stało. Na reprezentacyjny debiut musiał więc jeszcze poczekać.

Tym razem nie w kamaszach i mundurze, ale w korkach i piłkarskim stroju. 20-letni Ryszard Tarasiewicz podczas ligowego meczu wrocławskiego Śląska z Widzewem w Łodzi (1:2). Pierwszy z prawej Włodzimierz Smolarek, w środku Ryszard Sobiesiak.Tym razem nie w kamaszach i mundurze, ale w korkach i piłkarskim stroju. 20-letni Ryszard Tarasiewicz podczas ligowego meczu wrocławskiego Śląska z Widzewem w Łodzi (1:2). Pierwszy z prawej Włodzimierz Smolarek, w środku Ryszard Sobiesiak.
FOT. EAST NEWS

Tym razem nie w kamaszach i mundurze, ale w korkach i piłkarskim stroju. 20-letni Ryszard Tarasiewicz podczas ligowego meczu wrocławskiego Śląska z Widzewem w Łodzi (1:2). Pierwszy z prawej Włodzimierz Smolarek, w środku Ryszard Sobiesiak.

TRZY MECZE Z ŁAWKI

 

Antoni Piechniczek poczuł się zlekceważony i przez ponad pół roku nie powołał do kadry żadnego piłkarza z Wrocławia. Złość minęła mu dopiero latem 1984 roku. Tarasiewicz dostał szansę w towarzyskim meczu z Norwegią (1:1) i od razu pokazał, że fachowiec z niego pierwszej klasy – strzelił kapitalnego gola z rzutu wolnego. Mimo to selekcjoner widział go raczej w roli rezerwowego niż jednego z filarów drużyny. W eliminacjach mistrzostw świata w Meksyku zagrał tylko – i to nie w pełnym wymiarze czasowym – w wyjazdowych spotkaniach z Grecją (4:1) i Albanią (1:0).

Na mundial jednak pojechał, choć pierwsze trzy mecze obejrzał z perspektywy ławki rezerwowych. Gdy w 1/8 finału na drodze biało-czerwonych stanęła wielka Brazylia, nieoczekiwanie wyszedł w pierwszym składzie. I wówczas popisał się kapitalnym uderzeniem, po którym mogliśmy sensacyjnie objąć prowadzenie.

Słupek po strzale R. Tarasiewicza!
AWANTURA O KOLCZYK

 

Z kolejnym szkoleniowcem reprezentacji też miał pod górkę. Wprawdzie Wojciech Łazarek na zawodnikach Śląska oparł szkielet drużyny, a „Taraś” strzelił gola już w jego selekcjonerskim debiucie z Koreą Północną (2:2), ale wkrótce między dwójką dżentelmenów doszło do ostrego konfliktu. Stało się tak, gdy piłkarz stawił się na zgrupowaniu przed pamiętnym meczem z Cyprem (0:0) w eliminacjach Euro 1988 z kolczykiem w uchu i włosami spiętymi w kitkę. Historię nagłośnił redaktor Janusz Atlas, który wprawdzie zanonimizował jej bohatera, ale zapomniał, że w kadrze był wówczas tylko jeden zawodnik o nazwisku na literę T.

Najbardziej zgorszył trenera piłkarz T., który przyjechał uczesany w koński ogon i z uszami obwieszonymi biżuterią. Łazarek jest pewny, że prowadzi zespół złożony z samych mężczyzn, i to stuprocentowych, więc nakazał się zawodnikowi T. rozcharakteryzować, a póki co wyłączył go z treningów. T. w kadrze pozostał, ale na boisku zagra dopiero wówczas, kiedy udowodni ponad wszelką wątpliwość, że bardziej interesuje go męska gra niż dziewczyńskie fatałaszki.
Fragment relacji Janusza Atlasa dla Polskiej Agencji Interpress; 13 kwietnia 1987 r.
PROSZĘ SIĘ ROZCHARAKTERYZOWAĆ

Tarasiewicz poczuł się urażony tym tekstem i wytoczył Atlasowi proces, który wygrał. Dziennikarz musiał przeprosić i zapłacić grzywnę. A Łazarkowi wzburzenie szybko przeszło. Z trudem, ale jakoś zaakceptował nowy image piłkarza i znów zaczął wystawiać go do składu. Nie miał wyjścia, bo kto inny potrafił zdobywać tak piękne bramki jak ta z meczu z Węgrami (3:2)?

2:1 Gol R. Tarasiewicza
SKOCZEK ROZGRYWAJĄCY

 

Pomocnik Śląska już za młodu uchodził za jednego z najbardziej inteligentnych polskich piłkarzy. Świetny taktycznie, przewidujący, posyłający piłki wprost z chirurgiczną precyzją zawodnik idealnie nadawał się na reżysera gry. I taką rolę pełnił w drużynie. Poza futbolem miał jeszcze jedną pasję – szachy. Po treningach spędzał długie godziny, ćwicząc logiczne myślenie z ówczesnym trenerem wrocławskiej ekipy Henrykiem Apostelem. Po latach znalazł wiele analogii między swoimi dwiema ulubionymi dyscyplinami sportu.

Królem w futbolu zawsze był ten, kto ma najwięcej pieniędzy. Czyli ten Abramowicz z Chelsea chyba. A kto jest w takim razie królową? Pewnie sekretarka Abramowicza! Wieże to solidni obrońcy. Skoczek to rozgrywający, a gońce są jak skrzydłowi, bo krążą po utartych liniach. A pionki? To jesteśmy my. Polscy piłkarze i trenerzy. Taka jest nasza siła w świecie.
Fragment wywiadu przeprowadzonego przez Pawła Zarzecznego; „Polska The Times”; 22 grudnia 2008 r.
PIŁKARSKIE SZACHY

Tarasiewicz nie chciał być jednak ani pionkiem, ani gońcem. Pod koniec lat 80. wyjechał z Polski, by spróbować sił w prawdziwie zawodowej piłce. Trafił do Neuchâtel Xamax, a tamtejszych działaczy przekonała do transferu kapitalna bramka, jaką zdobył w meczu eliminacji mundialu 1990 ze Szwecją (1:2).

1:1 Gol R. Tarasiewicza z rzutu wolnego
PRZEKLĘTE WIĘZADŁA

 

W Szwajcarii grał krótko, bo już rok później przeniósł się do francuskiego Nancy. W drużynie beniaminka Ligue 1 zrobił prawdziwą furorę, szybko stając się liderem i jednym z najlepszych strzelców ekipy (15 bramek w dwóch sezonach). Stawiał na niego też Andrzej Strejlau, który zastąpił Wojciecha Łazarka na stanowisku selekcjonera. Tarasiewicz obok Jana Urbana i Dariusza Dziekanowskiego miał był motorem napędowym kadry w drodze na Euro 1992.

„Taraś” zagrał w pięciu z sześciu spotkań – zabrakło go tylko w kończącym eliminacje starciu z Anglią (1:1). Trafił do siatki tylko raz, w wygranym 3:0 meczu z Turcją. I to był jego ostatni gol w biało-czerwonych barwach.

1:0 R. Tarasiewicz z rzutu wolnego

Niestety, awansu nie udało się zdobyć, a po przegranej kampanii Tarasiewicz kolejnego powołania do kadry już nie dostał. Duży wpływ na to miały problemy zdrowotne, które zaczęły się po transferze z Nancy do Lens – odnowiła mu się wówczas kontuzja więzadeł krzyżowych i prawie przez dwa lata nie grał w piłkę.

Za linią boczną równie żywiołowy jak na boisku. Ryszard Tarasiewicz gładko przeszedł z roli piłkarza do zawodu trenera i w 2009 roku świętował pierwszy sukces, zdobywając Puchar Ligi ze Śląskiem Wrocław. Potem jeszcze wywalczył awans do ekstraklasy i sięgnął po Puchar Polski (2013/14) z Zawiszą Bydgoszcz.Za linią boczną równie żywiołowy jak na boisku. Ryszard Tarasiewicz gładko przeszedł z roli piłkarza do zawodu trenera i w 2009 roku świętował pierwszy sukces, zdobywając Puchar Ligi ze Śląskiem Wrocław. Potem jeszcze wywalczył awans do ekstraklasy i sięgnął po Puchar Polski (2013/14) z Zawiszą Bydgoszcz.
FOT. EAST NEWS

Za linią boczną równie żywiołowy jak na boisku. Ryszard Tarasiewicz gładko przeszedł z roli piłkarza do zawodu trenera i w 2009 roku świętował pierwszy sukces, zdobywając Puchar Ligi ze Śląskiem Wrocław. Potem jeszcze wywalczył awans do ekstraklasy i sięgnął po Puchar Polski (2013/14) z Zawiszą Bydgoszcz.

Po tej historii nie wrócił już do najwyższej formy. W Lens nie zdołał zadebiutować, grał jeszcze we francuskim Besançon i szwajcarskim Étoile Carouge, a karierę zakończył w wieku 35 lat w norweskim Sarpsborgu. Od 2004 roku próbował sił jako szkoleniowiec, najpierw w Śląsku Wrocław, potem m.in. w Jagiellonii Białystok, Koronie Kielce, a ostatnio GKS-ie Tychy. W 2014 roku zdobył z Zawiszą Bydgoszcz pierwszy w historii klubu Puchar Polski. Takich sukcesów życzymy mu w kolejnych latach pracy w roli trenera. I oby nie kojarzył się już z jesienią. W końcu najważniejsze rzeczy w piłce zawsze dzieją się późną wiosną!