polska - zsrr 20.10.1957polska - zsrr 20.10.1957
KronikiMały łącznik kontra Wielki Brat
Mały łącznik kontra Wielki Brat
Autor: Rafał Byrski
Data dodania: 28.04.2021
FOT. PAPFOT. PAP

ZSRR – cztery litery, cztery kłamstwa. Tak o Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich powiedział Aleksander Sołżenicyn. Pod słowami rosyjskiego pisarza i dysydenta podpisałoby się wielu Polaków. Przez ponad czterdzieści powojennych lat nasz kraj był w żelaznym uścisku Wielkiego Brata. Czasem uścisk był silniejszy, a czasem trochę słabszy. Ale był. Na szczęście sport ma to do siebie, że słabszy i mniejszy może pokonać większego i silniejszego. Tak właśnie było 20 października 1957 roku. Zwycięstwo biało-czerwonych nad faworyzowaną drużyną Związku Radzieckiego 2:1 przeszło do legendy. Do legendy przeszedł także główny bohater wielkiej chorzowskiej victorii – mały łącznik z Chorzowa Gerard Cieślik.

To był dopiero pierwszy po wojnie mecz w eliminacjach mistrzostw świata rozgrywany w naszym kraju. Ale nie tylko dlatego był wyjątkowy. A może w ogóle nie dlatego. Po niedawnych czasach stalinowskiego terroru polityczna „odwilż” dotarła także do Polski. Katowice nie były już Stalinogrodem, więźniowie polityczni zaczęli wychodzić na wolność, cenzura stępiła ostrze, a ludzie mogli wreszcie swobodniej oddychać. Jedno się w tym wszystkim nie zmieniło: powszechna niechęć do Wielkiego Brata ze Wschodu.

Ale „wielka czerwona drużyna”, jak mówiono o piłkarzach ZSRR, należała wtedy do czołówki europejskiego futbolu. W 1955 roku Sborna pokonała ówczesnych mistrzów świata RFN (3:2), a na rozpoczęcie eliminacji szwedzkiego mundialu zdeklasowała Finlandię 10:0! Z Polakami w Moskwie także poradziła sobie bez większych problemów. O kulisach porażki opowiadał po latach uczestnik tamtego meczu Edmund Zientara.

edmund zientara

Przyjmowali nas niezwykle gościnnie. Najpierw męczyli nas, obwożąc po zakładach pracy i organizując spotkania z pionierami. Potem do ogromnych szatni wstawiali stoły zastawione jedzeniem, jakiego w Polsce nie było. Od mięs po owoce południowe, wino i wodę mineralną z Bordżomi. Kto miał słabą wolę, ten nie mógł się oprzeć pokusie, a potem ledwo się ruszał. Tak działo się też w roku 1957 na Łużnikach. To był pierwszy mecz eliminacyjny mistrzostw świata. Przegraliśmy 0:3.

Wypowiedź Edmunda Zientary z książki Stefana Szczepłka „Mecze polskich spraw”, Wydawnictwo SQN, Kraków 2021

Nic dziwnego, że do Chorzowa Sowieci przyjechali jak po swoje. A była to drużyna gwiazd. W bramce słynny Lew Jaszyn, zwany „Czarną Panterą”, w środku pola błyskotliwy Igor Netto. No i jeszcze skuteczni napastnicy Walentin Iwanow, Eduard Strelcow czy późniejszy selekcjoner Nikita Simonjan.

A Polacy? Na początku był chaos. Kilka tygodni przed meczem PZPN dokonał zmian w trenerskim sztabie. Edward Cebula, Tadeusz Foryś i Henryk Reyman zastąpili Ryszarda Koncewicza i Józefa Ziemiana. W pierwszym dniu zgrupowania do Katowic przyjechało zaledwie pięciu piłkarzy! Pozostali byli jeszcze w rozjazdach ze swoimi klubami. A późniejszy bohater meczu o swoim powołaniu do kadry dowiedział się z… radia. W czasie kolacji.

Gerard Cieślik miał wtedy 30 lat i nie było go w reprezentacji od roku. Jego nominacja miała tyle samo zwolenników, co przeciwników. Ale mały łącznik chorzowskiego Ruchu oponentom i sceptykom odpowiedział najlepiej jak mógł. Na boisku.

Mecz na Śląskim chciało obejrzeć 428 tysięcy kibiców. Tyle było zamówień na bilety. Ostatecznie „Mazurka Dąbrowskiego” mogło odśpiewać na trybunach 100 tysięcy ludzi.

A później wszystko rozegrało się jak w słynnym westernie „W samo południe”. Dobry szeryf (Cieślik) kontra czarne charaktery ubrane dla niepoznaki w czerwone koszulki. Ba, nawet godzina się zgadzała – mecz rozpoczął się o 12.

Świadkiem tego wszystkiego był między innymi Andrzej Gowarzewski. Znany dziennikarz i kronikarz polskiego futbolu miał wtedy dwanaście lat. Z wypiekami na twarzy oglądał z trybun Śląskiego koncertową grę Polaków. Tak zapamiętał dwa najważniejsze wydarzenia tego październikowego popołudnia.

1:0 Gol G. Cieślika
andrzej gowarzewski

Pierwszą bramkę przyniosła akcja zainicjowana przez Gawlika po prawej stronie. Zabrzanin podał piłkę do Brychczego, który mimo asysty Netty zdołał ją podać dalej na prawo do Kempnego – w biegu nastąpiła centra, piłka trafiła na pole karne do Cieślika, a ten z kilkunastu metrów z zimną krwią posłał ją w prawy, a dla Jaszyna w lewy róg bramki, tuż nad ziemią.

Andrzej Gowarzewski „Encyklopedia Piłkarska Fuji – Biało-czerwoni 1947-1970”, Wydawnictwo GIA, Katowice 1995
2:0 Gol G. Cieślika, asysta L. Brychczego

Drugi gol padł pięć minut po przerwie, po popisowej wręcz akcji Cieślika z Brychczym – prostopadłe podanie Gerarda do „Kiciego”, który ściągnął do siebie Kuzniecowa, minął go z piłką, a potem w pełnym biegu mięciuteńko rzucił ją na pole karne. Do centry skoczył Maslenkin, ale sprytniejszy był nadbiegający Cieślik i z dystansu, z prawie dziesięciu metrów, głową uderzył piłkę. Tym razem w drugą stronę, w lewo, ale równie celnie i bez dania odrobiny szans Jaszynowi.

Andrzej Gowarzewski „Encyklopedia Piłkarska Fuji – Biało-czerwoni 1947-1970”, Wydawnictwo GIA, Katowice 1995

Goście odpowiedzieli tylko honorowym trafieniem Walentina Iwanowa. Tak, to nie sen! Polacy wygrali 2:1 z Wielkim Bratem ze Wschodu! Euforia w narodzie była wielka. Dzięki „odwilży” temu nastrojowi mogły poddać się także gazety. Koniec z propagandą, sztywniactwem i nowomową! Nawet centralny organ Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej zaczął mówić ludzkim głosem.

Koncert gry, piłka wędrowała od nogi do nogi, zawodnicy radzieccy są wyraźnie załamani. Polscy piłkarze ogrywają ich jak chcą.

Andrzej Lewandowski; „Trybuna Ludu”, 21 października 1957 r.

Bohaterów było więc jedenastu. A jednak, gdy analizujemy postawę polskich piłkarzy, nie sposób nie wymienić na pierwszym miejscu jubilata, Gerarda Cieślika. Przewodniczący Sekcji Piłki Nożnej w radzieckim KKF, Antipenok, nazwał co prawda Ślązaka weteranem, ale w świecie piłkarskim 30-letni zawodnik nie jest bynajmniej wyjątkiem. U nas rzeczywiście mówi się o Cieśliku jak o piłkarzu, który „kończy się”. Gerard ostatnio miał różne okresy; były mecze, w których wyróżniał się jako najlepszy piłkarz Ruchu, ale raczej częściej w recenzjach prasowych pisano „to już nie ten Cieślik, co dawniej”. I oto w obliczu możliwości zagrania jubileuszowego 40. meczu w barwach biało-czerwonych Cieślik potrafił wyznaczyć sobie surowy reżim treningowy, umiał się zdobyć na doprowadzenie swojej formy do najwyższego punktu właśnie w niedzielę na Stadionie Śląskim.

 

Jerzy Jabrzemski „A jednak… Polska – ZSRR 2:1! Wielka gra”; „Sportowiec” 23 października 1957 r.

Ta historia nie ma niestety szczęśliwego finału. Na mundial do Szwecji pojechali piłkarze ze Związku Radzieckiego. Zadecydowała o tym nasza porażka 0:2 w meczu barażowym. Polacy chcieli grać w Austrii lub Jugosławii, ale Wielki Brat wciąż miał „argumenty nie do odrzucenia”. Zagrano w Lipsku, gdzie stacjonowały wówczas radzieckie wojska. Nic dziwnego, że piłkarze Sbornej, dopingowani z trybun przez sołdatów Armii Czerwonej, czuli się jak na Łużnikach. Tym razem Cieślik nie dał rady Wielkiemu Bratu, a rok później zakończył reprezentacyjną karierę.

Ale w 1976 roku łącznik Ruchu znalazł… naśladowcę. W katowickim Spodku odbywały się hokejowe mistrzostwa świata, a w pierwszym meczu Polacy sensacyjnie pokonali ZSRR 6:4. Bohaterem został bramkarz Andrzej Tkacz. On, podobnie jak przed laty Cieślik, zyskał miano człowieka, który upokorzył Wielkiego Brata ze Wschodu.