Ryszard Koncewicz i jego charakterystyczny atrybut, czyli fajka. Urodzony we Lwowie trener nie osiągnął z reprezentacją wielkich sukcesów, ale stworzył fundamenty pod budowę drużyny, z którą później po medale sięgał Kazimierz Górski.Ryszard Koncewicz i jego charakterystyczny atrybut, czyli fajka. Urodzony we Lwowie trener nie osiągnął z reprezentacją wielkich sukcesów, ale stworzył fundamenty pod budowę drużyny, z którą później po medale sięgał Kazimierz Górski.
KronikiCzłowiek z fajką
Człowiek z fajką
Autor: Krzysztof Jaśniok
Data dodania: 09.04.2020
FOT. EAST NEWSFOT. EAST NEWS

Nie ma domu bez fundamentów i nie ma drzewa bez silnych korzeni. A wielkich sukcesów, jakie nasz futbol świętował w latach 70. i 80. XX wieku, nie byłoby bez pewnego lwowiaka, którego przyjaciele zwali filuternie Fają. 12 kwietnia 1911 roku na świat przyszedł Ryszard Koncewicz. Człowiek, który wyszkolił całą plejadę najlepszych polskich piłkarzy i trenerów.

Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki. Wiadomo. Ale ten miał w sobie coś takiego, że na tle szarego i ponurego PRL był jak kolorowy ptak, przybysz z odległego świata, trochę cudak, a trochę geniusz. Z nieodłącznym bentem w ustach (to klasyczna angielska fajka – stąd zabawnie brzmiący przydomek trenera), fryzurą stylizowaną najpierw na przedwojennego filmowego amanta, potem zaczeską à la Jerzy Waldorff na staropolskiego szlachcica, w eleganckim garniturze z obowiązkową poszetką w brustaszy – malował się Koncewicz na tle ludzi polskiej piłki jako wyjątkowy oryginał. Ale nikt nie zaprzeczy, że przede wszystkim był to pierwszej klasy fachowiec.

Mistrz elegancji, bywalec salonów, wybitny teoretyk, ale i praktyk futbolu. Ryszard Koncewicz odcisnął na polskiej piłce swoje piętno, a z jego pomysłów korzystały kolejne pokolenia trenerów.Mistrz elegancji, bywalec salonów, wybitny teoretyk, ale i praktyk futbolu. Ryszard Koncewicz odcisnął na polskiej piłce swoje piętno, a z jego pomysłów korzystały kolejne pokolenia trenerów.
FOT. EAST NEWS

Mistrz elegancji, bywalec salonów, wybitny teoretyk, ale i praktyk futbolu. Ryszard Koncewicz odcisnął na polskiej piłce swoje piętno, a z jego pomysłów korzystały kolejne pokolenia trenerów.

PIŁKARZ W KAMASZACH

Urodził się w dzielnicy Łyczaków – niedaleko miejsca, które dziś nazywane jest Cmentarzem Orląt, a gdzie kilkanaście lat po jego przyjściu na świat zaczęto grzebać młodych polskich obrońców Lwowa. Jako dziecko był świadkiem krwawych walk, pogromów i nieszczęść. Władzę nad miastem najpierw próbowała zdobyć Ukraińska Armii Halicka, potem Armia Czerwona. Względny spokój zapanował dopiero w drugiej połowie lat 20. XX wieku.

Właśnie wtedy, jako szesnastolatek, zapisał się do sekcji piłkarskiej lwowskiej Lechii. Jako futbolista wielkiej kariery nie zrobił, choć udało mu się zadebiutować w ekstraklasie. Szybko więc poszedł w kamasze. Mimo mikrego wzrostu (mierzył około 162 cm) został przyjęty do 40 Pułku Piechoty Dzieci Lwowskich i jeszcze przed wybuchem wojny uzyskał stopień podporucznika.

We wrześniu 1939 roku został dowódcą plutonu i walczył w obronie Warszawy. Po kapitulacji trafił do niewoli i kolejne lata spędził w obozach jenieckich. W oflagu II C Woldenberg założył konspiracyjny klub KS Lwów, gdzie pierwszy raz w życiu wcielił się w rolę trenera. Po wojnie spadł na niego kolejny cios. Dowiedział się, że jego rodzina została deportowana w głąb ZSRR. Musiał wybierać, czy połączyć się z bliskimi, czy jednak pozostać w Polsce. Przyjaciele ze Lwowa, z których wielu już znalazło schronienie na Śląsku, namówili go, by został. Zamieszkał w Bytomiu.

Lwów, Górny Śląsk, Warszawa. W każdym z tych miejsc czuł się dobrze i wszędzie potrafił sobie zjednać przyjaciół. Największe sukcesy Ryszard Koncewicz świętował jednak z Legią, z którą sięgnął po mistrzostwo i Puchar Polski.Lwów, Górny Śląsk, Warszawa. W każdym z tych miejsc czuł się dobrze i wszędzie potrafił sobie zjednać przyjaciół. Największe sukcesy Ryszard Koncewicz świętował jednak z Legią, z którą sięgnął po mistrzostwo i Puchar Polski.
FOT. EAST NEWS

Lwów, Górny Śląsk, Warszawa. W każdym z tych miejsc czuł się dobrze i wszędzie potrafił sobie zjednać przyjaciół. Największe sukcesy Ryszard Koncewicz świętował jednak z Legią, z którą sięgnął po mistrzostwo i Puchar Polski.

SELEKCJONER JEDEN Z WIELU

Próbował wrócić do normalnego życia, kopiąc piłkę w barwach bytomskiej Polonii, ale dość szybko okazało się, że lepiej radzi sobie jako szkoleniowiec. Już w drugim roku pracy sięgnął z chorzowskim Ruchem (wówczas noszącym nazwę Unia) po tytuł najlepszej drużyny w kraju. Dzięki protekcji Wacława Kuchara, którego znał ze lwowskich czasów, zaczął też współpracę z reprezentacją – najpierw jako asystent, potem trener, wreszcie jako selekcjoner.

W tamtym okresie sprawy miały się inaczej niż dziś i kadrę narodową jednocześnie prowadziło nawet kilku szkoleniowców, więc rolę Koncewicza trudno jednoznacznie sprecyzować. Zwłaszcza że tę robotę łączył z pracą w klubach (najpierw Polonii Bytom, potem Legii Warszawa). Jedno jest pewne. Ze względu na wyjątkowo analityczny umysł, błyskotliwość i wielki dar przekonywania jego głos zawsze był bardzo uważnie słuchany. I co ciekawe, już w latach 50. formułował tezy, z którymi dziś pewnie zgodzi się większość trenerów prowadzących narodowe reprezentacje.

Ujemny wpływ na pracę selekcjonera wywierają nie najlepiej układające się stosunki na linii klub – reprezentacja. Mimo słownych deklaracji trenerów klubowych o uznaniu priorytetu reprezentacji, dla wielu z nich nadal bliższe są interesy własnego klubu. Trzeba też powiedzieć, że właściwą selekcję utrudnia wciąż nie najlepsza praca zawodników w zespołach klubowych. Zazwyczaj dobra drużyna daje z siebie tylko tyle, żeby wywalczyć jakiś sukces w lidze. Dla potrzeb reprezentacji jest to za mało.
Cytat pochodzi z książki Stefana Grzegorczyka, Jerzego Lechowskiego i Mieczysława Szymkowiaka „Piłka nożna”; Młodzieżowa Agencja Wydawnicza; Warszawa 1981
KONCEWICZ O RELACJACH REPREZENTACJA – KLUB
PYRRUSOWE ZWYCIĘSTWA

Po mistrzostwo Polski sięgnął jeszcze dwa razy: najpierw z Polonią Bytom, potem z Legią. Z warszawskim klubem zdobył też krajowy puchar. Z reprezentacją nie świętował wielkich sukcesów, choć miał udział w wywalczeniu awansu na igrzyska w Helsinkach i Rzymie. Jeśli z czegoś z pracy z kadrą zasłynął, to z chwalebnych porażek i zwycięstw, które już nie miały znaczenia. W październiku 1962 roku wybrał się z drużyną do Bratysławy, gdzie biało-czerwoni po heroicznym boju przegrali z wicemistrzami świata Czechosłowakami 1:2. To po tym spotkaniu siła jego autorytetu starła się z niezbyt trzeźwym spojrzeniem na świat Ernesta Pohla. Wybuchła słynna „afera kuflowa”, a Yła został wyrzucony z kadry.

Ryszard Koncewicz, Zygfryd Szołtysik i Ernest Pohl.Ryszard Koncewicz, Zygfryd Szołtysik i Ernest Pohl.
FOT. EAST NEWS

Ryszard Koncewicz peroruje, a jego uwag słuchają Zygfryd Szołtysik (w środku) i Ernest Pohl.

Siedem lat później pod jego wodzą reprezentacja walczyła o awans do mistrzostw świata w Meksyku. Zaczęło się od efektownego 8:1 z Luksemburgiem, ale potem przyszły dwie bolesne porażki: najpierw 0:1 z Holandią (a jakże! zabrało tak niewiele), a potem aż 1:4 z Bułgarią. Ten czas tak wspominał ówczesny trener młodzieżówki Kazimierz Górski.

Przegrane mecze z Holandią i Bułgarią wywołały, jak nie trudno się domyśleć, istne piekło. Łamy gazet zapełniały krytyczne wypowiedzi ekspertów i szeregowych kibiców. „Co sądzisz, Kaziu, o ewentualnej zmianie trenera Koncewicza?” – zapytał mnie prezes Ociepka. „Może nie wytrzymać tych masowych ataków” – dodał. „Trzeba go wziąć w obronę, nie ma bowiem innego wyjścia, jak dojechać z nim do końca rozgrywek. Czy znajdzie się ktoś poważny, z nazwiskiem, aby w takim momencie objąć drużynę?” – wyraziłem otwarcie swój pogląd. Prezes przyznał mi rację. W niedługim czasie „Sport” wystąpił z dużym artykułem, do którego dołączono zdjęcie Ryszarda z nieodłączną fajką, przeciwstawiając się atmosferze histerii i totalnej klęski.
Kazimierz Górski „Pół wieku z piłką”; Wyd. Sport i Turystyka; Warszawa 1985
TRZEBA GO WZIĄĆ W OBRONĘ

Koncewicz dograł eliminacje do końca, a nawet dal w rewanżowych meczach łupnia Holendrom (2:1) i Bułgarom (3:0), ale to były pyrrusowe zwycięstwa. Na selekcjonerskiej ławce zastąpił go Górski. Co było potem… wszyscy dobrze wiemy.

WYCHOWAWCA MISTRZÓW

Utarła się więc o Koncewiczu opinia: świetny trener, tylko wyników brak. Niesprawiedliwa, bo pracując w klubach swoje osiągnął, a kadra narodowa naprawę wiele mu zawdzięcza. Z jego koncepcji szkoleniowych korzystało kilka pokoleń zawodników od Gerarda Cieślika po Adama Musiała i trenerów od Kazimierza Górskiego po Antoniego Piechniczka.

Koncewicz zawsze wiedział, czego chce, jak trzeba pracować w klubach i w PZPN, ale bardzo często z różnych względów napotykał bariery nie do sforsowania. Przetarł jednak szlaki innym. Niemal wszyscy zawodnicy, z których później korzystał Kazimierz Górski, wyszli najpierw spod ręki Wiesława Motoczyńskiego, gdy był przewodniczącym sekcji młodzieżowej PZPN, i właśnie trenera pierwszej reprezentacji – Ryszarda Koncewicza. Kostka, Oślizło, Anczok, Deyna, Maszczyk, Ćmikiewicz, Szołtysik, Lubański, Gadocha…
Cytat pochodzi z książki Stefana Grzegorczyka, Jerzego Lechowskiego i Mieczysława Szymkowiaka „Piłka nożna”; Młodzieżowa Agencja Wydawnicza; Warszawa 1981
GALERIA SŁAW
Ryszard Koncewicz (po lewej) i Wiesław Motoczyński. W pierwszej połowie lat 60. XX wieku to głównie oni decydowali o selekcji piłkarzy do reprezentacji. Z owoców pracy obu trenerów korzystał m.in. Kazimierz Górski.Ryszard Koncewicz (po lewej) i Wiesław Motoczyński. W pierwszej połowie lat 60. XX wieku to głównie oni decydowali o selekcji piłkarzy do reprezentacji. Z owoców pracy obu trenerów korzystał m.in. Kazimierz Górski.
FOT. EAST NEWS

Ryszard Koncewicz (po lewej) i Wiesław Motoczyński. W latach 60. XX wieku to głównie oni decydowali o selekcji piłkarzy do reprezentacji. Z owoców pracy obu trenerów korzystał m.in. Kazimierz Górski.

Gdyby nie Faja, nie byłoby więc ani sukcesów Orłów Górskiego, ani medalu na España 82. Dowcipnisie twierdzą nawet, że to trenerowi ze Lwowa pierwsze powołanie do kadry narodowej zawdzięcza Przemysław Tytoń. Ale to akurat nieprawda. Koncewicz, miłośnik klasycznego angielskiego benta, który na dobrej klasy tytoń był gotów wydać fortunę, zmarł 15 marca 2001 roku, dziewięć lat przed debiutem pana Przemka w reprezentacji.