

Zakładamy, że pytanie w tytule jest czysto teoretyczne. Bo takich nie ma! Od dziennikarza TVP Andrzeja Jucewicza w dowód sympatii Pan Jacek, po wygranej z Meksykiem na MŚ w 1978 roku, dostał nawet w studiu wiązankę kwiatów (na zdjęciu). Ale teoria to jeden z żywiołów tego charyzmatycznego trenera – z wykształcenia inżyniera dróg i mostów. Taką „drogę” rzeczywiście zbudował, ale prowadzącą do sukcesów polskiego futbolu w latach 70-tych. Z kolei młodszym pokoleniom kojarzy się z brawurowymi, telewizyjnymi analizami taktycznymi podczas najważniejszych turniejów. Do dziś są one hitami Internetu. Tak niebanalna osoba jaką jest Jacek Wojciech Gmoch musi być kopalnią anegdot. Nic dziwnego, że nie mieliśmy problemów z wytypowaniem bohatera ósmej części wakacyjnego cyklu Biblioteki PZPN.
1976: ŚLIMAK, RAZ!
Za jego selekcjonerskiej kadencji jednym z „domów kadry” był Rembertów. To na terenie tamtejszej jednostki wojskowej często odbywały się zgrupowania reprezentacji Polski. Spokój i cisza służyły piłkarzom „ładującym akumulatory” przed ważnymi meczami. Ale w końcu zawodnik nie żyje tylko treningami i odprawami taktycznymi. Był także czas na humor, dowcip i… robienie kawałów. Także Gmochowi.
Okazja nadarzyła się podczas jednego ze wspólnych spacerów. Rozmowa zeszła na specjały kuchni różnych krajów, a selekcjoner zaczął zachwalać francuskie przysmaki. Szczególnie konsumpcję ślimaków.


Na zgrupowaniu w Rembertowie Jacek Gmoch (na zdjęciu z 1976 roku udziela wskazówek Włodzimierzowi Mazurowi, a całej sytuacji przygląda się Grzegorz Lato), nie tylko „wykuwał” z piłkarzami formę przed najważniejszymi meczami reprezentacji Polski, ale również znajdował czas na integrację zespołu. Nawet poprzez nietypowy zakład.
Od słowa do słowa zawodnicy, na czele z kapitanem drużyny Kazimierzem Deyną, zaproponowali Gmochowi zakład. Pięć tysięcy złotych za zjedzenie ślimaka. Co było dalej? Oddajmy głos jednemu z uczestników wydarzenia, który je opisał w książce napisanej razem z Piotrem Dobrowolskim „Grzegorz Lato. Król mundiali.”
- Nie pamiętam już skąd wytrzasnęliśmy ślimaka winniczka i czy Jacek zaczął go jeść na surowo czy usmażonego lub ugotowanego. […] Gmoch, trzeba mu to przyznać, trzymał się dzielnie. Choć na zmianę – to czerwieniał, to bladł jak ściana, zawzięcie przeżuwał ślimaka. W końcu nie wytrzymał i wszystko zwrócił. – Oooo! Zakład przerwany. Trener płaci. – krzyknął Deyna, a my mu wtórowaliśmy. Jacek strasznie się zdenerwował. Zaczął krzyczeć, że większość „potrawy” skonsumował, lecz te tłumaczenia nic mu nie dały. Trwaliśmy przy swoim. Co miał zrobić? Z bólem serca wypłacił nam forsę.
Od tego wydarzenia minęło jednak prawie pół wieku, więc szczegóły mogły zatrzeć się w pamięci Grzegorza Laty. Ale nawet „historia ze ślimakiem” dowodzi jak ambitnym i charakternym człowiekiem jest Jacek Gmoch.
MORAŁ: Wielu piłkarzy, którzy współpracowali z Panem Jackiem podkreślało jego niesamowitą umiejętność scalania drużyny. Nawet zwykły spacer zakończony niezwykłym zakładem potrafił wykorzystać do budowania relacji z zawodnikami. A to już domena wybitnych trenerów.


W reprezentacji Polski, przez sześć lat, Jacek Gmoch rozegrał 29 spotkań. Jednym z nich było starcie z Włochami (0:0, 18 kwietnia 1965 roku, el. MŚ) na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia. Tych spotkań byłoby znacznie więcej, gdyby kariery nieustępliwego stopera nie przerwała poważna kontuzja.
1968: DRAMAT ZAMIAST ZABAWY
Niespełnienie. To słowo najlepiej oddaje karierę Jacka Gmocha. Był środkowym obrońcą na poziomie reprezentacyjnym. Rozegrał w kadrze 29 spotkań, a ze swoim zadziornym charakterem, twardością i walecznością idealnie pasował do uprzykrzania życia największym gwiazdom. W wyjazdowym meczu ze Szkocją w el. MŚ (13 października 1965) stoczył twardy bój z legendarnym napastnikiem Manchesteru United Denisem Lawem.
- Nie było z nim łatwo. Kiedy nie mógł się wyswobodzić, uderzył mnie głową w wargę, aż polała się krew. Ale w drugiej połowie, kiedy był odwrócony i przyjmował piłkę, trafiłem go w staw skokowy i już nie mógł grać na 100 procent. Nie faulowałem go umyślnie. To nie był rewanż za tamtą sytuację – wspominał w 2015 roku Gmoch w rozmowie z dziennikarzem „Przeglądu Sportowego” Maciejem Kaliszukiem.
Gra na pograniczu faulu niesie jednak za sobą duże ryzyko. Słabsze kości pękają, ale działa to w obie strony. Gmoch przekonał się o tym 17 sierpnia 1968 roku. I to podczas meczu, który nie miał wielkiego znaczenia. Był bardziej rozrywką dla kibiców, niż poważnym graniem. Zgodnie z tradycją czytelnicy „Expressu Wieczornego” wybrali drużynę, która na Stadionie Legii zmierzyła się z Kadrą PZPN. Miała być zabawa, skończyło się dramatem. Już na początku spotkania bramkarz Marian Szeja tak niefortunnie interweniował wślizgiem, że trafił w nogę kolegi z drużyny. Był nim Gmoch.


17 sierpnia 1968 roku zakończyła się kariera Jacka Gmocha. W meczu kadry PZPN z drużyną wybraną przez czytelników „Expressu Wieczornego” przyszły selekcjoner reprezentacji Polski złamał nogę po zderzeniu z własnym bramkarzem.
- Zrobiłem lekki pół wślizg lewą nogą, żeby powstrzymać pędzącego z piłką Joachima Marxa. Nie cała noga była na murawie, wspierała się na pięcie, Marian wjechał we mnie i złamał mi ją w kilku miejscach. […] Wiedza medyczna była wtedy jeszcze na niskim poziomie. A też jak powiedział mi doktor Janusz Garlicki, popełniono błąd lekarski, pakując złamaną nogę w gips, zamiast na wyciąg. Krew spłynęła od nóg i nie miała jak wrócić, bo 16 odłamków pogruchotanych kości przecięło tętnice. Noga pod tym gipsem napuchła jak bania. O mało nie skończyło się amputacją! – tak Gmoch opowiadał o tym wypadku 51 lat później, w rozmowie z Michałem Polem na łamach „Przeglądu Sportowego”.
Na boisko już nie wrócił. W dramatycznych okolicznościach zakończył karierę i praktycznie z dnia na dzień został trenerem. Oczywiście można dywagować, czy gdyby nie ta feralna kontuzja dotrwałby do igrzysk w Monachium. Czy mógłby w roli piłkarza świętować olimpijskie złoto? Raczej wątpliwe, bo w 1972 roku Gmoch miał już 33 lata, a trener Kazimierz Górski systematycznie odmładzał reprezentację. Przekonał się o tym, grający także na środku defensywy, Stanisław Oślizło, który rok przed igrzyskami pożegnał się z kadrą również będąc „w wieku chrystusowym”.
MORAŁ: Gmoch nigdy publicznie nie pomstował na pecha, który sprawił, że w tak dramatycznych okolicznościach zakończył karierę. Może jednak to „niespełnienie”, o którym pisaliśmy na początku, było jego „paliwem” w pracy szkoleniowej?


Czy znajomość literatury z zakresu sztuki wojennej przydaje się w prowadzeniu drużyny piłkarskiej? Jacek Gmoch (na zdjęciu podczas treningu przed swoim selekcjonerskim debiutem z Portugalią w el. MŚ, październik 1976) na pewno udzieliłby odpowiedzi twierdzącej.
1978: DESTRUKCJA CZY OBSTRUKCJA?
W pracy z kadrą był nowatorem. Wprowadził innowacje, o których jego poprzednikom nawet się nie śniło. Ścisła współpraca z psychologiem i biomechanikiem, wprowadzenie stałych konsultacji ułatwiających monitorowanie większej grupy zawodników, korzystanie z usług komputera nie tylko w celu zbierania informacji o rywalach, ale także o swoich piłkarzach, wykorzystanie w treningu zajęć z innych dyscyplin sportu – np. boksu i judo.
Był pierwszym w polskim futbolu selekcjonerem, który praktycznie łączył funkcję menadżera i trenera. Ale jego nowatorstwo nie zawsze było doceniane. Dziennikarz „Przeglądu Sportowego” Mirosław Skórzewski żartował z teorii Gmocha. Do ulubionych pojęć szkoleniowca: „destrukcja, konstrukcja, egzekucja” dopisywał pytanie „a może obstrukcja?”
Gmoch miał jednak znaczne szersze spojrzenie na swój zawód. W trakcie pracy z kadrą zainteresował się literaturą fachową dotyczącą… sztuki wojennej. I jak sam przyznaje, znalazł tam wiele cennych wskazówek dotyczących także jego profesji.
- Gra wojenna to w końcu nic innego, jak sztuka przewidywania działań i jak najlepszego, jak najmądrzejszego wykorzystania własnych sił – tłumaczył w wywiadach. Brzmi znajomo? Co więcej Gmoch wiedzę teoretyczną wykorzystywał w praktyce.
- W przerwie meczu z Danią (2:1 w el. MŚ w 1977 roku – przyp. red.) w szatni pełnej umorusanych piłkarzy nagle uklęknie na posadzce, która będzie dlań szachownicą porucznika von Reisswitza (jeden z wynalazców Gry Wojennej), rozejrzy się szukając figur i z ich braku chwyci kilkanaście białych plastikowych kubków do herbaty i w ciągu około 2 minut rozegra nimi symulację układu taktycznego podczas drugiej połowy meczu. Na twarzach piłkarzy nie drgnął żaden mięsień i to wcale nie przez zmęczenie, nie dziwili się – ich już nie zaskoczy. Zaskoczyć mógł swoją drużynę tylko tym, gdyby przestał pracować nad coraz to nowymi sposobami optymalizowania gry. On chce nauczyć ich jednego – jak mają być najlepsi. – tak pisał o Gmochu zaprzyjaźniony z nim publicysta i pisarz Waldemar Łysiak w tygodniku „Literatura”.
Niestety, te wszystkie nowatorskie metody nie do końca „wypaliły”. Podczas mundialu w Argentynie jego piłkarze „nie byli najlepsi”. Brak awansu do strefy medalowej przyjęto z dużym rozczarowaniem, choć dziś 5-6 miejsce biało-czerwonych w MŚ uznano by za sukces. Ale wtedy nadzieje i oczekiwania były zdecydowanie większe. Nic dziwnego, że selekcjonerska misja Gmocha, po turnieju w Argentynie, praktycznie dobiegła końca.
MORAŁ: Dobrze jest na pewne sprawy i wydarzenia spojrzeć z dystansu, chłodnym okiem, bez emocji. Tego na pewno zabrakło po mundialu w 1978 roku. A końcowym wynikiem Gmoch nie przekonał do siebie ani kibiców, ani dziennikarzy. Jednak metody, które wtedy stosował przetrwały próbę czasu.