Polska - Argentyna 15.06.1974Polska - Argentyna 15.06.1974
KronikiMundial 1974
Mundial 1974
Autor: Rafał Byrski
Data dodania: 30.06.2022
FOT. PAPFOT. PAP

Sześć zwycięstw w siedmiu meczach, tytuł króla i wicekróla strzelców, trzech piłkarzy wybranych do najlepszej jedenastki turnieju i zwycięstwo w klasyfikacji na najskuteczniejszą drużynę mistrzostw. Od sukcesów, jakie drużyna Kazimierza Górskiego odniosła na mundialu w Niemczech, może zakręcić się w głowie. To wszystko poparte zachwytami i komplementami zagranicznych mediów. Przede wszystkim tych z Zachodu, które w ówczesnym mocno podzielonym świecie nieufnie i krytycznie odnosiły się do drużyn zza „żelaznej kurtyny”. A dla wielu z nas mundial 1974 to wciąż piękne wspomnienia młodości.

A – jak Argentyna. Nasz pierwszy rywal na niemieckim mundialu. Trenerem drużyny z Ameryki Południowej był Vladislao Cap, którego ojciec urodził się w wiosce pod Sanokiem i jeszcze przed II wojną światową wyemigrował do Argentyny. Na stadionie w Stuttgarcie sentymentów jednak nie było. Polacy wygrali 3:2 i z przytupem weszli w turniej. Argentyńczykom nie pomógł nawet… wielki bęben, za pomocą którego ich kibice robili na trybunach niewiarygodny hałas. W ośmiu występach w finałach MŚ Polakom tylko raz udało się wygrać pierwszy mecz w turnieju. Właśnie z Argentyną.

ZOBACZ STRONĘ MECZU


B – jak bank informacji. Zbieranie wszystkich dostępnych danych o przeciwnikach nie było wtedy powszechne, ale w reprezentacji Polski zajmował się tym Jacek Gmoch. Zachodni dziennikarze pisali o jego pracy entuzjastycznie i w tym upatrywali tajemnicy naszych sukcesów. Piłkarze podchodzili do tych nowinek z większą rezerwą. Doszło do tego, że przed jedną z odpraw taktycznych schowali Gmochowi notatki na… żyrandolu.


C – czy mogliśmy zostać mistrzami świata? Przed mundialem było to pytanie z gatunku retoryczno-ironicznych. Okazało się, że tak blisko tytułu nie byliśmy nigdy wcześniej ani nigdy później. Gdyby decydujący o awansie do finału mecz z RFN odbył się na suchym boisku, gdyby mógł zagrać w nim kontuzjowany Andrzej Szarmach, gdyby niemiecki bramkarz Sepp Maier miał trochę gorszy dzień, gdyby szczęście było po naszej stronie… Żal straconej szansy.


D – jak doping. Polska ekipa po meczu z Haiti przeżyła chwilę strachu. Niemiecka gazeta podała, że u jednego z naszych zawodników wykryto środek dopingujący. Na szczęście szybko przyszło sprostowanie. Doping rzeczywiście był, ale u… Haitańczyka Ernesta Jean-Josepha. Był to pierwszy udowodniony przypadek stosowania niedozwolonych środków w czasie MŚ. Cała sprawa przypomina stary, ale wciąż aktualny dowcip: „Czy to prawda, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają samochody? Tak, to prawda, tylko że nie w Moskwie, a w Leningradzie, i nie na Placu Czerwonym, ale na Placu Rewolucji, i nie samochody, a rowery, i nie rozdają, a kradną”.


E – jak Europa. To już norma. W mundialach rozgrywanych na Starym Kontynencie Europa górą. Tylko Brazylijczykom w 1958 roku w Szwecji udało się zerwać z tą tradycją. Na turnieju w Niemczech poszło zgodnie z planem. Całe podium zajęły drużyny europejskie: RFN, Holandia i Polska.


F – jak feta. Rewelacyjnej drużynie Kazimierza Górskiego urządzono… rewelacyjne powitanie. Piłkarze jechali warszawskimi ulicami odkrytym autokarem w tłumie wiwatujących kibiców. „Jedyne kwiaty, jakie widywałem, to na cmentarzu albo w Dzień Nauczyciela, a tu całe ulice zaścielone były kwiatami” – wspominał dziennikarz Paweł Zarzeczny w książce Karoliny Apiecionek „Mundial 74. Dogrywka”. Piłkarze także byli w szoku. Równie entuzjastycznie i spontanicznie witano w stolicy pięć lat później papieża Jana Pawła II w czasie jego pierwszej pielgrzymki do Polski.

mistrzostwa świata 1974 - przywitanie Polaków w Warszawiemistrzostwa świata 1974 - przywitanie Polaków w Warszawie
FOT. EAST NEWS

W Warszawie na trzecią drużynę świata czekały tłumy kibiców. Na pierwszym planie, od lewej: Kazimierz Deyna, Andrzej Szarmach i Andrzej Strejlau. Poniżej znany dziennikarz i komentator sportowy TVP Tomasz Hopfer.

G – jak Generał. Tak francuscy dziennikarze pisali o Kazimierzu Deynie. To kwintesencja jego stylu gry i pozycji w zespole. W prestiżowym plebiscycie „France Football” na najlepszego piłkarza Europy 1974 roku Deyna zajął trzecie miejsce za Holendrem Johanem Cruyffem i Niemcem Franzem Beckenbauerem. Ten wynik powtórzył osiem lat później Zbigniew Boniek.


H – jak Haiti. Pogrom piłkarskiej reprezentacji tego kraju w meczu z Polską (0:7) miał także konsekwencje polityczne. Dyktator Haiti Jean-Claude Duvalier (zwany „Baby Doc”) odebrał prawa konstytucyjne białym mieszkańcom tego państwa. Duvalier nigdy nie wytłumaczył się z tej decyzji, ale dwanaście lat później oskarżony o korupcję i stosowanie tortur musiał w niesławie opuścić kraj. Wrócił w 2011 roku, a trzy lata później zmarł.

ZOBACZ STRONĘ MECZU

Jean - Claude Duvalier Jean - Claude Duvalier
FOT. PAP

Dyktator Haiti Jean-Claude Duvalier.

I – jak intuicja. Co powinien mieć wielki trener? Na pewno intuicję. Kazimierz Górski miał jej w nadmiarze. Z drużyny, która zremisowała z Anglią 1:1, wymienił trzy ważne ogniwa. Stopera Mirosława Bulzackiego zastąpił zaledwie 20-letnim Władysławem Żmudą, pomocnik Zygmunt Maszczyk wygrał rywalizację z Lesławem Ćmikiewiczem, a z młodzieżówki selekcjoner wyciągnął Andrzeja Szarmacha, który „wyrzucił” ze składu bohatera z Wembley Jana Domarskiego. Efekt? Żmuda został rewelacją turnieju, Maszczyk wybitnym specjalistą od „czarnej roboty”, a Szarmach wicekrólem strzelców. „Zawsze wychodziłem z założenia, że jest dobrze, ale może być jeszcze lepiej. Szukałem, sprawdzałem, eksperymentowałem. I z reguły wychodziło na moje” – wspominał po latach Górski.


J – jak Jugosławia. „Co pan wie o Jugosławii?” – zapytano przed meczem z reprezentacją tego kraju Jacka Gmocha. „To piękny kraj, byłem tam z żoną” – odpowiedział szef banku informacji. Graliśmy z drużyną, w której występowali najlepsi piłkarze z Chorwacji, Serbii, Czarnogóry, Bośni i Hercegowiny, Słowenii i Macedonii. Właśnie z takim dream-teamem drużyna Górskiego wygrała 2:1. Akcją meczu, a może całego turnieju, był kapitalny rajd Roberta Gadochy, niestety nie zakończony bramką. Dwanaście lat później podobnym wyczynem, tyle że ze szczęśliwszym finałem, popisał się Diego Maradona w meczu Argentyny z Anglią na meksykańskim mundialu.

ZOBACZ STRONĘ MECZU


K – jak karne. „Stosowałem metodę, którą nazywałem podwójnym rzutem. Strzelec rusza do piłki, ja markuję ruch w prawo, za sekundę w lewo. On to wszystko widzi, lecz w pewnym momencie musi spojrzeć na piłkę i wtedy ja idę zdecydowanie w prawo, zupełnie na ślepo”. Tak o tajemnicy obrony karnych opowiadał w „Przeglądzie Sportowym” Jan Tomaszewski. Na mundialu w Niemczech teorię przekuł w praktykę. Obronił dwie jedenastki: Staffana Tappera i Uliego Hoenessa. Dziewiętnaście lat po mundialu szwedzcy dziennikarze przywieźli Tappera do Łodzi. Na stadionie ŁKS-u Szwed wykorzystał wszystkie pięć prób. Przypomina to jednak spotkanie po latach ze szkolną miłością na zjeździe absolwentów. Niby bohaterowie ci sami, ale emocje znacznie mniejsze.

Tapper strzela po latach karnego TomaszewskiemuTapper strzela po latach karnego Tomaszewskiemu
FOT. PAP

Spotkanie po latach. W 2003 roku na stadionie ŁKS-u Staffan Tapper znowu strzelał jedenastkę Janowi Tomaszewskiemu. Tym razem Szwed się nie pomylił.

L – jak liderzy. Ofensywny i widowiskowy styl gry Polaków miał odzwierciedlenie w klasyfikacjach strzeleckich. Królem strzelców (z 7 golami) został Grzegorz Lato, a wicekrólem Andrzej Szarmach (5 bramek). Polacy zdobyli także puchar tygodnika „Kicker” dla najskuteczniejszej drużyny turnieju. W siedmiu meczach strzelili 16 goli.


Ł – jak łapówka. Polacy po dwóch meczach grupowych mieli już zapewniony awans. Wynikiem ostatniego meczu biało-czerwonych z Włochami bardzo zainteresowani byli Argentyńczycy. By zmotywować naszych piłkarzy, podobno przekazali Robertowi Gadosze 18 tysięcy dolarów. Polak nie podzielił się jednak pieniędzmi z kolegami z drużyny. Afera wybuchła 30 lat po niemieckim mundialu. Ujawnił ją w swojej książce Grzegorz Lato, który o całej sprawie dowiedział się od Argentyńczyka Rubena Ayali. Gadocha zaprzeczał, by przyjął te pieniądze, ale wyjechał do Stanów Zjednoczonych i zerwał kontakt z dawnymi kolegami z drużyny.


M – jak Murrhardt. W tej miejscowości, w hotelu „Sonne Post”, mieszkali w czasie mundialu polscy piłkarze. Ośrodek polecił Górskiemu były selekcjoner reprezentacji Niemiec Sepp Herberger. „W Murrhardt przygotowywaliśmy się do finałów MŚ w Szwajcarii i wróciliśmy ze złotym medalem. Wam także przyniesie szczęście” – zapewniał Herberger. I nie pomylił się.

Polska - mistrzostwa świata 1974 - Murrhardt Polska - mistrzostwa świata 1974 - Murrhardt
FOT. PAP

W hotelu „Sonne Post" polscy piłkarze czuli się jak w domu. Tym razem w rolę kucharzy wcielili się (od lewej): Roman Jakóbczak, Robert Gadocha i Zygmunt Maszczyk.

N – jak numery na koszulkach. Dlaczego Tomaszewski grał z numerem dwa, Deyna z dwunastką, a Lato z szesnastką? Wynikało to z niedopatrzenia PZPN. Związkowi działacze niezbyt uważnie przeczytali regulamin turnieju i wysłali do FIFA listę z zawodnikami uporządkowanymi pozycjami na boisku, a nie kolejnymi numerami. Gdy dostrzeżono pomyłkę, na korektę było już za późno.


O – jak orzełek. Jan Tomaszewski na swojej bramkarskiej bluzie… nie miał godła narodowego. „Działacze twierdzili, że nie wypada, by rywale strzelali w naszego orła. Nie wypada także, bym tarzał się po boisku w bluzie z wizerunkiem naszego narodowego godła. Uznali to za profanację” – opowiadał Tomaszewski w programie TVP „To był rok". 


P – jak premie. Każdy z piłkarzy dostał po turnieju po trzy tysiące dolarów, czyli około stu tysięcy złotych. W czasie mundialu zawodnicy otrzymywali także diety – dwa dolary dziennie plus dwadzieścia dolarów za wygrany mecz. PZPN zarobił za udział w mundialu prawie milion dolarów. Z tych środków dwa lata później pokryto koszty wyjazdu polskiej ekipy na igrzyska w Montrealu.


R – jak Rodowicz Maryla. W czasie ceremonii otwarcia mistrzostw świata zaśpiewała piosenkę „Futbol, futbol, futbol”. Autorem słów był Jonasz Kofta, a muzykę skomponował Leszek Bogdanowicz. Czterdzieści dwa lata później właśnie ten utwór wygrał plebiscyt Radiowej Jedynki na piłkarski przebój wszech czasów. W trakcie mundialu 1974 Rodowicz odniosła jeszcze jeden sukces. Udało jej się namówić do wspólnego zdjęcia słynnego brazylijskiego piłkarza Pelé. Podobno Król Futbolu zrobił to za darmo, a nie było to wtedy regułą.

Maryla Rodowicz śpiewa „Futbol, futbol, futbol", ceremonia otwarcia mistrzostw, Frankfurt nad Menem 13.06.1974
mistrzostwa świata 1974 - rodowicz i pele mistrzostwa świata 1974 - rodowicz i pele
FOT. EAST NEWS

Maryla Rodowicz ze słynnym brazylijskim piłkarzem Pelé. Oboje wystąpili podczas ceremonii otwarcia MŚ 1974, która odbyła się we Frankfurcie nad Menem.

S – jak senatorowie. Tak złośliwie o swojej drużynie mówili włoscy dziennikarze i kibice. Squadra Azzurra przyjechała na mundial w roli faworyta. Grupę eliminacyjną wygrała bez straty bramki, a Dino Zoff nie puścił gola od ponad 1000 minut. Nikt nie spodziewał się, że już po trzech meczach Italia będzie wracać do domu. Włosi mieli drużynę pełną gwiazd, ale… jedną z najstarszych w turnieju. W meczu z Polską czterech piłkarzy z podstawowego składu miało ponad 30 lat, a trzech kolejnych zbliżało się do trzydziestki. „Senatorom” brakowało sił na występy co kilka dni. Najlepszy mecz zagrali na pożegnanie, ale Polacy spisali się jeszcze lepiej.


T – jak Tip i Tap. Tak nazywały się oficjalne maskotki niemieckiego mundialu. Przedstawiały dwóch młodych zawodników, a autorem projektu był Horst Schaefer. Andrzej Gowarzewski w „Encyklopedii piłkarskich mistrzostw świata” napisał, że po konsultacji z Schaeferem udało mu się rozszyfrować, kto jest kim w tej parze. Wyższy, blondyn, to Tap, a mały, pucołowaty, ciemnowłosy piegus to Tip. Polskim dzieciom i tak kojarzyli się z Bolkiem i Lolkiem.

maskotki MŚ 1974maskotki MŚ 1974
FOT. PAP

Państwo pozwolą, przed Wami oficjalne maskotki MŚ'74, Tip (z lewej) i Tap.

U – jak ulewa. Starcie z RFN-em przeszło do historii pod nazwą „mecz na wodzie”. Oberwanie chmury nad stadionem we Frankfurcie nad Menem sprawiło, że rozpoczęcie spotkania opóźniło się o pół godziny. Nasiąknięte wodą boisko, mimo pracy służb porządkowych i straży pożarnej, przypominało bajoro. Austriacki sędzia Erich Linemayr nie zdecydował się jednak na przełożenie meczu. W anormalnych warunkach Polacy przegrali 0:1 i stracili szansę na grę w finale.

ZOBACZ STRONĘ MECZU


W – jak wstrząs. W meczu ze Szwecją zamiast Adama Musiała zagrał Zbigniew Gut. Skąd ta zmiana? Po spotkaniu z Włochami piłkarze dostali wolne do 23:00. Część z nich wybrała się na piwo do Murrhardt, a Musiał był w gronie piłkarzy, którzy potem się spóźnili do hotelu. „Trener Górski siedział przy barku w holu, chłopaki bokiem po schodkach, a ja zamiast iść z nimi wdałem się w dyskusję, aby usprawiedliwić nasz późny powrót” – opowiadał Musiał w książce „Mundial 74. Dogrywka”. Początkowo Górski chciał, by niesforny zawodnik od razu wracał do kraju, ale dał się przekonać piłkarzom i odsunął obrońcę tylko od meczu ze Szwecją. „Zobaczyłem, że po trzech zwycięstwach wkradło się rozprężenie. Chciałem wstrząsnąć drużyną i wykorzystałem do tego sprawę Musiała” – wspominał po latach Górski.

MŚ 1974 - przygotowania kadry - ZakopaneMŚ 1974 - przygotowania kadry - Zakopane
FOT. PAP

W pięknych okolicznościach przyrody Zakopanego, choć przy deszczowej pogodzie, przygotowywali się Polacy do MŚ'74. Na pierwszym planie Mirosław Bulzacki i trener Kazimierz Górski.

Z – jak Zakopane. W stolicy polskich Tatr piłkarze Górskiego przygotowywali się do MŚ. Powiedzieć, że pogoda ich nie rozpieszczała, to… nic nie powiedzieć. Dzień w dzień lało jak z cebra. W takich warunkach łatwo o choroby i kontuzje, ale tych poważniejszych udało się uniknąć. Właśnie na tym zgrupowaniu zrobiono pamiętne zdjęcie kadry. Plakat z tą fotografią jeszcze długo po mistrzostwach wisiał w wielu polskich domach. Podczas sesji Kazimierz Deyna wystąpił w stroju piłkarskim, ale z… zegarkiem na ręku. Na zdjęciu zabrakło Jacka Gmocha. Powód? Prozaiczny. Nie było go wtedy w Zakopanem.