

Psioczymy na nich, ale ich słuchamy. Nie zawsze się z nimi zgadzamy, ale nie wyobrażamy sobie by mogło ich zabraknąć. Są przedmiotem żartów i memów, ale to ich lapsusy językowe przechodzą do historii. O kim mowa? Nie, nie chodzi nam o polityków, choć zapewne do nich też można dopasować powyższe zdania. Bohaterami piątej części naszego wakacyjnego cyklu (osiągnęliśmy półmetek!) są tym razem komentatorzy piłkarscy (na zdjęciu Jan Ciszewski razem z Pawłem Janasem i Jackiem Kazimierskim na lotnisku w Madrycie, 12 lipca 1982 roku). I ci dobrze znani, i ci już trochę zapomniani. Mariusz Szczygieł powiedział kiedyś o dziennikarzach newsowych, że „ich wiedza jest jak kałuża: szeroka, ale płytka”. Tego o bohaterach dzisiejszego odcinka z pewnością nie można powiedzieć.
1975: NIEOCZEKIWANA Z(A)MIANA KOSZULEK
Można pomylić zawodników. Można nie zauważyć gola. Można nie zorientować się, że jeden z piłkarzy dostał czerwoną kartkę i z tego powodu zszedł boiska. Ale czy można pomylić dwie rywalizujące drużyny? I z tą nieświadomością komentować mecz? Wydaje się to mało realne, ale historia zna i taki przypadek. Dotyczył Stefana Rzeszota.
6 października 1975 roku. Na stadionie w Kijowie, w meczu o Superpuchar Europy, miejscowe Dynamo zmierzyło się z Bayernem Monachium. Drużyna ze Związku Radzieckiego była wtedy równoznaczna z reprezentacją kraju. Z kolei Bayern powszechnie uważano za najlepszy klubowy zespół świata. W bramce Sepp Maier, w obronie Franz Beckenbauer i Georg Schwarzenbeck, w ataku Karl-Heinz Rummenigge. Piłkarze utytułowani, znani i…. rozpoznawalni. Ale nie dla komentatora TVP.
- Jak atakowało Dynamo, a sto tysięcy gardeł krzyczało „Szajbu! Szajbu!, Rzeszot twierdził, że atakuje Bayern i odwrotnie. […] W siódmej minucie meczu do studia dodzwonił się red. Grzegorz Aleksandrowicz z „Przeglądu Sportowego” informując: „Powiedzcie Stefanowi, że pomylił drużyny”. Wówczas nie wypadało już nie zareagować i „na słuchawki” powiedziano Rzeszotowi, by zamilkł na minutę, a potem przeprosił widzów, co też komentator uczynił. Tłumaczył się potem, że siedział bardzo wysoko, więc nie rozróżniał sylwetek, a drużyny grały w strojach, które były dokładnie odwrotne niż ich reprezentacji. Bayern cały na czerwono (jak reprezentacja ZSRR), zaś Dynamo w czarnych spodenkach i białych koszulach (jak RFN) – wspominał znany dziennikarz Krzysztof Miklas na swojej stronie internetowej.


Stefan Rzeszot z angielską gazetą wydaną tuż po meczu z Polską na Wembley w el. MŚ (17 października 1973 roku). Tytuł „Człowiek, który zatrzymał Anglię” oraz zdjęcie bramkarza Jana Tomaszewskiego, mówi wszystko o tym, kto był bohaterem tego legendarnego spotkania. Rzeszot trafi do historii, z powodu swojego niecodziennego komentarza, prawie dwa lata później.
Jeszcze inaczej pamięta to wydarzenie Stefan Szczepłek. Tak pisał o tym w felietonie dla dziennika „Rzeczpospolita”:
- Kapitanami drużyn byli piłkarze grający na tej samej pozycji środkowego obrońcy: Franz Beckenbauer i Michaił Fomienko. Obydwaj mieli na rękawach opaski, byli wysocy, szczupli, podobnie się poruszali. Kiedy więc piłkę przy nodze miał Fomienko, Rzeszot mówił, że to Beckenbauer. A Fomienko grał naprawdę dobrze.
Do dziś można znaleźć sprzeczne opinie na temat tego, ile czasu Rzeszot komentował to spotkanie w takiej nieświadomości. Czy tylko przez kilka czy kilkanaście minut? A może przez całą pierwszą połowę? Pamięć ludzka jest zawodna, a od tego wydarzenia minęło już ponad pół wieku. Stefan Rzeszot zmarł w 1987 roku. A jego ukochaną dyscypliną pozostał hokej na lodzie.
MORAŁ: Błędy zdarzają się najlepszym, a Rzeszot bezsprzecznie do należał do komentatorskiej czołówki. Ale mimo, że miał w karierze wiele znakomitych transmisji, to już zawsze był kojarzony z „kijowską wpadką”.


Legendarny sprawozdawca radiowy Michał Frank. To on komentował dla milionów polskich słuchaczy mecz biało-czerwonych z Brazylią na mundialu w 1938 roku.
1938: Z FLEGMĄ ANGIELSKIEGO DŻENTELMENA
Relacjonował spotkanie na dachu jednej z trybun. Obok niego stali komentatorzy z Brazylii i Francji, a także ekipa filmowa. Z tego nietypowego miejsca mecz oglądał również rezerwowy piłkarz naszej drużyny Edmund Giemsa. W takich warunkach komentator radiowy Michał Frank opowiadał milionom Polaków o przebiegu premierowego meczu biało-czerwonych w mistrzostwach świata (5 czerwca 1938 roku).
Spotkanie w Strasburgu przeszło do legendy nie tylko z racji niecodziennego wyniku (6:5 dla Brazylii), deszczu, śliskiego boiska, dogrywki i czterech goli Ernesta Wilimowskiego, ale także z powodu komentarza Franka. Jednym ze słuchaczy tej transmisji był znany aktor Andrzej Łapicki:
- Pamiętam wspaniały mecz, co Leonidas strzelił, to Wilimowski wyrównał – thriller. Na stanowisku spikera występował świetny, zapomniany sprawozdawca Michał Frank, który relacjonował z flegmą angielskiego dżentelmena – żadnych: „Proszę państwa ...och!, ach!”. Spokojny opis sytuacji wywoływał napięcie większe od histerycznych amoków, będących w modzie.
Michał Frank był człowiekiem renesansu. Z wykształcenia lekarz, absolwent Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Już w trakcie studiów odbył służbę w warszawskiej Szkole Podchorążych Rezerwy. Jego wielką pasją okazał się jednak sport. Miał uprawnienia instruktorskie i sędziowskie w piłce nożnej, lekkiej atletyce, narciarstwie i boksie. W 1936 roku wziął udział w konkursie Polskiego Radia na komentatora sportowego i pokonał aż 300 kandydatów. Wybrano tylko jego. Często komentował ważne wydarzenia razem z innym popularnym dziennikarzem, po wojnie pracownikiem Radia Wolna Europa - Wojciechem Trojanowskim, który tak wspominał Franka:
- Miał przyjemny głos i operował bardzo dobrą polszczyzną. Znakomicie do mnie pasował, gdyż był moim absolutnym przeciwieństwem: niewybuchowy, spokojny, mniej refleksyjny, a bardziej konkretny, chłodny. Kiedy robiliśmy coś razem, Frank przez swój sposób relacji dawał słuchaczowi pewne wytchnienie. Poza tym miał swój własny styl, nikogo nie naśladował.
Gdy wybuchła wojna Frank brał udział w kampanii wrześniowej, a podczas hitlerowskiej okupacji działał w Armii Krajowej. Dwukrotnie aresztowany, w kwietniu 1942 roku trafił do obozu w Auschwitz. Tam, kilka miesięcy później, został rozstrzelany. Miał 35 lat.
MORAŁ: Przedstawiciel pokolenia, któremu najlepsze lata życia zabrała wojna i okupacja. Warto przypominać sylwetkę Michała Franka, bo był przecież pierwszym ze sztafety komentatorów relacjonujących występy piłkarskiej reprezentacji Polski w mistrzostwach świata.


Zaczął od improwizowanego komentarza do… atramentowej suszki, a skończył na pracy z profesjonalnym mikrofonem. Na zdjęciu Jan Ciszewski w rozmowie z piłkarzem Andrzejem Jarosikiem. Obu panów łączyło miejsce urodzenia, gdyż przyszli na świat w Sosnowcu.
1952: SUSZKA ZAMIAST MIKROFONU
Sukcesy kadry Kazimierza Górskiego i Antoniego Piechniczka miały jego głos. To Jan Ciszewski komentował dla TVP wszystkie najsłynniejsze mecze. Począwszy od olimpijskiego finału z Węgrami (1972), poprzez „zwycięski remis” na Wembley (1973), pamiętne mistrzostwa świata w Republice Federalnej Niemiec (1974), legendarne 4:1 z Holandią (1975), aż do 3. miejsca na hiszpańskim mundialu (1982).
Ale początki kariery „Wielkiego Cisa” wcale nie były związane z piłką nożną. Pewnej wiosennej niedzieli, w 1952 roku, prowadził konferansjerkę podczas zawodów motocyklowych w Częstochowie. I robił to w tak, że jego komentarz był znacznie ciekawszy od popisów zawodników. Jednym ze świadków jego oratorskich popisów był dobry znajomy ówczesnego dyrektora Polskiego Radia w Katowicach. Wystarczył jeden telefon i Ciszewski trafił do gabinetu Mieczysława Kofty (ojca Jonasza znanego później poety i twórcy tekstów piosenek).


Pierwszą miłością Jana Ciszewskiego (po lewej) był żużel. Marzył o tym, by ścigać się na torze, ale z powodu kontuzji nic z tego nie wyszło. Za to uwielbiał komentować zawody właśnie w tej dyscyplinie sportu.
„Cis” wspominał, że był niesamowicie stremowany przed wizytą u Kofty. Pierwszy raz przyszedł do gmachu prawdziwego radia. To już nie były przelewki. Dyrektor zaproponował mu próbne nagrania, ale na tym „audiencja” się nie skończyła. Tak wspomina tę sytuację Ryszard Dyja (wieloletni szef i przyjaciel Ciszewskiego w Redakcji Sportowej TVP) w książce „Czas narodzin i czas umierania. Wspomnienie o Janku Ciszewskim”:
- Dyrektor zaproponował, by Ciszewski, jak to się mówi w gwarze komentatorów „z kapelusza”, coś powiedział:
- Ale tu przecież nie ma mikrofonu radiowego – odpowiedział Ciszewski.
- To zaraz będzie – odrzekł Kofta – i podał mu leżącą na biurku suszkę do atramentu. – Ma pan swój mikrofon i niech pan mówi.
Ciszewski wziął suszkę do ręki, ujął ją tak jak trzymali wtedy mikrofon reporterzy, a więc bardzo krótko i nieruchomo, w pewnym oddaleniu od ust i … ruszył z kopyta do mówienia.
- Wie pan co – opowiadał mi później dyrektor Kofta – przez dwadzieścia minut czułem się w swoim gabinecie jakbym oglądał mecz piłkarski. To było coś fascynującego i mimo że było tam wiele potknięć językowych (które, nota bene, zostały Ciszewskiemu do końca kariery), to było coś urzekającego w jego głosie. Myślę, że i on już wiedział, że ta „gadka” to jego życiowy skarb, bo mówił i mówił, a ja nie byłem w stanie mu przerwać…
Tak rozpoczęła się prawie 30-letnia kariera (od 1952 do 1982 roku) legendarnego dziennikarza, na którego komentarzach wychowało się kilka pokoleń kibiców.
MORAŁ: W wielu zawodach oprócz pracowitości, ważne są: talent i predyspozycje. W przypadku komentatora piłkarskiego umiejętność „sprzedania” głosem emocji związanych z widowiskiem sportowym ma jednak kluczowe znaczenie.