polska - tunezja 1960polska - tunezja 1960
Historie o polskim futbolu (1)
Autor: Rafał Byrski
Data dodania: 26.06.2026
EAST NEWS EAST NEWS

Piłka nożna to nie tylko sukcesy, medale, wyniki, czy stojące za nimi coraz większe pieniądze. To także ludzie i związane z nimi historie. Czasami zabawne, czasami smutne, ale z reguły pouczające. W naszym wakacyjnym cyklu chcemy przypomnieć takie właśnie wydarzenia, ciekawostki i anegdoty. Skupimy się na historii polskiego futbolu, ale oderwiemy się od sztampy szczegółowego opisywania meczów, czy też historii z cyklu „już to gdzieś słyszałem”. Być może tego drugiego nie unikniemy, bo piłka nożna, również w wydaniu biało-czerwonym, generuje gigantyczne zainteresowanie. A jest rzesza fanów, która o swojej ulubionej dyscyplinie chce wiedzieć wszystko. I wie naprawdę sporo. 

 

Z góry przepraszamy jeśli okaże się, że „to jednak słyszeliście”. Mamy jednak nadzieję, że parę razy uda nam się Was zaskoczyć. Postaramy się w każdym z odcinków cyklu opowiedzieć ciekawostki i anegdoty, z różnych okresów naszego futbolu. Jeden tekst, ale każda z historii z innej dekady. Zamierzenie ambitne, trudne i… ciekawe. Mamy nadzieję, że nie tylko dla autora, ale także dla czytelników. Każda z tych historii kończy się morałem, bo przecież z każdej można wyciągnąć jakieś wnioski. Ale, cytując jednego ze znanych komentatorów, „nie przedłużajmy”! Czas wyjść z szatni na boisko. 

2006: SKĄD SIĘ WZIĄŁ BODZIO W.?

Tak jak Stanisław Mikulski na zawsze zostanie w naszej świadomości serialowym Hansem Klossem ze „Stawki większej niż życie”, tak legendarny bramkarz ŁKS-u (359 meczów w ekstraklasie) Bogusław Wyparło po wsze czasy będzie „Bodziem W.” Ten filuterny napis widniał przez lata na jego bramkarskiej bluzie. Wielu kibiców pamięta ów przydomek, ale zapewne niewielu mogłoby podać rok, w którym „Bodzio W.” zaczął robić furorę w ekstraklasie. Było to w sezonie 2006/07, gdy wszedł w życie przepis, iż na każdej koszulce, w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce, musi być nazwisko piłkarza. I wtedy do akcji wkroczył, nie Bogusław Wyparło, ale… Jacek Żałoba. Wówczas kierownik drużyny Łódzkiego Klubu Sportowego. 

bogusław wyparło bogusław wyparło
PAP

Człowiek-instytucja w Łódzkim Klubie Sportowym przy pracy. Bogusław Wyparło zagrał aż w 359 meczach ŁKS-u w ekstraklasie. To jeden z nich. 

- Pan Jacek spytał się mnie jaki napis chce mieć na plecach. Zażartowałem, żeby walnął Bodzio W.  Zanotował, stwierdził dobra i poszedł. Na dwa dni przed pierwszym meczem ligowym przychodzi sprzęt, biorę swój, a tam nadruk Bodzio W. Idę wkurzony do kierownika, a ten tłumaczy się, że przecież taki chciałem. Nie było już czasu na zmianę i tak zostało. – opowiadał w rozmowie z dziennikarzem „Przegląd Sportowego” Tomaszem Pomarkiewiczem Bodzio W. Przepraszamy, oczywiście Bogusław Wyparło. 

I to co miało być żartem, stało się rzeczą jak najbardziej poważną. Przeszło do historii i na zawsze przylgnęło do sympatycznego bramkarza. Mniej sympatycznie zrobiło się po latach, gdy Wyparło chciał wykorzystać motyw z napisem „Bodzio W.” do nazwania swojej szkółki. Nie spodobało się to pewnej firmie meblarskiej, która wcześniej przejęła pierwszy człon nazwy. Na szczęście strony doszły do porozumienia i Pan Bogusław mógł wykorzystać kultowy napis z bluzy do nazwania stworzonej przez siebie akademii bramkarskiej. 

MORAŁ: Umiejętność przewidywania potrzebna jest nie tylko na boisku. Nawet tych zdarzeń, które na początku wydają się zupełnie nieistotne. Po latach życie może dopisać do nich zupełnie nową puentę. 

reprezentacja Polski na igrzyska 1960reprezentacja Polski na igrzyska 1960
PAP

Piłkarska reprezentacja Polski na igrzyska w Rzymie (1960). Zdjęcie zostało zrobione na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia. Stoją (od lewej): Edmund Zientara, Marceli Strzykalski, Jerzy Woźniak, Hubert Pala, Henryk Szczepański i Edward Szymkowiak. Klęczą (od lewej): Roman Lentner, Ernest Pohl, Lucjan Brychczy, Stanisław Hachorek i Zygmunt Gadecki. 

1960: RZYMSKA KULMINACJA PECHA

Nie było chyba bardziej pechowego turnieju dla reprezentacji Polski niż igrzyska w Rzymie. Do upalnej stolicy Włoch nasza drużyna jechała po medal. Tak, to nie pomyłka. Udane eliminacje, w których biało-czerwoni odnieśli komplet zwycięstw nad Finlandią (3:1, 6:2) i amatorską reprezentacją Republiki Federalnej Niemiec (3:2, 3:1), tylko zaostrzyły apetyty kibiców. Ale czy mogło być inaczej jeśli w kadrze na igrzyska znaleźli się tak znakomici piłkarze jak: Edward Szymkowiak, Lucjan Brychczy, Ernest Pohl, czy Jan Liberda

Polacy trafili na Danię, Argentynę (była to amatorska reprezentacja tego kraju) i Tunezję, ale do półfinału awansował tylko zwycięzca grupy. Pech dał się we znaki jeszcze przed turniejem, gdy kontuzji doznał jeden z filarów defensywy Henryk Grzybowski. Z Tunezją nie zagrał, ale koledzy poradzili sobie bez niego śpiewająco gromiąc egzotycznego rywala 6:1, a pięć goli strzelił Pohl. 

Niestety przed meczem z najtrudniejszym rywalem w grupie – Danią – nie tylko nie ubyło nam problemów, ale zdecydowanie ich przybyło. Okazało się, że z pięciu obrońców tylko dwóch nadawało się do gry: Hubert Pala i Jerzy Woźniak. W meczu z Tunezją kontuzji doznał nasz najlepszy defensor: Henryk „Burza” Szczepański, a jego zmiennik Stefan Florenski również doznał urazu i jego występ z Danią był wykluczony. Jak nie idzie, to nie idzie. Trener naszej reprezentacji Francuz Jean Prouff wybrał się na mecz koszykówki swoich rodaków z Jugosławią i gdy wychodził z hali tak nieszczęśliwie się przewrócił, że… złamał nogę. 

Na dodatek przyszło nam grać z pechowym dla nas rywalem, bo z siedmiu rozegranych wcześniej meczów z Danią wygraliśmy tylko jeden – w 1937 roku. A jedenaście lat później, biało-czerwoni doznali najwyższej w historii porażki w meczu międzypaństwowym, przegrywając w Kopenhadze 0:8! Na igrzyskach w Rzymie nie przerwali tej pechowej serii, przegrali 1:2 i praktycznie stracili szansę na półfinał. To był jednak najlepszy, a jednocześnie najbardziej pechowy mecz naszej drużyny na tych igrzyskach. Tak wspominał go Lucjan Brychczy w książce „Wielki Finał”:

- Tego co działo się na stadionie w Livorno nie potrafię sobie wytłumaczyć do tej pory. Zagraliśmy świetnie, mieliśmy ogromną  przewagę, momentami miażdżyliśmy przeciwnika, a mimo to zeszliśmy z boiska pokonani. Trudno było zliczyć ile strzałów trafiło w słupki i poprzeczkę bądź minimalnie minęło bramkę. Sam zmarnowałem co najmniej pięć idealnych sytuacji i chyba tyle samo każdy z kolegów z ataku i pomocy. Jak na ironię jedynego gola dla Polski uzyskał w tym meczu Zygmunt Gadecki, bodaj najsłabszy strzelec w zespole. Po meczu całą noc dyskutowaliśmy z Ernestem Pohlem, z którym mieszkaliśmy w jednym pokoju. W rozmowie najczęściej przewijało się słowo „pech”. Dziś jestem gotów je wielokrotnie powtórzyć. 

Tyle słynny „Kici”. Dla kronikarskiego porządku trzeba dodać, że w ostatnim meczu Polacy przegrali 0:2 z Argentyną. A nasi pogromcy ze Skandynawii doszli aż do finału, gdzie przegrali 1:3 z Jugosławią. 

MORAŁ: Grzegorz Lato powiedział kiedyś, że o sukcesie w sporcie decydują cztery czynniki:  talent, pracowitość, charakter i… szczęście. Jednak dla naszej olimpijskiej drużyny z Rzymu Pani Fortuna była tamtego upalnego lata wyjątkowo niełaskawa.

Alojzy Piątek kibic Górnika ZabrzeAlojzy Piątek kibic Górnika Zabrze
PAP

Alojzy Piontek (na zdjęciu z żoną Teresą) przeżył własną śmierć. Zdjęcie wykonano w katowickim szpitalu tuż po odnalezieniu Piontka przez ekipę ratowniczą.

1971: GÓRNIK PYTAŁ O GÓRNIKA

Nazywał się Alojzy Piontek i pracował w kopalni „Mikulczyce-Rokitnica”. Dziś już mało kto o nim pamięta, ale w marcu 1971 roku mówiła o nim cała Polska. Z dziewiętnastu górników, którzy zostali przysypani, ośmiu uratowano kilka godzin po katastrofie. Z pozostałych przeżył tylko on. W zawalonym chodniku przetrwał sześć i pół doby. Bez żywności i wody. By się nie odwodnić, pił własny mocz. Po 158 godzinach przebywania pod ziemią został odnaleziony przez ekipę ratowniczą. 

Uratowanie Piontka nazwano „cudem w Zabrzu”. Był to pierwszy przypadek w historii gdy zasypany górnik, sam na tak małej przestrzeni, przetrwał tyle czasu i doczekał się pomocy. 

Historia Piontka jest wciąż podawana przy okazji każdej akcji ratowniczej jako pewien wzór działania: że trzeba ją prowadzić do końca w nadziei na uratowanie zasypanych górników. O tym wydarzeniu powstało kilka filmów i napisano parę książek. No dobrze, ktoś może spytać, ale co to ma wspólnego z piłką nożną?

Okazuje się, że bardzo dużo. Górnik Alojzy Piontek był bowiem zagorzałym kibicem innego Górnika. Tego z Zabrza.

alojzy piontek i piłkarze górnika alojzy piontek i piłkarze górnika
GAZETA TRYBUNA ROBOTNICZA, 1971

O wizycie piłkarzy Górnika Zabrze: Stanisława Oślizły i Włodzimierza Lubańskiego w szpitalu u uratowanego górnika informowała m. in. katowicka „Trybuna Robotnicza”.

- Kiedy ocalony trafiłem już na nosze, zagadałem do niosących mnie ratowników, że chciałbym iść na mecz Górnik Zabrze – Manchester City (w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów – przyp. red.). Ratownicy zaniemówili. Powiedzieli mi: „Alojz oni już zdążyli drugi mecz przegrać!” (w Chorzowie Górnik wygrał 2:0, ale w rewanżu przegrał również 0:2 – przyp. red.). To ja myślałem, że od mojego zasypania minęło od jednego do trzech dni, a nie tydzień – opowiadał Piontek dziennikarzom. 

Dzień po odnalezieniu Piontek nie mógł jeszcze obejrzeć w telewizji trzeciego meczu Górnika z Manchesterem, na neutralnym terenie. W Kopenhadze zabrzanie przegrali 1:3 i odpadli z rozgrywek. 

Później górnika, który „dostał w prezencie drugie życie” odwiedziło w szpitalu dwóch słynnych piłkarzy Górnika: Stanisław Oślizło i Włodzimierz Lubański. Piontek otrzymał również dożywotnią kartę wolnego wstępu do loży honorowej ukochanego klubu. Korzystał z niej aż do śmierci w 2005 roku. Do pracy w kopalni już nie wrócił. 

MORAŁ: Jeśli desperacko walcząc o życie, będąc na granicy wytrzymałości, myślisz jednocześnie o ukochanym klubie, to potwierdzasz teorię, że piłka nożna, to coś znacznie więcej niż sport.