boniek lotnisko madryt (1982)boniek lotnisko madryt (1982)
Historie (lotnicze) o polskim futbolu (2)
Autor: Rafał Byrski
Data dodania: 3.07.2026
FOT. EAST NEWS FOT. EAST NEWS

Idziemy ostro do przodu. To już druga część naszego wakacyjnego cyklu, w którym przypominamy wydarzenia, ciekawostki i anegdoty związane z historią polskiej piłki nożnej. Historią bogatą w sukcesy, historią w której chwile triumfu i chwały przeplatały się z bolesnymi porażkami. Tak jak w życiu. Ale my skupiamy się w tych opowieściach, na mało znanych, a naszym zdaniem wartych przypomnienia wydarzeniach. Zapraszamy na drugą wycieczkę w przeszłość: bliższą i dalszą. Tym razem z podróżami lotniczymi w roli głównej (na zdjęciu Zbigniew Boniek na lotnisku w Madrycie, 12 lipca 1982 roku). 

1982: LĄDOWANIE W PIANIE 

W latach 70. XX wieku wielką popularnością, także w naszych kinach, cieszyły się amerykańskie filmy z serii „Port lotniczy”. W sumie powstały cztery takie obrazy, a pierwszy z nich uważany jest za prekursora filmów katastroficznych. Być może sceny z tych produkcji przypomniały się polskim piłkarzom wracającym z mistrzostw świata w Hiszpanii, w których zajęli 3. miejsce. Oni także przeżyli w samolocie chwile grozy.

Powrót polskiej drużyny z mundialu 1982 (12.07.1982) Powrót polskiej drużyny z mundialu 1982 (12.07.1982)
EAST NEWS

Zdjęcie wykonał 12 lipca 1982 roku na lotnisku w Madrycie znakomity fotoreporter Marek Wielgus, który czternaście lat później zginął w katastrofie samolotowej w Dominikanie. Na fotografii czterech piłkarzy (od lewej): Marek Kusto, Piotr Skrobowski, Piotr Mowlik i Andrzej Buncol czeka na powrót do Polski. Pierwsza próba właśnie się nie powiodła. Samolot LOT-u miał poważną awarię. Po dziesięciu minutach musiał zawrócić na lotnisko w stolicy Hiszpanii.

- Podwozie nie chciało się zamknąć. Wylądowaliśmy awaryjnie w pianie, wkoło pełno karetek i straży. Na szczęście nikomu nic się nie stało - wspominał po latach Paweł Janas w książce Pawła Czado i Beaty Żurek „Piechniczek. Tego nie wie nikt”.  

Po tym wydarzeniu piłkarze chcieli się złożyć na lot hiszpańskimi liniami lotniczymi. Obecny na lotnisku ówczesny minister sportu Marian Renke poprosił jednak zawodników o cierpliwość. Powrót do Warszawy trzeciej drużyny świata zagranicznymi liniami lotniczymi byłby przecież wizerunkową porażką. Z tego powodu Renke szybko ustalił, że z Polski przyleci kolejny samolot LOT-u. Przez ten czas zawodnicy grzecznie czekali na lotnisku. Zawartość stolika na zdjęciu sugeruje jednak, że dostali od kierownictwa dyspensę na korzystanie z mocniejszych trunków. Nic dziwnego! W końcu wracali w glorii medalistów mundialu i wyrównali osiągnięcie legendarnej drużyny Kazimierza Górskiego. 

Ostatecznie kadra Antoniego Piechniczka wróciła do kraju z wielogodzinnym opóźnieniem, grubo po północy. Ale na Okęciu i tak witały ją tłumy kibiców.

MORAŁ: Cierpliwość, opanowanie i spokój przydają się nie tylko na boisku. Chyba jednak nikt z piłkarzy, wracających z hiszpańskiego mundialu, nie przypuszczał, że ta zimna krew będzie im potrzebna na lotnisku w Madrycie.    

Towarzyski mecz Paragwaj - Polska.Towarzyski mecz Paragwaj - Polska.
PAP

Radosław Michalski zagrał 90 minut w towarzyskim meczu z Paragwajem  (8 lutego 1998 roku). Wcześniej, podobnie jak reszta polskiej ekipy, przeżył jednak chwile grozy w samolocie lecącym do Asunción.  

1998: ZE STRACHEM ZA PAN BRAT 

Wylot z Polski do Paragwaju w środku kalendarzowej zimy? Brzmi atrakcyjnie, ale bardziej dla turystów niż dla piłkarzy kadry. Przynajmniej dla tych, którzy przeżyli podróż do tego południowoamerykańskiego kraju w lutym 1998 roku. A trudno o niej zapomnieć. Tak się złożyło, że na wyprawę na drugi koniec świata mogli polecieć tylko zawodnicy z polskich klubów. Spotkanie z Paragwajem odbyło się bowiem poza oficjalnym terminem FIFA. Wyjątkiem był udział dwóch graczy z brazylijskiego klubu Mogi Mirim FC – Mariusza Piekarskiego i śp. Krzysztofa Nowaka. Ale oni nie mieli daleko. 

Ta egzotyczna wyprawa rozpoczęła się pod złą wróżbą. Kadrze, w tym niezapomnianym locie do Asunción, towarzyszył dziennikarz "Przeglądu Sportowego" Maciej Polkowski. Jego relacja do dziś mrozi krew w żyłach: 

- Mniej więcej co pół godziny byliśmy „karmieni” komunikatami o czasie odlotu do stolicy Paragwaju maszyną w barwach „Aerolineas Argentinas”. Nieoficjalnie docierało do nas, że nie możemy wystartować ze względu na fatalne warunki atmosferyczne, a także z uwagi na techniczne usterki samolotu, którym mieliśmy przebyć ostatni etap jakże frapująco zapowiadającej się wyprawy do Ameryki Południowej. Niestety potem potwierdziło się i jedno, i drugie. Najedliśmy się strachu co niemiara, ale do bojaźni przyznawano się dopiero po fakcie, w porcie lotniczym w Asunción. (...) Momentami bujało tak solidnie, że się człowiekowi wywracał żołądek na drugą stronę. Samolot (boeing 737) sprawiał wrażenie raczej wyeksploatowanego ponad miarę. Do ostatniej chwili przed wyruszeniem jeden z mechaników coś tam majstrował przy silniku, a potem nie można było domknąć drzwi tuż za kabiną pilotów. Na tym nie koniec. Podczas wsiadania do samolotu miałem możliwość przyjrzeć się pilotom, którzy przez prawie dwie godziny trzymali w rękach przyszłość polskiego futbolu. Obydwaj faceci, na kompletnym luziku, nie wzbudzili mojego zaufania. W każdym razie nie powierzyłbym im do potrzymania portfela nawet z drobnymi oszczędnościami. Ale jednak udało się.

Po takich samolotowych turbulencjach, mecz z przygotowującymi się do francuskiego mundialu gospodarzami, zdawał się być dziecinną igraszką. Choć Polakom przyszło grać w prawie 40-stopniowym upale, przy olbrzymiej wilgotności powietrza. Nic dziwnego, że zmęczeni podróżą dostali od Paragwajczyków porządnego łupnia (0:4). 

Skrót meczu (bez komentarza)

1976:  CŁO ZA SREBRO 

To był jeden z najbardziej zdumiewających powrotów w polskim sporcie. Dodajmy, powrotów z igrzysk olimpijskich. Z Montrealu biało-czerwoni przywieźli 26 medali, ale z najmniejszą radością przyjęto srebro piłkarzy. Drużyna Kazimierza Górskiego była jednym z faworytów turnieju, jednak w decydującym meczu przegrała z NRD (1:3). W drodze do finału także nie zachwycała, ale potraktowanie przez kibiców i dziennikarzy srebrnego medalu jako klęski narodowej było dużą przesadą. Okazało się, że tak samo do występu Polaków podeszli... celnicy.

- Na lotnisku Okęcie nas, było nie było, srebrnych medalistów, potraktowano jak przemytników. Jakbyśmy Bóg wie co przywozili. Był cyrk. Wzięto na rewizję osobistą co drugiego, bo ktoś, gdzieś „podkablował”, że przewozimy jakieś towary. Okazało się to wierutną bzdurą. Za srebrny medal dostaliśmy po niecałe osiemset dolarów, plus kieszonkowe i każdy coś tam sobie kupił, dla żony, dla dzieci, znajomych. A nas potraktowano jak bandę rzezimieszków przewożących narkotyki, czy nie wiadomo co – wspominał w swojej autobiografii, napisanej razem z Maciejem Polkowskim, Grzegorz Lato.

wylot ekipy do montrealu (1976)wylot ekipy do montrealu (1976)
NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE

Piłkarska reprezentacja Polski na warszawskim lotnisku Okęcie tuż przed wylotem na igrzyska olimpijskie w Montrealu (9 lipca 1976 roku). Na zdjęciu (od lewej): drugi trener Andrzej Strejlau, Władysław Żmuda, Andrzej Szarmach, Wojciech Rudy, Henryk Kasperczak, Antoni Szymanowski i Kazimierz Deyna. 

Trzech piłkarzy poddano szczegółowej rewizji osobistej, pozostałym dokładnie przeszukano bagaże. Kilku zawodników musiało zapłacić cło za kupione w Kanadzie towary. Przedstawicieli innych dyscyplin, w tym złotą drużynę siatkarzy oraz znakomitych lekkoatletów z mistrzami olimpijskimi na czele: Ireną Szewińską, Tadeuszem Ślusarskim i Jackiem Wszołą, celnicy potraktowali znacznie łagodniej. Wszystko odbyło się zgodnie z polskim przysłowiem, że „sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą”. Nawet ta wyolbrzymiona. Mimo długiej podróży, uczucia niedosytu z powodu finałowej porażki oraz skrupulatnych do przesady celników piłkarze chętnie opowiadali reporterowi TVP o wrażeniach z igrzysk. Te materiały filmowe można zobaczyć w Bibliotece PZPN.

MORAŁ: Sport jest jedną z najbardziej wymiernych dziedzin życia. Ale nawet ewidentny sukces, jakim było zdobycie przez biało-czerwonych srebrnego medalu olimpijskiego, został uznany za… rozczarowanie. Dziś taki wynik zostałby przyjęty z powszechnym entuzjazmem. Ale w latach 70-tych kadra Górskiego „rozpieszczała” nas sukcesami. Stąd niedosyt. 

Z. Maszczyk, J. Gorgoń, J. Tomaszewski i K. Górski oceniają turniej w Montrealu po powrocie do kraju, lotnisko Okęcie 04.08.1976