albania – polska (30.05.1985)albania – polska (30.05.1985)
KronikiPodróż last minute
Podróż last minute
Autor: Rafał Byrski
Data dodania: 05.02.2021
FOT. PAPFOT. PAP

Takiego tempa nie mieli nawet bohaterowie słynnej powieści Juliusza Verne’a. Oni podróżowali dookoła świata przez 80 dni. Zbigniew Boniek musiał z Brukseli do Tirany dotrzeć w kilkanaście godzin. Co więcej, na początek i na koniec tej przygody wybiegł na boisko, by wziąć udział w dwóch bardzo ważnych meczach. I to dzień po dniu! W obu w istotny sposób przyczynił się do zwycięstwa swoich drużyn.

Szaloną marszrutę kapitan reprezentacji Polski zawdzięczał wyjątkowo niefortunnie ułożonemu terminarzowi. 29 maja 1985 roku grał w barwach Juventusu Turyn w finale Pucharu Europy. Stara Dama pokonała na stadionie Heysel Liverpool 1:0, a Michel Platini strzelił gola z karnego, podyktowanego za faul na Bońku. Spotkanie odbyło się w cieniu tragedii. W wyniku zamieszek, których prowodyrami byli fani The Reds, śmierć poniosło 39 osób, głównie kibiców Juve. Zamiast wielkiego spektaklu piłkarska Europa obejrzała „przestępstwo barbarzyńców”, jak napisała „La Gazzetta dello Sport”.

Mecz został opóźniony o ponad godzinę, a po jego zakończeniu Boniek nie miał czasu na odpoczynek. 30 maja reprezentacja Polski grała bowiem w Tiranie mecz z Albanią. Stawką były punkty w eliminacjach meksykańskiego mundialu. W tak ważnym spotkaniu nie mogło zabraknąć kapitana biało-czerwonych. O podróży z Brukseli do Tirany „Zibi” opowiedział po latach dziennikarzowi Romanowi Kołtoniowi.

zbigniew boniek

Belgowie wpuścili mnie na lotnisko bez odprawy celnej, prosto na płytę. Było już po pierwszej w nocy. Gdy wysiadłem w części przeznaczonej dla samolotów prywatnych, okazało się, że stoi tam ich ponad czterysta. Nikt nie potrafił powiedzieć, który czeka na mnie. (…) Miałem szczęście, bo chyba za dwunastym razem trafiłem na właściwy. (…) Około godziny szóstej rano dolecieliśmy do Pizy. (…) W położonym obok lotniska hotelu przespałem się trzy godziny i z powrotem do samolotu. (…) O drugiej byłem już w Tiranie. Po piętnastu minutach w hotelu.

Roman Kołtoń „Zibi, czyli Boniek”; Wydawnictwo Zysk i S-ka, Warszawa, 2020 r.

W nim długo nie zagościł. Za półtorej godziny trzeba było jechać na mecz. A Boniek zagrał w nim tak, jakby takie podróże „last minute” były dla niego codziennością. To on, po podaniu Jana Urbana, strzelił w 24. minucie zwycięskiego gola.

0:1 Z. Boniek zdobywa jedyną bramkę meczu!
jerzy lechowski

Wysiłek na Heysel i przeżyty tam dramat nie zburzyły niezwykłej osobowości Bońka. W Tiranie też był wielkim piłkarzem, praktycznie w każdej akcji. Miał oczy szeroko otwarte, w mig dostrzegł więc dobry dzień Urbana. Znają się tylko z widzenia, a już dziś niemal wszystko o sobie wiedzą.

Jerzy Lechowski, „Piłka Nożna”, 4 czerwca 1985 r.

To było ostatnie, dwudzieste czwarte trafienie w reprezentacyjnej karierze „Zibiego”. Ale na pewno wyjątkowe – jeśli chodzi o okoliczności, w jakich zostało zdobyte. A Boniek jeszcze tego samego dnia wrócił do Turynu. Żona jak zwykle czekała z późną kolacją.