

„Jest zima, to musi być zimno”. Któż z nas nie zna tej prostej, a zarazem genialnej prawdy z filmu „Miś”? W związku z tym, że nasz wakacyjny cykl, który właśnie przekroczył półmetek, jest ściśle związany z inną porą roku, to pozwolimy sobie na parafrazę tego kultowego zdania: „jeśli jest lato, to musi być coś o… Lacie”. Czyli genialnym piłkarzu, który tę najbardziej słoneczną porę roku ma w nazwisku. Na dodatek swoją grą sprawiał kibicom mnóstwo uśmiechu i radości, a tego potrzeba nie tylko podczas wakacji. Przed Państwem jedyny w historii polski król strzelców piłkarskich mistrzostw świata, niepowtarzalny Grzegorz Bolesław Lato (na zdjęciu z żoną Zdzisławą podczas mistrzostw świata w 1974 roku w Republice Federalnej Niemiec). Medalista dwóch mundiali i dwóch igrzysk olimpijskich jest bohaterem niezliczonych anegdot. My, z tej bogatej skarbnicy, wybraliśmy trzy.
1976: PIŁKĄ PO KRZAKACH
To był jego znak firmowy. Nigdy nie odpuszczał: ani na treningu, ani w trakcie meczu. Biegał jak nakręcony od jednego pola karnego do drugiego. Często do utraty tchu. Zawsze blisko obrońców, czyhał na ich błąd. Imponował intuicją, sprytem i refleksem. Gdy tylko piłka odskoczyła któremuś z rywali, można było zakładać w ciemno, że przejmie ją Lato i pośle do bramki. Mówiło się o nim „lis pola karnego”, partnerzy z zespołu mieli inną nazwę, bardziej dosadną:„padliniarz”. Rzeczywiście, tych goli strzelonych przez niego z dystansu nie było wiele. Albo przynajmniej sprzed szesnastki.
Zawziętością i nieustępliwością imponował także na treningach. Tak zapamiętał to jego kolega z drużyny narodowej Stanisław Terlecki i opisał w książce napisanej razem z Rafałem Nahornym „Pele, Boniek i ja”:
- Na którymś ze sparingów pomocnicy rzucali mu piłki, takie na zapalenie płuc. I ten Grzesiek, w największym upale, gdy wszyscy padali jak muchy, ganiał za każdą piłką. Pobiegł raz – i nie dogonił, pobiegł po raz drugi, trzeci i czwarty – znów nie dogonił. Wreszcie po kolejnym podaniu, obrońcy stanęli, bo nie wierzyli, że Bolek może doścignąć piłkę. A on to zrobił! Na linii końcowej boiska! Przy samej chorągiewce! A potem wbiegł w pole karne, kiwnął bramkarza i strzelił gola. I pomyśleć, że na treningach najczęściej strzelał po krzakach.


Zdaniem kolegów z kadry na treningach Grzegorz Lato nie zawsze strzelał perfekcyjnie, ale w trakcie meczów celownik króla strzelców mistrzostw świata działał już bez zarzutu.
Ale w trakcie spotkań reprezentacji Polski maszyna o nazwie „Lato” pracowała na najwyższych obrotach. Najdobitniej przemawiają za tym statystyki. W 100 meczach Pan Grzegorz strzelił 45 goli. Średnią łatwo policzyć.
MORAŁ: Historia futbolu zna wiele przypadków zawodników znakomitych na treningach, a znacznie gorzej spisujących się w meczach. Lato był ich przeciwieństwem. Im trudniejszy rywal, tym dla niego lepiej. Wtedy pokazywał klasę i umiejętności. A to już cecha największych mistrzów.
1974: „MŁODY PAJAC” VS. „WIELKI CIS”
Najlepszy strzelec mistrzostw świata kontra najlepszy komentator wszech czasów. Relacje pomiędzy Grzegorzem Lato i Janem Ciszewskim długo były tylko „szorstką przyjaźnią”. Legendarny dziennikarz TVP nie mógł się przekonać do szybkiego skrzydłowego. Kilka razy podczas transmisji nazwał piłkarza Stali Mielec „jeźdźcem bez głowy”.
- Lato leci do przodu jak szalony, wyprzedza wszystkich, a potem głupieje i nie wie, co ma zrobić – uzasadniał swoją opinię Ciszewski.
Piłkarz z kolei zarzucał „Wielkiemu Cisowi” pomyłki. I to na swoją niekorzyść. Tak było w premierowym meczu biało-czerwonych z Argentyną (3:2) na mistrzostwach świata w 1974 roku. Najpierw w 7. minucie Lato otworzył wynik, a dwie minuty później dokładnie podał do wychodzącego na czystą pozycję Andrzeja Szarmacha i było już 2:0. Ale komentujący mecz Ciszewski powiedział, że asystę przy golu „Diabła” zaliczył… Kazimierz Deyna. Charakterny Lato nie zawahał się wytknąć błędu cenionemu komentatorowi.
- Po jakimś czasie powiedziałem Jankowi o tej pomyłce, a on na to: – Nie wpieprzaj się młody w moją robotę. Mam tylko ekranik na stanowisku, a ty myślisz, że na nim wszystko dokładnie widać? Ha, ha, ha... Trzeba było mu czasami trochę dokuczyć, choć to był nasz najlepszy sprawozdawca w historii. A innym razem złapałem go za mocno za rękę. Potem mu spuchła i musiał ją trzymać pod zimną wodą. No to mnie ostrzegł: – Słuchaj no ty, młody pajacu. Dziś cię ani razu nie wymienię podczas transmisji. To ja mu na to: chyba że strzelę gola. Strzeliłem. Wracam do domu, a żona: wyobraź sobie, że Ciszewski tylko raz przez cały mecz powiedział Lato! Bo musiał – odpowiedziałem. Janek to był jednak dowcipny gość. – wspominał Lato w wywiadzie udzielonym Jerzemu Chromikowi dla strony internetowej TVP Sport w 2020 roku.


Od „szorstkiej przyjaźni” do kumpelskich relacji. Znajomość Grzegorza Laty z legendarnym komentatorem TVP Janem Ciszewski przechodziła różne koleje losu. Na zdjęciu obaj panowie podczas pogawędki w kwaterze Polaków na mistrzostwach świata w Hiszpanii (1982). Rozmowie przysłuchują się: Paweł Janas i Włodzimierz Smolarek.
Później obaj panowie zaczęli się darzyć sympatią, a nawet przyjaźnią. Kończyli swoje kariery praktycznie w tym samym czasie - na mundialu w 1982 roku. Lato - reprezentacyjną (zagrał jeszcze tylko w pożegnalnym spotkaniu z Belgą dwa lata później), a Ciszewski – komentatorską (zmarł kilka miesięcy po zakończeniu hiszpańskiego turnieju).
MORAŁ: Nie ma gotowego przepisu na przyjaźń. I całe szczęście! Czasami zaiskrzy od razu, czasami potrzeba do tego czasu, doświadczenia, wspólnych przeżyć czy mądrości życiowej. W przypadku Laty i Ciszewskiego mieliśmy do czynienia zdecydowanie z tym drugim wariantem.
1980: KOŃ NA IMIENINY
Tworzyli niepodrabialny duet. Nie tylko z reprezentacyjnego i klubowego ataku Stali Mielec. Lato rozumiał się z Andrzejem Szarmachem bez słów. Raz „Bolek” (Lato) dograł piłkę „Lolkowi” (Szarmach), a innym razem było odwrotnie. Z reguły ta współpraca kończyła się golem. Obaj kumplowali się również prywatnie i często robili sobie kawały.
Najsłynniejszy z nich był związany z imieninami Szarmacha. Lato chciał by jego kumpel zapamiętał prezent do końca życia. A tak się złożyło, że zupełnie przypadkowo, w drodze z Mielca do Rzeszowa, zobaczył na łące stado koni. To pobudziło jego ułańską fantazję. Oto jak finał tej niecodziennej historii opisał Marek Bobakowski w książce „Grzegorz Lato. Legenda z Mielca”:


Przed Państwem „Bolek” (Grzegorz Lato) i „Lolek” (Andrzej Szarmach). Ten duet napastników strzelił na mundialu w 1974 roku aż dwanaście z szesnastu „polskich” goli.
- Kilkanaście dni później Lato został zaproszony na imprezę imieninową do Szarmacha. To była jego najdłuższa droga, z parteru na trzecie piętro. Zwykle te kilkadziesiąt schodów pokonywał w kilkanaście sekund. Kilka susów i już pukał do mieszkania Szarmacha. Tego dnia było inaczej. W końcu się wdrapał, stanął, odsapnął i wcisnął dzwonek. Szarmach otworzył drzwi nie patrząc w „judasza” i … prawie dostał zawału. Chce witać kolejnego gościa, już wyciąga rękę po prezent, a tutaj widzi konia. Pięknego, dorodnego, czystego konia. […] – Grzesiek zawsze był szalony – mówił Szarmach, który potrzebował sporo czasu, aby otrząsnąć się po takim prezencie imieninowym.
Historia milczy, od kogo Lato wypożyczył rumaka, ale z drugiej strony kto mógł odmówić, nawet tak niecodziennej przysługi, królowi strzelców mistrzostw świata? Nie było takiego śmiałka. Sam zainteresowany twierdzi jednak, że to nie on był „ojcem” pomysłu „końskiego” prezentu dla Szarmacha, ale piłkarze z drugiej drużyny Stali Mielec. Legenda jednak pozostała.
MORAŁ: Piłkarze z legendarnej drużyny Kazimierza Górskiego z pewnością nie byli „aniołkami”. Z drugiej jednak strony fantazję i polot pokazywali nie tylko w życiu prywatnym, ale również na boisku.