

Wielkie mecze Górnika (na zdjęcie trzech zabrzańskich muszkieterów: Włodzimierz Lubański, Stanisław Oślizło i Hubert Kostka), Legii, Widzewa, Lecha, czy Wisły. Na występach polskich klubów w europejskich pucharach wychowały się pokolenia kibiców. Ale oprócz legendarnych bojów z Romą, Manchesterem City, Liverpoolem, Juventusem, Barceloną i Realem były też inne wydarzenia, które zasługują na przypomnienie. Może o mniejszej wadze, ale konwencja naszego wakacyjnego cyklu sprzyja zapomnianym historiom. Czas na kolejną podróż w przeszłość, tym razem z siódemką w tytule!
1970: GÓRNIK NA KWARANTANNIE
Nikt nie spodziewał się aż takich problemów. I to nie związanych z wydarzeniami na boisku. Wyniki losowanie 2. rundy Pucharu Zdobywców Pucharów, w sezonie 1970/71, zostały przyjęte z optymizmem. Górnik, finalista tych rozgrywek z poprzedniego sezonu, trafił na niżej notowany Göztepe Izmir. Nic dziwnego, że piłkarze ze Śląska wyjeżdżali do Turcji w roli faworytów. I potwierdzili to na murawie wygrywając 1:0, po golu niezawodnego Włodzimierza Lubańskiego.
Okazało się jednak, że piłkarze z Zabrze będą musieli przejść… kwarantannę. Tak, to nie pomyłka. W Turcji panowała epidemia cholery, czyli zakaźnej choroby przewodu pokarmowego wywołanej przez bakterię. Górnik zwrócił się wprawdzie o zmianę terminu meczu, ale UEFA wyraziła zgodę zbyt późno, gdy samolot z piłkarzami leciał już nad Bosfor. Problemy zaczęły się dopiero po powrocie do Polski.


Ten powrót piłkarzy Górnika (na zdjęciu Stanisław Oślizło, a z tyłu Włodzimierz Lubański) miał wyjątkowo odświętny charakter. Nic w tym dziwnego. Zabrzanie wracali wtedy ze Strasburga w roli finalisty Pucharu Zdobywców Pucharów. Kilka miesięcy później przylot z Turcji przebiegał już według innego scenariusza, związanego z zagrożeniem epidemiologicznym.
- Zawsze kiedy lądowaliśmy, przechodziliśmy przez halę lotniska, a autobus czekał na nas przed lotniskiem. Tym razem od razu kazano nam wsiąść do autokaru, który przyjechał pod samolot. Zastanawiałem się, czemu tym razem wszyscy są tacy gościnni. Ale szybko okazało się, co jest powodem takich nadzwyczajnych środków. Nie mogliśmy się nawet przywitać z naszymi rodzinami, które na nas czekały. Wcześniej w ogóle nie wiedzieliśmy nic o kwarantannie. Zabrano nas do Lublińca. Siedzieliśmy w tamtejszym ośrodku przez tydzień, lekarze pilnie nas obserwowali. Na treningi jeździliśmy codziennie na miejscowy stadion. Wiadomo jednak, jakie są porcje żywieniowe w szpitalach. Klub załatwił więc, że dostarczono do placówki całego świniaka. W ten sposób otrzymywaliśmy racje potrzebne do utrzymania odpowiedniej dyspozycji – wspominał kapitan Górnika w książce „Stanisław Oślizło. Droga do legendy”.
Przymusowe odosobnienie nie miało większego wpływu na dyspozycję piłkarzy. W rewanżu po raz drugi pokonali Göztepe (3:0) i awansowali do ćwierćfinału PZP. A niejako „po drodze” odprawili Stal Rzeszów (1:0) w ekstraklasie i Wawel Kraków (2:0) w Pucharze Polski. Po tych wydarzeniach, kibice żartowali, że Górnik pokonał nie trzech, ale… czterech rywali, w tym tego najbardziej nieoczekiwanego – epidemię.
MORAŁ: Życie sportowca pełne jest niespodzianek. „Niewinny” z pozoru wylot do Turcji okazał się „torem przeszkód”. Operatywni działacze Górnika stanęli jednak na wysokości zadania, co w dobie permanentnego wówczas niedoboru mięsa, nie było łatwe.


Decydujący moment meczu FC Sion – GKS Katowice. Robert Sęk wchodzi w miejsce kontuzjowanego Mirosława Dreszera. Mimo że awizowane jest pojawienie się na boisku zawodnika z numerem 12, wyraźnie widać, że rezerwowy bramkarz GieKSy ma na plecach „jedynkę”.
1986: SZCZĘŚCIE W NIESZCZĘŚCIU
Doznał uszczerbku na zdrowiu, ale zyskał… żonę. Ta niecodzienna historia przydarzyła się bramkarzowi GKS-u Mirosławowi Dreszerowi. W 2. rundzie Pucharu Zdobywców Pucharów (sezon 1986/87) katowiczanie trafili na FC Sion. U siebie, mimo dwóch goli Marka Koniarka, tylko zremisowali 2:2. W rewanżu, do 57. minuty, utrzymywał się, wciąż dający nadzieję na awans, bezbramkowy remis. Ale wtedy rozpoczął się pech „Gieksy”. Dreszer wyskoczył do dośrodkowania niemal jednocześnie z napastnikiem gospodarzy.
- Pamiętam tego Cinę grającego z dziesiątką – opowiadał masażysta śląskiego klubu Wojciech Spałek w „Monografii sekcji piłkarskiej GKS Katowice” autorstwa Tomasza Pikuli. – Uderzył Mirka wyprostowaną noga w brzuch. Ewidentny faul Szwajcara, a sędzia podyktował karnego przeciwko nam. Gdy dobiegliśmy do Mirka okazało się, że nie potrafi złapać oddechu. Pierwsze co zrobiliśmy, to przywróciliśmy mu oddech. Doktor Szczerba popatrzył na niego, dotknął go i mówi „kurde on ma śledzionę rozwaloną. Zaraz zniesiemy Mirka do szatni.” Po meczu doktor powiedział, że chce jakąś instrumentariuszkę, anestezjologa i będzie operował Mirka, bo do rana to on może się wykrwawić. Szwajcarzy jednak się nie zgodzili, bo postanowili dopiero rano zrobić Mirkowi dokładne badania diagnostyczne. Mieli rezonans i inne cuda, o których u nas można było jedynie pomarzyć.
Za Dreszera musiał wejść Robert Sęk. Rezerwowy bramkarz nie tylko nie obronił rzutu karnego, ale wpuścił jeszcze dwa gole i GKS odpadł z rozgrywek.
A kontuzja Dreszera była na tyle poważna, że musiał on przez jakiś czas zostać w szwajcarskim szpitalu. Początkowo działacze FC Sion zadeklarowali, że pokryją koszty leczenia, ale po pół roku przesłali do GKS-u rachunek za szpital. Podobno prezes katowickiego klubu Marian Dziurowicz mało nie spadł z krzesła jak zobaczył kwotę jaką musiał zapłacić.


Szczęśliwa para zakochanych: Mariola Michajłow (później Dreszer) i Mirosław Dreszer. Zdjęcie wykonano w szwajcarskim szpitalu gdzie bramkarz GKS-u Katowice przechodził rekonwalescencje po operacji pękniętej śledziony.
Ta historia zakończy się jednak happy endem. A nawet dwoma. Po pierwsze Dreszer wyzdrowiał i jeszcze przez wiele lat z powodzeniem stał w bramce. Po drugie podczas pobytu w szwajcarskim szpitalu towarzyszyła mu Mariola Michajłow (córka ówczesnego drugiego trenera GKS-u), która z racji biegłej znajomości języka francuskiego przejęła rolę tłumaczki. Robiła to na tyle skutecznie, że została… żoną bramkarza GKS-u.
MORAŁ: Z trudnej, czy nawet dramatycznej sytuacji życiowej, można wyjść obronną ręką. A początkowe niepowodzenie przekuć w sukces. Historia Mirosława i Marioli Dreszerów jest tego najlepszym przykładem.
1997: - TRENERZE, LUDZIE CHCĄ!
Meczów polskich klubów w europejskich pucharach uzbierało się już grubo ponad tysiąc. Ale przynajmniej dwa były wyjątkowe. Na listę strzelców wpisali się w nich… bramkarze. Janusz Jojko i Siergiej Szypowski pokonali swoich rywali z drugiej strony boiska strzałami z rzutów karnych. Co ciekawe, obaj podeszli do „jedenastek” na wyraźne życzenie kibiców.
Pierwszy chronologicznie był Jojko. 23 sierpnia 1994 roku nie dał szans golkiperowi Interu Cardiff w rewanżowym meczu rundy kwalifikacyjnej Pucharu UEFA. GKS Katowice prowadził wtedy 3:0 (pierwsze spotkanie wygrał na wyjeździe 2:0). Przy takim wyniku można sobie pozwolić na pewną ekstrawagancję. Taka nadarzyła się w 75. minucie.
- Nasi w tym meczu dopełnili tylko formalności deklasując wręcz amatorów z Walii. Atmosfera na tym meczu była jak na średnim ligowym spotkaniu. Jedynie raz cały stadion się ożywił gdy przy ustalonym już wyniku sędzia podyktował rzut karny. Cały stadion domagał się by wykonał go Janusz Jojko. Gdy nasz bramkarz podchodził do piłki cały stadion wrzał, a mnie aż przechodziły ciarki. Janusz zdobył gola, który wywołał sporo radości wśród kibiców. – wspominał jeden z fanów oglądających spotkanie, które GKS wygrał 6:0.


86. minuta meczu Hutnik Kraków – Chazri Buzowna (17 lipca 1996 roku). Za chwilę Siegiej Szypowski pokona z rzutu karnego azerskiego bramkarza Faika Azizowa i zapisze się w historii występów polskich klubów w europejskich pucharach.
W ślady Jojki, prawie trzy lata później, poszedł Szypowski. W pierwszym meczu rundy wstępnej Pucharu UEFA Hutnik Kraków trafił na zespół Chazri Buzowna. Wicemistrz Azerbejdżanu okazał się na Suchych Stawach „chłopcem do bicia”, choć debiutujący w europejskich pucharach gospodarze, przez pierwsze pół godziny jeszcze snuli się po boisku. Wystarczyło jednak trochę podkręcić tempo. Wtedy zaczęło przybywać goli, a gościom ubywać zapału.
Szypowski długo był w tym spotkaniu bezrobotny, ale okazja do „rozruszania kości” nadarzyła się w 86. minucie.
- Pamiętam, że ludzie obawiali się tego meczu, a ja znałem tamtejszy futbol. Grałem przeciwko klubom z Azerbejdżanu, Gruzji, czy Armenii i wiedziałem, że oni grali do pierwszej bramki. Na początku atakowali, ale gdy tracili gola, to potem była anarchia. No i tak też było w meczu Hutnika z Chazri Buzowna. Strzeliliśmy bramkę i później poleciały kolejne, a później był ten rzut karny. Cały stadion krzyczał: - Siergiej, Siergiej, więc ja biegnę do tego karnego, a trener Kasalik na to: - A ty gdzie? na co odpowiedziałem: - Trenerze, ludzie chcą. No i strzeliłem tego gola – wspominał rosyjski bramkarz w książce Grzegorza Ignatowskiego, Andrzeja Potockiego i Mariusza Świerczyńskiego „Polskie kluby w europejskich pucharach”.
Hutnik wygrał 9:0 i wyrównał rekord najwyższego zwycięstwa polskiego klubu w europejskich pucharach. W 1972 roku Legia, takim samym wynikiem, rozbiła islandzki Vikingur Reykjavik.
MORAŁ: Piłkarze grają dla kibiców, choć często zapominają o tej banalnej prawdzie. Z tego powodu czasami warto spełnić nietypowe życzenie fanów. Do takiego wniosku doszli również Jojko i Szypowski.