Stanisław Burzyński podczas treninguStanisław Burzyński podczas treningu
KronikiBurza, po której nie wyszło słońce
Burza, po której nie wyszło słońce
Autor: Piotr Kuczkowski
Data dodania: 04.11.2020
FOT. EAST NEWSFOT. EAST NEWS

Niewiele jest w historii polskiego futbolu postaci tak tragicznych. Opowieści, które nie mają szczęśliwego zakończenia. W których nie ma pozytywnych zwrotów akcji i które ostatecznie puentuje dramat piłkarza, ale przede wszystkim człowieka. Stanisław Burzyński był jednym z czołowych bramkarzy kraju w latach 70. Robił systematyczne postępy, zdobywał uznanie i popularność. Zadebiutował w drużynie narodowej, a na horyzoncie pojawiał się zagraniczny transfer. Wszystkie plany legły jednak w gruzach w pewien zimowy, lutowy wieczór 1980 roku. Po nim już nic nie było takie samo.

ŻYCIE PRZED

Jego historia od najmłodszych lat nie należała do „najłatwiejszych”. Urodził się w Gdańsku, gdzie piłkarską przygodę rozpoczynał w miejscowej Lechii. Jego ojciec, kibic biało-zielonych, marzył o tym, żeby syn w przyszłości reprezentował barwy ukochanego klubu. Niestety jego metody „motywacyjne” młody Burzyński często odczuwał na własnej skórze. A, że od dzieciństwa nie miał też łatwego charakteru, często chodził obolały nie tylko po ciężkich treningach z drużyną. W wieku niespełna 20 lat zadebiutował w drugoligowym wówczas zespole. Skorzystał z urazu pierwszego golkipera Mieczysława Sztuki i miejsca między słupkami już nie oddał. Po spadku w 1969 roku, po utalentowanego piłkarza zgłosili się działacze Arki. Mimo wielu obaw poprzedzających transfer, w Gdyni nigdy nie żałowali sprowadzenia bramkarza do klubu.

Obawialiśmy się tego transferu, ale przez trzy lata nie sprawiał żadnych problemów. Inna sprawa, że odbyliśmy sporo rozmów wychowawczych. Pamiętam, że gdy wróciliśmy z obozu w Soczi, jego matka niemal całowała mnie po rękach. Mówiła, że w końcu wyszedł na ludzi.

Trener Arki Gdynia Grzegorz Polakow
Fragment książki „Wielki Widzew” M. Wawrzynowskiego, wydawnictwo QSB, Warszawa 2013

Zaangażowanie i nieustępliwość.  Te cechy charakteryzowały Burzyńskiego zarówno w rywalizacji o punkty, jak i na treningu. To nimi zyskał szacunek i uznanie kolegów z boiska, ale też kibiców, z którymi utrzymywał również osobiste relacje. Zawsze mówił to co myśli, nie bawił się w dyplomację. Barwy Arki reprezentował przez sześć lat, podczas których zaliczył blisko 200 występów. Zdecydował się odejść po degradacji do II ligi. Miał trafić do zabrzańskiego Górnika, ale ostatecznie dał się przekonać do przeprowadzki do Łodzi. Widzew właśnie awansował, a Leszek Jezierski budował drużynę, która miała się włączyć do rywalizacji o najwyższe cele. Fizyczny futbol preferowany przez „Napoleona” pasował bramkarzowi, który szybko odnalazł się przy Armii Czerwonej. Razem z nim do klubu z bydgoskiego Zawiszy dołączył w tym czasie również Zbigniew Boniek.

Stanisław Burzyński podczas treningu Widzewa Łódź.Stanisław Burzyński podczas treningu Widzewa Łódź.
FOT. PAP

W Widzewie Stanisław Burzyński odnalazł się wyśmienicie. Na zdjęciu z 1975 roku podczas treningu łódzkiej drużyny.

Kolejne lata w barwach czerwono-biało-czerwonych przynosiły kolejne sukcesy. Mistrzostwa łodzianie co prawda jeszcze nie wywalczyli, ale trzykrotnie (w latach 1977, 1979, 1980) ligowe zmagania kończyli na drugiej pozycji. Duży w tym udział bramkarza, który za sezon 1978/1979 został uhonorowany przez dziennikarzy „Sportu” Złotymi Butami dla najlepszego piłkarza rozgrywek. To oznaczało nowe wyzwania, jakimi bez wątpienia były starcia na europejskiej arenie. I choć Pucharu UEFA Widzew nie zawojował, zwycięski dwumecz z Manchesterem City przeszedł do historii zarówno klubu, jak i całego polskiego futbolu. Sam Burzyński poza Anglikami, miał również okazję powstrzymywać piłkarzy holenderskiego PSV Eindhoven i francuskiego AS Saint-Étienne. Zanim jeszcze jednak wywalczył pierwszy medal mistrzostw Polski, dostał szansę debiutu w reprezentacji. Wiosną 1976 roku zagrał w towarzyskim meczu z Argentyną w Chorzowie (1:2). Później wystąpił również w wyjazdowym meczu z Francją rozegranym w Lens (0:2). 

Interwencje Stanisława Burzyńskiego w wyjazdowym meczu z Francją, przegranym 0:2 (24.04.1976 roku)

To był znakomity bramkarz, którego kariera zakończyła się tragicznie. Nie chciałbym teraz oceniać, czy mogło to potoczyć się inaczej, jednak potwierdzam, że miał potencjał na grę na poziomie europejskim. Stąd również powołania do kadry.

Andrzej Strejlau, asystent selekcjonera w 1976 roku
Wypowiedź dla widzew.com z 31 lipca 2020 r.

Na stałe miejsce w kadrze nie miał jednak co liczyć, bo to było zarezerwowane dla Jana Tomaszewskiego. Marzył o wyjeździe na mundial do Argentyny, ale ostatecznie musiał zadowolić się występami w drużynie olimpijskiej. Nigdy nie zrezygnował jednak z walki o pierwszą reprezentację, w czym z pewnością pomogłyby przenosiny do silnego, europejskiego klubu. Przełom miał nastąpić w 1980 roku, kiedy po bramkarza zgłosiło się angielskie Ipswich Town. Wszystkie szczegóły transferu miały już być ustalone, brakowało tylko podpisu piłkarza na umowie. Podpisu, którego ostatecznie jednak nigdy nie złożył.

ŻYCIE PO

Gdyby nie to, co wydarzyło się wieczorem 25 lutego 1980 roku, być może dziś Stanisław Burzyński występowałby w telewizji w roli eksperta, dzieląc się swoim bogatym doświadczeniem i oceniając występy Wojciecha Szczęsnego, Łukasza Fabiańskiego i innych polskich bramkarzy. Do tego jednak nigdy nie doszło. Feralnego dnia, jadąc samochodem z drugim bramkarzem Widzewa Piotrem Gajdą, potrącił przechodzącego przez jezdnię pieszego. Poszkodowany zmarł, a będący pod wpływem alkoholu Burzyński zbiegł z miejsca wypadku, udając się po pomoc do kolegi z drużyny Zbigniewa Bońka. Milicja nie miała jednak problemów ze znalezieniem sprawcy, ponieważ świadek zapisał numery rejestracyjne pojazdu. I choć po przesłuchaniu, zanim o sprawie dowiedziała się opinia publiczna, zawodnik wystąpił jeszcze w inaugurującym rundę wiosenną meczu z GKS-em Katowice było jasne, że odpowiedzialności nie uniknie. Ostatecznie za spowodowanie wypadku i nie udzielenie pomocy został skazany na 2,5 roku więzienia. Z aresztu w okolicach Opola trafił do zakładu półotwartego. Dostał zgodę na treningi z Odrą, ale miał duże problemy z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości. Po wcześniejszym wyjściu na wolność (po wprowadzeniu stanu wojennego) wrócił do Trójmiasta. Najpierw grał w Bałtyku, później ponownie trafił do Arki. Nigdy nie był już w stanie wrócić nie tylko do sportowej dyspozycji, ale także życiowej równowagi. Nasiliły się problemy z alkoholem. Wielokrotnie miał analizować przebieg wypadku i fakt, że przechodzień jego zdaniem zawrócił, co uniemożliwiło mu uniknięcia zderzenia.

To nie wypadek czy alkohol zabiły Stasia, ale ten niedoszły transfer do Ipswich. Był tak blisko. Mógł być kimś, a został przegranym. Tak się czuł. Nigdy nie powiedział tego, ale i nie potrafił ukryć, że siedzi w nim poczucie goryczy. On w życiu sobie radził nawet dobrze, normalnie i uczciwie pracował, ale nie potrafił sobie poradzić ze swoją straconą szansą.

Były piłkarz Lechii Andrzej Nowak
Fragment książki „Wielki Widzew” M. Wawrzynowskiego, wydawnictwo QSB, Warszawa 2013

Burzyński z Nowakiem pracował w gdańskim Miejskim Ośrodku Sportu i Rekreacji, gdzie zajmował się utrzymaniem obiektów. Jednocześnie bramkarz wciąż reprezentował MOSiR w rozgrywkach ligowych. Później zatrudnił się też w gdyńskiej stoczni. Do końca jego życie toczyło się jednak w cieniu tragicznych wydarzeń z ulicy Rzgowskiej w Łodzi. Wszystko co działo się później było konsekwencją wypadku, którym Burzyński odebrał sobie marzenia. 5 listopada 1991 roku wyskoczył ze swojego gdyńskiego mieszkania na 9. piętrze. Miał wówczas 43 lata.