






Kotwica poszła na dno w Pruszkowie. I to dosłownie. Drużyna z Kołobrzegu, która we wcześniejszych meczach sezonu 2024/25 prezentowała się bardzo przyzwoicie (3 wygrane, 2 remisy i porażka), została rozbita przez Znicz! Konia z rzędem temu, kto obstawiłby taki rezultat. Tym bardziej w sytuacji, gdy zespół spod Warszawy przegrał w takim samym stosunku w poprzedniej kolejce z Miedzią w Legnicy (chociaż – co należy podkreślić – wcale nie był gorszy od rywala). Teraz role się odwróciły – to Znicz strzelał gola za golem. Kotwica zaś nie miała pomysłu na pokonanie Piotra Misztala. Z przebiegu spotkania (rozgrywanego w samo południe) wynik 4:0 dla gospodarzy był najniższym wymiarem kary, jaka spotkała tego dnia ekipę znad morza.

































































































13
K. Imai
17
A. Kazimierczak
19
M. Karol
1
B. Klebaniuk
8
T. Proczek
27
K. Flisiuk
26
F. Kendzia
22
K. Tabara
5
D. Juchymowycz


Drużyny Znicza (z prawej) i Kotwicy przed meczem 7. kolejki Betclic 1. Ligi 2024/25. Spotkanie rozpoczęło się w samo południe. Z trybun obserwowało je zaledwie 540 widzów.



Zespoły podchodziły do rywalizacji w odmiennych humorach. Znicz przegrał ostatnie dwa mecze ligowe (2:3 z Górnikiem Łęczna, 0:4 z Miedzią Legnica), a Kotwica wygrała (2:0 z ŁKS-em i 1:0 z Polonią Warszawa). Jednak na murawie, a przede wszystkim pod bramką, lepsi byli gospodarze.


Kapitanowie – Łukasz Kosakiewicz (w białym stroju) z Kotwicy i Piotr Misztal ze Znicza – znali się doskonale ze wspólnej gry w klubie z Pruszkowa. Obrońca drużyny z Kołobrzegu występował w zespole spod Warszawy w rundzie jesiennej sezonu 2021/22.



Kotwica próbowała znaleźć odpowiedź na skuteczne ataki Znicza, jednak zespół z Pruszkowa kontrolował przebieg meczu, nie pozwalając rywalom na rozwinięcie skrzydeł.




Jednym z kluczowych piłkarzy Znicza był Radosław Majewski (na zdjęciu). To przez niego przechodziła większość akcji ekipy z Pruszkowa. Były zawodnik m.in. Polonii Warszawa i Lecha Poznań zaliczył asystę przy drugim golu, precyzyjnie dośrodkowując piłkę z rzutu rożnego na głowę Łukasza Wiecha.



Znicz Pruszków zagrał w niedzielę na własnym stadionie z Kotwicą Kołobrzeg i od początku atakował groźniej niż beniaminek. Drużyna z Mazowsza była zmotywowana do tego, żeby zrehabilitować się za porażkę 0:4 w poprzednim meczu z Miedzią Legnica.


Akcja z 20. minuty spotkania, po której skaczący do główki Wiktor Nowak dał prowadzenie drużynie z Pruszkowa.







Nie było łatwo po meczu w Legnicy, który przegraliśmy 0:4. Po dwóch dniach, kiedy wróciliśmy nad ranem, został nam praktycznie jeden dzień na regenerację. Wczoraj mieliśmy lekki rozruch. Było dzisiaj widać, że piłkarze bardzo chcieli, pracowali w trudnych warunkach, byli konsekwentni w założeniach, które mieliśmy na ten mecz. Odnieśliśmy okazałe zwycięstwo, strzeliliśmy cztery gole. Tak naprawdę, może poza jedną sytuacją w 1. połowie, gdy strzał oddawał Bykowski, Kotwica nie zagrażała naszej bramce. My bardzo dobrze przechodziliśmy z obrony do ataku, mieliśmy mnóstwo sytuacji, mogliśmy zamknąć ten mecz wcześniej. Widać było trochę nerwowości, przy 1:0, ale jak zdobyliśmy bramkę na 2:0, to można powiedzieć kolokwialnie – puściło chłopakom – i zakończyliśmy spotkanie okazałym zwycięstwem.







Patrząc przez pryzmat wyniku i mając na uwadze to, że wcześniej traciliśmy nie za dużo bramek, można by powiedzieć, że to był wypadek przy pracy. Ale to nie jest wypadek przy pracy, bo mamy świadomość tego, że jesteśmy zespołem, który pierwszy raz gra na tym poziomie rozgrywkowym. Wiemy, że naszą siłą jest dobra organizacja gry, dyscyplina, której dzisiaj – przy praktycznie wszystkich bramkach – nie było. Mieliśmy taki moment, po którym – być może – mecz ułożyłby się inaczej. Chodzi o sytuację Bykowskiego, gdy była okazja na 1:1. Następnie bardzo dobrze weszliśmy w 2. połowę, dominowaliśmy, choć może nie mieliśmy jakichś klarownych sytuacji, ale mimo wszystko ciągle było tylko 1:0 dla Znicza. Sygnał ostrzegawczy dostaliśmy w 60. minucie. To było niedopuszczalne, żeby zostać tak skontrowanym, przy przewadze przeciwnika 2 na 1. Mieliśmy szczęście, że nie padł gol. Przy pierwszej, drugiej i trzeciej bramce byliśmy w przewadze w linii defensywnej, a mimo to daliśmy się zaskoczyć.


Czwarty gol dla Znicza padł w kuriozalnych okolicznościach. Obrońca Kotwicy Michał Kozajda wyłożył piłkę jak na tacy Adrianowi Kazimierczakowi, a napastnik gospodarzy skwapliwie skorzystał z prezentu.




Choć powyższy tytuł może budzić pewne skojarzenia, kompletnie nie ma z nimi związku. Określenie to odnosi się do konkretnych zdarzeń z meczu Znicza z Kotwicą. Otóż Daniel Stanclik i Filipe Oliveira zanotowali – odpowiednio: po jednym golu i po jednym celnym strzale. Napastnik drużyny z Pruszkowa miał sporo okazji do zdobycia bramki, ale tylko raz udało mu się pokonać bramkarza gości. Stanclik, a to obił spojenie, a to posłał piłkę tuż obok słupka, a to uderzał nożycami. Przy tej ostatniej próbie kapitalną paradą popisał się Marek Kozioł. A i przy golu nie obyło się bez perturbacji, bo najpierw snajper Znicza trafił w… słupek. Jeżeli zaś chodzi o portugalskiego pomocnika Kotwicy to jedyny celny strzał na bramkę gospodarzy oddał w doliczonym czasie 1. połowy. Oliveira kropnął z dystansu, ale Piotr Misztal zdołał obronić jego uderzenie.

