

Gdańska twierdza padła. Kobieca reprezentacja Polski doznała pierwszej porażki w swoim „domu”, czyli na Polsat Plus Arenie. Niespodziewanie pogromczyniami biało-czerwonych były Irlandki, a więc zespół będący w zasięgu naszych piłkarek. Niestety, tego wieczora polskie zawodniczki rozegrały najsłabsze spotkanie na gdańskim obiekcie. Od pierwszych minut lepiej prezentowały się zawodniczki z Irlandii, które już po 20 minutach prowadziły 2:0. Wprawdzie Polki strzeliły kontaktowego gola przed przerwą, ale na początku 2. połowy, jeszcze przed upływem godziny gry, rywalki trafiły do bramki po raz trzeci. Ozdobą meczu była bramka Ewy Pajor, która zaskoczyła Courtney Brosnan efektownym lobem. Irlandia mogła wygrać wyżej, ale Katie McCabe nie wykorzystała rzutu karnego w 82. minucie. Po trzech spotkaniach eliminacji mistrzostw świata dywizji A biało-czerwone miały na koncie 1 punkt.






















































3
W. Zieniewicz
15
M. Kokosz
17
G. Grzybowska
16
K. Jedlińska
7
P. Sarapata



Był na stadionie w Gdańsku przynajmniej jeden zachwycony człowiek – to komentator irlandzkiego radia. Na początku, niby ekspert ogrodnictwa, poświęcił dużo czasu na analizę stanu murawy w Gdańsku. Plastycznie opisywał brązowe placki tam, gdzie brakowało trawy, zastanawiając się, dlaczego ta murawa wygląda aż tak źle na tak ładnym stadionie. Rzeczywiście wyglądała źle – ale dla obu zespołów. Z biegiem czasu siedzący obok mnie irlandzki komentator skupił się na grze piłkarek z Irlandii. I niestety było na czym.


Reprezentacja Polski kobiet przed meczem z Irlandią. W górnym rzędzie od lewej: Oliwia Woś, Adriana Achcińska, Tanja Pawollek, Paulina Dudek, Kinga Szemik. W dolnym rzędzie od lewej: Aleksandra Zaremba, Paulina Tomasiak, Martyna Wiankowska, Ewa Pajor (kapitanka), Ewelina Kamczyk, Natalia Padilla-Bidas.



Spotkanie rozgrywane w Gdańsku toczyło się pod dyktando przyjezdnych, które pokazały dojrzalszy futbol i odniosły zasłużone zwycięstwo. Podopieczne Niny Patalon miały momenty, jednak to nie wystarczyło do pierwszej wygranej w tym cyklu eliminacyjnym.



Jeśli mamy realnie powalczyć o awans na mundial, to musimy w takich spotkaniach szukać punktów. Nie „punktu”, a „punktów". A o tym, że Polki na to stać, przekonaliśmy się podczas marcowych spotkań z Holandią, gdzie wywalczyły remis oraz Francją, gdzie do przerwy, gdy jeszcze grały 11 na 11, również utrzymały remis, choć później grając w osłabieniu przegrały. Te mecze jednak dały nadzieję.







Miałyśmy momenty, kiedy trzeba było przyśpieszyć grę, a tego nie zrobiłyśmy. Nie wykorzystałyśmy sytuacji, gdy mogłyśmy zrobić przewagę, co przy tak ustawionym rywalu nie mogło się udać. Wiemy już dużo lepiej jak gra Irlandia, za kilka dni znów się spotkamy. Mam nadzieję, że dziewczyny są wkurzone, ja się cieszę, że już w sobotę gramy rewanż.


Bramka zdobyta przez naszą pomocniczkę pod koniec 1. połowy wlała nadzieję w serca kibiców. Wszyscy liczyli, że biało-czerwone odwrócą po przerwie losy rywalizacji. Tak się niestety nie stało. Trzeba jednak obiektywnie przyznać, że gol strzelony głową przez Tanję Pawollek był efektowny. Piłka odbiła się po drodze od słupka, czym kompletnie zmyliła irlandzką bramkarkę, Courtney Brosnan. Dla Polki było to drugie trafienie w reprezentacji. Poprzednio posłała ona futbolówkę do siatki w wyjazdowym starciu z Grecją w Lidze Narodów w edycji 2023/24 (dywizja B). Co ciekawe, bramka Pawollek padła wówczas po… uderzeniu głową. I co najważniejsze – wtedy to biało-czerwone zwyciężyły 3:1.


Reprezentantka Irlandii podtrzymała dobrą serię meczów z golem w eliminacjach mistrzostw świata 2027. Zawodniczka mogąca grać na kilku pozycjach (od obrony, poprzez wahadło, skrzydło aż po atak) zaliczyła w spotkaniu z Polską trzecie trafienie z rzędu. Najpierw zdobyła bramkę w konfrontacji z Francją (1:2), potem z Holandią (1:2), a teraz z biało-czerwonymi. I tylko z naszą drużyną Irlandki ostateczni wywalczyły jakiekolwiek punkty. Katie McCabe wpisała się na listę strzelczyń w 20. minucie, podwyższając prowadzenie swojego zespołu. Niewiele brakowało, aby mecz w Gdańsku zakończyła z dubletem. Okazję ku temu miała wyborną. W 82. minucie podeszła do rzutu karnego, ale fatalnie przestrzeliła.



Dwubramkowe prowadzenie wprawiło siedzącego obok mnie irlandzkiego radiowca w ekstazę, jakby był po czterech szklankach guinessa. Krzyczał do mikrofonu, że Irlandki dotąd przegrały dwa mecze w grupie z lepszymi Francuzkami i Holenderkami, ale mecz z Polską to zupełnie inna para kaloszy. Tam Irlandki czekały na przeciwniczki, tu same zaatakowały, jakby grały u siebie. Rzeczywiście na biało-zielonym „Bursztynku” mogły się czuć jak w Dublinie. Na ich tle Polki wyglądały zaskakująco słabo. Grały niedokładnie, nerwowo, były spóźnione i mało ruchliwe. Na stadionie, na którym dotąd tylko wygrywały (6 razy) bądź remisowały (2 razy), ale nigdy nie przegrały, nagle wyglądały na całkowicie zagubione. Zagrały chyba najgorsze pół godziny odkąd grają w Gdańsku.









