






Posługując się ocenami szkolnymi, obie drużyny można byłoby podsumować następująco: Stal zagrała na piątkę, GKS na jedynkę. Noty te przełożyły się na liczbę goli. Od początku spotkania 11. kolejki przeważali Rzeszowianie, ale ku zaskoczeniu miejscowych widzów, to zespół z Tychów jako pierwszy wyszedł na prowadzenie – po przepięknym uderzeniu Maksymiliana Dziuby. Bramka gości podziałała na gospodarzy niczym płachta na byka. Wyrównanie przyszło szybko, a tuż przed przerwą Stal wbiła GKS-owi jeszcze dwa gole. W 2. połowie 80-latka z Rzeszowa zadała rywalom kolejne dwa ciosy, kończąc mecz efektownym triumfem. Dla popularnych Żurawi było to pierwsze zwycięstwo po serii czterech spotkań bez wygranej (trzy remisy, porażka), Tyszanie zaś przegrali po raz trzeci w sezonie 2024/25.
































































































9
T. Bała
44
B. Piotrowski
51
A. Gaża
27
C. Peña
12
J. Raciniewski
45
K. Paśko
14
K. Kościelny
53
I. Postupalski



GKS przyjechał do Rzeszowa z bilansem bramkowym 4:6, co sugerowało, że biało-niebiescy powinni mieć spokój w tyłach, ale niekoniecznie łatwo przyjdzie im strzelanie goli. Ku radości kibiców jakość defensywy tyszan okazała się mocno przereklamowana. Stal wbiła Ślązakom niemal tyle samo bramek, ile ci stracili w poprzednich dziesięciu meczach.


Drużyny Stali Rzeszów (na biało) i GKS-u Tychy przed meczem 11. kolejki. Na trybunach Stadionu Miejskiego zasiadło 2812 widzów.



Tyski zespół przed meczem w Rzeszowie miał serię czterech ligowych meczów bez wygranej, a ostatnio przegrał w Pucharze Polski Olimpią w Grudziądzu 2:4. GKS pod wodzą nowego trenera Artura Skowronka w trzech spotkaniach zgromadził 2 punkty. Tyszanie przed poniedziałkowym meczu mieli najmniej strzelonych goli w I lidze (4, a Stal 18!), ale też najmniej straconych – 6.


Kapitanowie obu drużyn – Nemanja Nedić z GKS-u Tychy (z lewej) i Andreja Prokić ze Stali Rzeszów – w towarzystwie trójki sędziowskiej.




Wielki pech kapitana GKS-u Nemanji Nedicia. W 45. minucie obrońca tyskiej drużyny, chcąc przeciąć centrę Krystiana Wachowiaka, przeszkodził w interwencji Marcelowi Łubikowi i wpakował piłkę do własnej bramki.







Szybka odpowiedź pozwoliła wyprowadzić mecz na swoją stronę. To było ważne, bo są to trudne momenty, gdy się przeważa, ma okazje bramkowe i nagle się traci gola. To może złamać mocniejszych od nas, ale akurat w tym meczu okazało się impulsem, który przełączył nasze podejście do pewnych zachowań, tak w obronie, jak i w ataku. Po tym przysłowiowym gongu zareagowaliśmy bardzo pozytywnie, stąd jestem z tego meczu absolutnie zadowolony. Sytuacje, z których zdobyliśmy gole, nie były aż tak bardzo czyste czy klarowne. Okazje z drugiej połowy, a szczególnie te z pierwszych fragmentów meczu, były zdecydowanie bardziej korzystne, łatwiejsze do zdobywania bramek. Cóż, tak bywa.







Najtrudniejszy moment dla zespołu nastąpił wtedy, gdy w krótko przed przerwą dostaliśmy dwa dzwony. W szatni drużyna nakręcała się, wierzyła, że można coś zdziałać w drugiej połowie. Niestety, znowu podcięło nam skrzydła, bo pięć minut po tym, co powiedzieliśmy sobie w przerwie, dostaliśmy kolejnego dzwona, czyli czwartego gola. Mecz zrobił się bardzo otwarty, też stworzyliśmy sobie sytuacje, ale dobrze interweniował bramkarz, ale oczywiście zasłużone zwycięstwo Stali. Jestem miesiąc w tej drużynie. Oczekiwałem innych wyników, wyjdziemy z tej sytuacji. Nie z takich wychodziłem. Zrobiliśmy bałagan, jest mało czasu, ale musimy podołać wyzwaniu i wierzę, że wyjdziemy na prostą.




Ofensywny pomocnik GKS-u był autorem najładniejszej bramki tego spotkania. Jednak dla Maksymiliana Dziuby było to marne pocieszenie. Owszem w momencie, gdy trafiał do siatki Stali, to jego drużyna wyszła na prowadzenie. Wypożyczony z Lecha Poznań piłkarz przymierzył idealnie, a interweniujący Krzysztof Bąkowski, nie miał wiele do powiedzenia. Ani Dziuba, ani żaden z jego kolegów, nie mówiąc o trenerze Arturze Skowronku, nie spodziewał się, że będą to miłe złego początki dla tyskiego zespołu. Po zaledwie trzech minutach Stal wyrównała. Piłkę z rzutu rożnego zacentrował Sébastien Thill, a ta spadła wprost pod nogi Marcina Kaczora, który musiał jedynie dostawić stopę, by strzelić gola. Obrońca Żurawi rozwiązał przysłowiowy worek z bramkami. Rzeszowianie zdemolowali wręcz Tyszan, aplikując im potem kolejne cztery gole.