






Stadion Śląski w Chorzowie był świadkiem wielu niezapomnianych spotkań w historii polskiego futbolu. Do tego grona raczej nie zaliczymy starcia Ruchu ze Zniczem. Emocji, efektownych akcji i stuprocentowych sytuacji było w nim jak na lekarstwo. Jeśli już dochodziło do takowych, to na wysokości zadania stawali bramkarze, którzy popisywali się efektownymi paradami (zwłaszcza Jakub Szymański z Ruchu). Rezultat bezbramkowy był więc wynikiem sprawiedliwym. Po dwóch seriach gier Betclic 1. Ligi obie drużyny miały na koncie po 4 punkty oraz 0 po stronie strat.















































































17
A. Lukić
18
K. Kwiatkowski
38
S. Karasiński
19
K. Lipiński
33
M. Huras
95
D. Szczepan
88
M. Turk
14
J. Delgado Nono


Kapitanowie obu drużyn – Piotr Misztal ze Znicza (z lewej) i Maciej Sadlok z Ruchu – w towarzystwie trójki sędziowskiej. Zawody jako główny poprowadził Sebastian Krasny.



W niedzielne popołudnie na Stadionie Śląskim zmierzyły się dwa zespoły, które na inaugurację sezonu wygrały swoje mecze. Po 2. kolejce obydwa podtrzymały miano niepokonanych choć bezbramkowy remis mocno rozczarował kibiców Niebieskich.


Przed meczem kibice Ruchu rzucili na okalającą murawę bieżnię kilka tysięcy maskotek w ramach akcji „Dorzuć misie”. Pluszaki miały następnie trafić do ośrodków, z którymi Niebiescy współpracują przy projekcie Kibice Razem. Dodatkowo Centrum Szkolenia Ruchu Chorzów otrzymywało finansowe wsparcie od Fundacji STS.



Pierwsza połowa przebiegła pod zdecydowane dyktando gości. Nie ma co ukrywać – gdyby nie Jakub Szymański w bramce, Ruchowi bardzo trudno byłoby zachować po 45 minutach czyste konto w starciu z dobrze dysponowanymi pruszkowianami.





Chyba po raz pierwszy w historii grający na tak dużym stadionie Znicz nie przestraszył się gospodarzy i pierwszy groźnie zaatakował.


Jedna z najgroźniejszych sytuacji Znicza w 2. połowie meczu. Strzał na bramkę oddawał Daniel Stanclik, a świetną interwencją popisał się Jakub Szymański.







Na pewno chcieliśmy inaczej punktować w pierwszym spotkaniu przed naszymi kibicami, którzy mimo wakacji licznie stawili się na stadionie. Trzeba to docenić. Chcieliśmy więcej pokazać, ale w 1. połowie nam to nie wyszło. Graliśmy zbyt bojaźliwie, zbyt wolno, źle zajmowaliśmy pozycje, przez co generowaliśmy sporo strat. Brakowało też odwagi w tej ostatniej strefie, żeby wziąć piłkę na siebie, wziąć 1 na 1, zagrać kilka kombinacyjnych podań. Biorę to też na karb tego, że jest to nowa drużyna, która musi się zgrać. I ci, którzy wyszli w pierwszej jedenastce, i zmiennicy – to jest 10 nowych zawodników, którzy dołączyli do zespołu. To jest dla mnie naturalny proces, który musi wystąpić w każdej drużynie, że wielu z nich musi poznać nową filozofię, bo w takiej nie grało. Zauważyłem dziś nawet kilka takich sytuacji, kiedy chcieliśmy zagrać odważnie, do ostatnich minut walczyliśmy o to, żeby wygrać to spotkanie. Taka jest moja filozofia, takim jestem trenerem. Widać było u niektórych zawodników niepewność, gdy bramkarz poszedł w pole karne, a dla mnie jest to coś naturalnego. Chcemy wygrywać, chcemy w ostatnich minutach iść va banque. Oczywiście, czasem może się to skończyć źle, ale w większości przypadków, w takim podejściu, konsekwentnym realizowaniu tego, jesteśmy w stanie zdobywać punkty i przechylać mecze w końcówkach na swoją korzyść.







Niech za komentarz posłuży sytuacja z szatni, kiedy przyjeżdżamy na Stadion Śląski do spadkowicza z ekstraklasy i mój zespół jest niezadowolony po meczu, czuje, że mógł go wygrać i czuje niedosyt, więc na pewno świadczy to o tym, że zagraliśmy dobre spotkanie. W 1. połowie to był bardzo dobry mecz w naszym wykonaniu. Mieliśmy z 4-5 sytuacji, z czego 2-3 takie naprawdę bardzo dobre uderzenia, jak to z głowy Pawła Moskwika z 5 metrów. Tu trzeba oddać – duża klasa bramkarza gospodarzy. Myślę, że zabrakło tej bramki w 1. połowie, by ten mecz potoczyłby się tak, by być w 100% zadowolonym. Jako sztab jesteśmy zadowoleni, że analiza przeciwnika się sprawdziła. Wiedzieliśmy, że drużyny trenera Niedźwiedzia lubią rozgrywać piłkę od tyłu, podchodziliśmy bardzo wysoko, mieliśmy naprawdę dużo odbiorów i to budowało naszą pewność siebie. Długimi fragmentami 1. połowy nasz bramkarz, mówiąc kolokwialnie, był bezrobotny. 2. odsłona wyglądała już inaczej, gospodarze zrobili trzy zmiany w przerwie i ich zespół był przez to świeższy niż my. Brakowało nam dłuższego utrzymywania się przy piłce, nie byliśmy tak skuteczni w pressingu. Trzeba jednak oddać mojej drużynie, że znów w ciężkim momencie dobrze broniła pola karnego, nie dopuszczała do zbyt dużej ilości czystych sytuacji, a w końcówce mieliśmy sporo szczęścia – po strzale w słupek. Myślę, że z całego spotkania możemy być zadowoleni i musimy szanować ten remis.




Żaden z graczy z pola nie znalazł tego dnia sposobu na strzelenie gola. Duża w tym zasługa obu bramkarzy. Nieco więcej okazji do zademonstrowania swoich umiejętności miał Jakub Szymański z Ruchu. Na szczególną uwagę zasługiwały obronione przez niego uderzenia Pawła Moskwika, Bartłomieja Ciepieli i Daniela Stanclika.
„Myślę, że zrobiłem swoje. Na pewno jest niedosyt po tym remisie, bo zawsze jest żal, gdy się nie strzeli gola. Cieszę się, że było 0 z tyłu, cieszę się, że pomogłem. Było kilka sytuacji, w których zrobiłem, co do mnie należy. Trzeba szanować ten punkt, bo na koniec każdy się będzie liczył” – podsumował bramkarz chorzowian.
Piotr Misztal przez pierwszą część spotkania nie miał za wiele pracy. Wykazać się musiał dopiero po przerwie. Brawa należały się mu zwłaszcza za obronę strzału głową Daniela Szczepana. W innej sytuacji – po uderzeniu Somy Novothnego – pomógł mu w interwencji rykoszet. W końcówce meczu Misztalowi dopisało szczęście. Główkował Szczepan, a piłka trafiła w słupek.


Tak wyglądała wspomniana wyżej sytuacja Ruchu z końcowych minut. Danielowi Szczepanowi (u dołu) zabrakło bardzo niewiele, by cieszyć się z gola, który zapewne dałby Niebieskim 3 punkty. Na jego nieszczęście piłka trafiła w słupek.

