






W końcu wygrać przed własną publicznością – taki cel przyświecał piłkarzom GKS-u Tychy przed meczem ze Zniczem Pruszków, który kończył 14. kolejkę Betclic 1. Ligi. Jednak – jak to w takich sytuacjach bywa – założenia to jedno, a ich realizacja – drugie. Drużyna spod Warszawy postanowiła pokrzyżować gospodarzom plany. Już w 59. sekundzie spotkania goście wywalczyli rzut karny, który w 3. minucie zamienił na gola Daniel Stanclik. Mimo sporej przewagi, wielu sytuacji strzeleckich, Tyszanom udało się pokonać Piotra Misztala tylko raz. W 2. połowie sztuki tej dokonał Jakub Budnicki, popisując się niezwykle mocnym i precyzyjnym uderzeniem pod poprzeczkę. Oba zespoły kończyły mecz w dziesiątkę, bo czerwone kartki obejrzeli odpowiednio – Nemanja Nedić (bezpośrednia) i Dominik Sokół (za dwie żółte). Dla GKS-u był to już ósmy remis w sezonie (piąty u siebie), a dla Znicza szósty.




















►UWAGA! Mecz 10. kolejki Odra Opole – Znicz Pruszków, który miał być rozegrany 20 września, został przełożony na 2 października na wniosek Opolan. „Decyzja ta została podjęta ze względu na nadzwyczajną sytuację w części województwa opolskiego i ogłoszony stan klęski żywiołowej” – informowano wówczas na oficjalnej stronie klubu.












































































18
B. Śpiączka
25
W. Żytek
88
N. Dzięgielewski
7
W. Niewiarowski
31
K. Kołotyło
24
D. Połap
3
J. Tecław
11
M. Błachewicz
5
T. Kurtaran


GKS przed meczem ze Zniczem. Stoją od lewej: Julian Keiblinger, Maksymilian Dziuba, Jakub Budnicki, Marcin Szpakowski, Mateusz Hołownia, Marcel Łubik, Daniel Rumin, Jakub Bieroński, Nemanja Nedić (kapitan), Julius Ertlthaler, Tobiasz Kubik.



GKS Tychy przystąpił do meczu ze Zniczem z serią trzech ligowych porażek z rzędu i miał passę siedmiu spotkań bez zwycięstwa w Betclic 1. Lidze. Był bez domowego zwycięstwa. Na pierwszą wygraną w roli trenera tyszan czekał Artur Skowronek. GKS z 10 punktami znajdował się tuż nad strefą spadkową. Natomiast Znicz miał 20 punktów i był niepokonany od czterech spotkań.


Znicz przed meczem z GKS-em. Stoją od lewej: Bartłomiej Ciepiela, Władysław Ochronczuk, Piotr Misztal (obaj nieco zasłonięci), Patryk Plewka, Filip Kendzia (przysłonięty), Radosław Majewski, Oskar Koprowski, Paweł Moskwik, Daniel Stanclik, Mateusz Karol, Dominik Sokół.



Spotkanie zaczęło się dla gospodarzy w najgorszy możliwy sposób, bo niemal od razu sprokurowali rzut karny. Daniel Rumin nierozważnie zachował się przy wyskoku, uderzył rywala w twarz i sędzia nie miał wątpliwości co do użycia gwizdka.


Trzecia minuta spotkania – Daniel Stanclik pewnie wykorzystuje rzut karny, dając prowadzenie drużynie Znicza. Dla napastnika zespołu z Pruszkowa był to ósmy gol w sezonie 2024/25 w Betclic 1. Lidze.





GKS Tychy kandyduje na największe rozczarowanie rundy jesiennej na szczeblu centralnym w Polsce. W 14 kolejkach drużyna najpierw Dariusza Banasika, a następnie Artura Skowronka strzeliła tylko osiem goli. Wystarczyło to do jednego zwycięstwa i ośmiu remisów. Ponadto GKS poniósł sześć porażek. Zawodząca drużyna znalazła się tuż nad strefą spadkową w Betclic I lidze, a frekwencja na stadionie w Tychach była w poniedziałek niska.


Potężna bomba z woleja Jakuba Budnickiego (nr 16) dała GKS-owi remis. Tyszanie zanotowali tym samym ósmy podział punktów w sezonie 2024/25.







Drużynie potrzebne są zwycięstwa, punkty, żeby złapać kulturę i płynność gry, mieć większy spokój w poczynaniach boiskowych. Na pewno trudno o to, gdy tak rozpoczyna się mecz. Bardzo szybko dostajemy rzut karny i wtedy pojawia się w głowach piłkarzy wiele myśli. Zawodnicy starali się wyrzucić je z pamięci jak najszybciej. Myślę, że pokazali to, dążąc po niejednego dzisiaj gola. Na pewno w pełni rozumiem kibiców, ich zdenerwowanie i frustrację w pewnych monetach, bo oczekują – jak i my – punktów i zwycięstw. Natomiast nie mogę odmówić drużynie, że nie starała się zrobić wszystkiego na boisku, abyśmy wreszcie sięgnęli dzisiaj po pełną pulę.







Myślę, że za nami szalony mecz. Mecz, w którym wiele rzeczy było poza kontrolą. Dłuższymi fragmentami poza kontrolą naszego zespołu, zwłaszcza 1. połowa nie była dobra w naszym wykonaniu. Nie wiem czy tak szybko strzelony gol spowodował, że mieliśmy w głowie to, żeby przede wszystkim nie stracić bramki. Na pewno duża w tym zasługa bramkarza Piotrka Misztala, który bardzo dobrze bronił na przedpolu i te dośrodkowania wyłapywał, wychodził odważnie – i to nas utrzymywało przy życiu. 2. połowa lepsza. Po korekcie w ustawieniu linii pomocy zaczęliśmy dłużej utrzymywać się przy piłce, zawodnicy wzięli odpowiedzialność za piłkę i wyglądało na to, że „pójdziemy” po drugą bramkę. Mieliśmy poprzeczkę, dwa uderzenia z trzeciego metra. Niestety, nie strzeliliśmy. I w takim momencie, gdy dobrze się czuliśmy, zagrażaliśmy bramce, mogliśmy zamknąć spotkanie, dostaliśmy drugą żółtą kartkę – a więc czerwoną, no i to bardzo skomplikowało nam mecz. Przez jakiś czas dobrze się broniliśmy, ale bramka dla rywali jednak padła.




Na pierwszy rzut oka bezpośrednia czerwona kartka nie różni się niczym od tej pokazanej w następstwie dwóch żółtych. Jednak czasami zdarza się, że obie mają inny… odcień. Oczywiście nie chodzi o kolor, bo ten jest identyczny, lecz o następstwa związane z jej otrzymaniem. Dominik Sokół ze Znicza, który wrócił do składu po jednomeczowej pauzie za cztery „żółtka”, w starciu z GKS-em zobaczył dwa kolejne, za co w 71. minucie został usunięty z boiska. Na szczęście dla Sokoła, nie oznaczały one absencji w 15. kolejce. Ta byłaby konieczna, gdyby były to napomnienia numer 7 i 8. Inaczej rzecz się miała w przypadku Nemanji Nedicia. Kapitan tyskiego zespołu otrzymał bezpośrednią czerwoną kartkę, która sprawiła, że Czarnogórzec nie mógł wystąpić w starciu z Wisłą w Krakowie w następnej serii gier.







Nie jesteśmy zadowoleni z wyniku meczu. Sytuacja kontrowersyjna przy bramce dla Znicza, no ale stało się… Złapaliśmy kontakt – 1:1. I nie udało się wpakować tej drugiej bramki, chociaż byliśmy cały czas pod polem karnym przeciwnika. Wiem, że jestem liderem klasyfikacji strzelców w drużynie (dwa gole – przyp. red.), ale nie jest to powód do radości, bo powinniśmy zdobywać tych bramek więcej. Dla mnie się to nie liczy. Chcę, żeby drużyna wygrywała. Ja mogę mieć nawet 0 bramek, byleby inni strzelali, a zespół wygrywał mecze. Bo tu już nie chodzi nawet o to, żeby ładnie grać, a żeby zwyciężać. Brakowało nam dzisiaj tego ostatniego podania, skuteczności w polu karnym. Oddaliśmy dużo niecelnych strzałów, czy po prostu trafialiśmy w przeciwnika. Mieliśmy spore posiadanie piłki, ale nie przyniosło to spodziewanego efektu końcowego.
































