środa, 21 stycznia 2026
Zuzanna Sawicka: Nie potrzebuję opaski, żeby czuć odpowiedzialność za zespół
Jest jedną z twarzy projektu, obecną w nim od samego początku. Po poważnej kontuzji wróciła do gry i rozegrała pełną rundę w Orlen Ekstralidze. Już bez kapitańskiej opaski, ale wciąż biorąc na siebie odpowiedzialność za drużynę. Zuzanna Sawicka, obrończyni Lecha UAM, w rozmowie z nami opowiada o rundzie beniaminka z Poznania, trudnym powrocie na boisko oraz dojrzałości, jaką przyniósł jej ostatni rok.
Lech jako beniaminek zajmuje 9. miejsce po rundzie jesiennej w Orlen Ekstralidze. Które z tych określeń bardziej oddaje wasze nastroje: ulga z powodu bycia „nad kreską” czy niedosyt, bo można było ugrać więcej?
Myślę, że jednak ulga. Byłyśmy świadome, że przeskok pomiędzy ligami jest duży, a runda jesienna będzie dla nas trudniejsza i bardziej wymagająca, dlatego jestem zadowolona z tego miejsca. Można powiedzieć, że daje nam pewne poczucie bezpieczeństwa. Różnice punktowe nie są duże, więc wciąż mamy szanse powalczyć o wyższą pozycję wiosną.
Po udanym początku sezonu, czekała was seria spotkań z czołówką ligi.
Trzy pierwsze mecze grałyśmy z zespołami będącymi w naszym zasięgu i – mam wrażenie – funkcjonującymi na podobnym poziomie. Poprzeczka poszła w górę w spotkaniach z Górnikiem, Pogonią czy Czarnymi, które wymagały od nas zdecydowanie więcej. Mimo, że we wcześniejszych starciach potrafiłyśmy nawiązywać równą walkę z przeciwnikiem, w Sosnowcu bardzo wyraźnie było czuć – szczególnie w drugiej połowie – że brakuje nam jeszcze doświadczenia, intensywności grania, a momentami także cierpliwości. Takiej boiskowej mądrości w rozegraniu.
Myślę, że ze wszystkich „przeskoków”, których doświadczyłyśmy pomiędzy poszczególnymi ligami, ten jest zdecydowanie największy i najtrudniejszy. Na szczęście kalendarz był dla nas dość łaskawy – dzięki tym trzem pierwszym meczom mogłyśmy się oswoić z realiami ligi, więc nie było to aż tak drastyczne zderzenie z rzeczywistością.
Jak zareagowałyście w momencie, gdy o kolejne punkty było trudno?
Byłyśmy dobrze przygotowane mentalne – wychodziłyśmy z nastawieniem na równą walkę. Na pewno nie stawiałyśmy się na pozycji zespołu spisanego na straty. Miałyśmy wcześniej okazje zagrać kilka meczów z ekstraligowcami, więc mniej więcej wiedziałyśmy, czego się spodziewać. Liczymy się z tym, że na ten moment nie jesteśmy jedną z najsilniejszych drużyn w Polsce, ale jednocześnie znamy swój potencjał. Chcemy rywalizować i grać w piłkę – nawet z najlepszymi. Nie cofamy się, nie bronimy nisko wyczekując szans na wyjście z kontrą. Czujemy, że gonimy czołówkę i wcale nie jesteśmy od niej aż tak daleko. Czasem decydują detale, a my z każdym spotkaniem popełniamy mniej błędów. Jesienią najważniejszą kwestią było zebranie doświadczenia.
Zagrałaś we wszystkich meczach rundy, w większości w pełnym wymiarze czasowym. I to wracając po kontuzji, która wykluczyła cię z występów na parę miesięcy. Jak się z tym czujesz?
Te pierwsze tygodnie były trudne, bo z uwagi na długą przerwę brakowało mi pewności w grze. Nie występowałam też na swojej nominalnej pozycji, tylko półlewej obronie. Czasu na spokojną adaptację było niewiele, ale musiałam pokazać swoją wartość, bo przecież nie dostałam miejsce w pierwszym składzie „za darmo”. I bardzo się z tego cieszę. Udowodniłam nie tylko innym, ale przede wszystkim sobie, że jestem w stanie to zrobić. Dziś mogę powiedzieć, że wszystko wróciło do normy. Czuję się dobrze, a kolejne występy przynoszą mi wiele satysfakcji.
Cała ta historia ma w sobie nutkę dramatu. Bo gdy drużyna walczyła o awans, ty walczyłaś o powrót na boisko.
Chyba najbardziej odczułam to, gdy dziewczyny grały z KKP Bydgoszcz – w meczu decydującym o naszym awansie na dwa tygodnie przed końcem ligi. Co prawda byłam już wtedy w pełnym treningu, rozważaliśmy nawet moje wejście na kilka minut, ale ze względów bezpieczeństwa odłożyliśmy to w czasie. Pamiętam, że gdy rozmawiałam na trybunie z Tomkiem Mendrym, czyli pierwszym koordynatorem sekcji kobiecej, łezka w oku się zakręciła. To na pewno nie była dla mnie komfortowa sytuacja, bo bardzo chciałam pomóc drużynie na boisku.
Z jednej strony byłam dość spokojna, ponieważ dziewczyny grały naprawdę dobrze. Czułam, że wygramy ten mecz. Z drugiej była bezsilność – że nie mogę zagrać, wziąć na siebie odpowiedzialności. To uczucie pojawiło się też przez moment, gdy kilka miesięcy wcześniej otrzymałam diagnozę. Czekałam na zdjęcie rentgenowskie, nie mogąc opanować emocji. Już wtedy postanowiłam jednak, że nie ma co gdybać i zastanawiać się, dlaczego to mnie spotkało. Że to, co stanie się dalej leży tylko w moich rękach. Tak więc pracowałam. Starałam się przy tym dopingować drużynę, pomagać z boku, ale to nigdy nie jest to samo. Bardzo się cieszyłam z awansu, to oczywiste, ale gdzieś tam została taka zadra, że w tym najważniejszym momencie nie mogłam być na boisku razem z resztą zespołu.
Co czułaś, gdy weszłaś na murawę w meczu z Olsztynem – podczas waszego debiutu?
Chyba nie potrafię tego do końca opisać. Czułam po prostu, że wreszcie jestem tam, gdzie powinnam być. Mimo tego pierwsze minuty były dla mnie trudne. Czułam się wręcz nieswojo. Na co dzień raczej nie stresuję się przed meczami, ale wtedy towarzyszyło mi ogromne napięcie, ścisk w żołądku. Było to dla mnie niekomfortowe, nie jestem do tego przyzwyczajona. Trawa była też dość wysoka, piłka kilka razy zaplątała mi się pod nogami, co wywołało myśl: „o matko, czy ja na pewno dam radę, czy jestem na to gotowa?”. Z biegiem czasu kolejne kontakty, kilka udanych zagrań, a nawet podpowiedzi dziewczyn, bardzo mi pomogły i zaczęłam odzyskiwać pewność siebie.
Jak wracać, to właśnie w takiej „otoczce”.
Myślę, że tak. Było w tym coś nowego, w czym każdy chciał wziąć udział. Sama od dłuższego czasu nie grałam na tym poziomie, więc chciałam zobaczyć, czy dam sobie radę. To był dla mnie fajny moment. Zwłaszcza, że przepracowałam cały okres przygotowawczy, co było dla mnie ważne, by dobrze ponownie wejść do drużyny.
Przez ostatnie sezony pełniłaś funkcję kapitana zespołu, lecz po kontuzji się to zmieniło. Jak to odebrałaś – jako naturalną kolej rzeczy czy moment, który jednak wymagał poukładania w głowie?
Zawsze starałam się być liderką. Nigdy nie potrzebowałam do tego – czy do brania odpowiedzialności za zespołu – opaski. Choć sama funkcja kapitana była dla mnie dużym wyróżnieniem. Z tyłu głowy liczyłam się z tym, że po kontuzji sytuacja może się zmienić. Mimo wszystko nawet w tamtym okresie starałam się być dla dziewczyn. Uważam, że Klaudia świetnie odnalazła się w tej roli. Ja natomiast staram się być sobą na boisku – a właściwie nie tyle staram, co mam takie cechy charakteru. Jeśli widzę, że coś nie funkcjonuje – próbuję to rozwiązać. Jeżeli ktoś może dać z siebie więcej na treningu – tego od niego wymagam. Jeśli widzę, że ktoś potrzebuje wsparcia – idę i rozmawiam. Zależy mi na dobru zespołu. To nie jest dla mnie kwestia opaski, ani formalnej roli.
Co ciekawe – ta opaska cały czas krąży między zawodniczkami, które związane są z zespołem od samego jego początków.
Myślę, że to nie jest przypadek. Dziewczyny, które pełniły albo pełnią funkcję kapitana bardzo mocno utożsamiają się z tym zespołem. Można powiedzieć, że wartości, które są ważne dla Lecha, są też bliskie właśnie nim.
Lech awansował praktycznie sezon po sezonie, aż przyszedł ten jeden rok, gdy się to nie udało. Czy ten przystanek był wam potrzebny?
Z perspektywy czasu myślę, że tak. Mamy bardzo młodą drużynę, a im więcej doświadczenia zbierzemy, tym bardziej będzie to procentować. Już sam poziom pierwszej ligi dał nam dużo – to nie było granie z zespołami, które nie miały pomysłu na grę, tylko rywalizacja z dobrze zorganizowanymi ekipami. To wszystko przynosi rezultaty w Orlen Ekstralidze. Musiałyśmy też trochę „poczekać” na niektóre dziewczyny – dla przykładu Marta Kwiatkowska i Liwia Prochwicz wcześniej nie mogły z nami grać, a obecnie są bardzo ważnymi piłkarkami drużyny. Patrząc pod kątem kadrowym, uważam, że wszystko zostało dobrze rozegrane. Dlatego nie traktujemy tamtego sezonu jako potknięcia. Doceniamy ten czas, bo wiemy, że bardzo nam pomógł w miejscu, w którym jesteśmy dziś.
Uważam, że to, co udało nam się osiągnąć, to i tak coś niesamowitego. Nie każdy może liczyć na podobną drogę. Drużynę budowano rozważnie – bez nerwowych ruchów, z zachowaniem jej trzonu, co pomogło w utrzymaniu poziomu oraz równowagi. Same treningi, i to już w czasach naszych występów w trzeciej lidze, wyglądały w pełni profesjonalnie. To nasze podejście definiowało te szybkie awanse.
Jesteś w tym projekcie od samego początku. Jak bardzo na przestrzeni tych kilku lat zmienił się Lech?
Jestem w nim od czasu, kiedy ta drużyna występowała jeszcze pod szyldem UAM-u, choć wtedy byłam drugą trenerką (śmiech)! Jak wspominałam, to wszystko od samego początku wyglądało profesjonalnie. Możliwości, które miałyśmy wtedy jako klub, zdecydowanie przewyższały standardy trzeciej, a nawet drugiej ligi. Na zapleczu ekstraligi pojawiło się już więcej zespołów prezentujących podobny poziom i było widać, że każdy kolejny szczebel wymaga czegoś więcej.
Dużym plusem Lecha jest to, że potrafi reagować na potrzeby. Jeśli czegoś brakowało – uzupełniano to. Jeśli potrzebne były zmiany organizacyjne – one następowały. Przykładem są choćby wyjazdy dzień przed meczem, bo dziś to standard. Nie musimy iść na żadne kompromisy czy z czegoś rezygnować. Mimo, że zaczynałyśmy już na naprawdę wysokim poziomie, to wraz z kolejnymi awansami ten standard cały czas rośnie. Klub regularnie dokłada coś nowego, żeby zapewnić nam jak najlepsze warunki do pracy oraz rozwoju. Łatwo to dostrzec również po tym, jak bardzo rozrosła się cała sekcja. Pojawia się coraz więcej młodszych zespołów - do tego stopnia, że ostatnio na wigilii klubowej połowy dziewczyn nawet już nie kojarzyłam.
Jak już sama wspominałaś – w ekstralidze grałaś już wcześniej, wówczas w barwach Polonii Poznań. Była to dość smutna przygoda, lecz mając w pamięci tamto doświadczenie, jak bardzo zmieniła się liga?
Liga zdecydowanie się rozwinęła. Kiedy wcześniej grałam na tym poziomie – w sezonie 2018/19 – przepaść między czołówką a resztą zespołów była ogromna. Medyk Konin, Górnik Łęczna czy Czarni Sosnowiec to absolutny „top” tamtych czasów. Jadąc na mecze z nimi, często bardziej zastanawiałyśmy się nad tym, jak wysoko przegramy, niż czy w ogóle jesteśmy w stanie nawiązać walkę. Teraz stawka w pewnym sensie się wyrównała. Szczerze mówiąc, żałuję, że nie zagrałyśmy jeszcze z GKS-em Katowice, bo jestem ciekawa, jak wypadłybyśmy się na tle mistrzyń.
Czy z perspektywy boiska czujesz, że ta drużyna już „dojrzała” do grania o spokojne utrzymanie, a nie tylko do zbierania doświadczeń?
Myślę, że byłabym ostrożna w takich stwierdzeniach. Nie ma sensu wychodzić zbyt daleko do przodu, bo ten poziom potrafi bardzo szybko zweryfikować. Na pewno wciąż potrzebujemy czasu i kolejnych wzmocnień, bo chcemy zbudować naprawdę silny zespół, konkurencyjny na każdej pozycji.
Natomiast na dziś mogę powiedzieć, że jestem spokojna o utrzymanie. Zobaczymy jednak, jak to będzie wyglądało po pierwszych trzech meczach kolejnej rundy – one na pewno dużo nam powiedzą.
Wciąż jesteś młodą zawodniczką, ale już bardzo doświadczoną. Gdzie dziś widzisz swój sufit?
No nie wiem, patrząc na wiek moich koleżanek z zespołu. Nieprzypadkowo dostałam emotkę dinozaura przy swoim nazwisku pod powołaniami na mecze (śmiech). Moim celem jest zdobycie mistrzostwa Polski – to dla mnie najważniejsze sportowe marzenie. Czy uda mi się zagrać w reprezentacji? Będzie o to bardzo trudno. Czy uda mi się wyjechać za granicę? Myślałam o tym jeszcze przed kontuzją i też tego nie wykluczam, ale tylko do klubu, w którym mogłabym występować na odpowiednim poziomie, a nie łączyć piłkę z zupełnie innymi obowiązkami.
Jeśli chodzi o ambicje – te zawsze są duże, ale na tym poziomie trzeba je na bieżąco weryfikować. Uważam jednak, że są potrzebne – podobnie, jak marzenia – bo to one napędzają mnie do pracy. Każdego dnia „walczę” przede wszystkim sama ze sobą i staram się być jak najlepszą wersją siebie. Również dlatego, że czuję się dobrze w miejscu, w którym teraz jestem.
Gdy przygotowywałam się do naszej rozmowy, znalazłam materiał związany ze środowiskiem akademickim – przez laty występowałaś w końcu w barwach poznańskiego UAM na futsalu – w którym mówisz o pasji do piłki. To wciąż to samo uczucie?
Swego czasu bardzo mocno ciągnęło mnie w stronę futsalu. Grę na hali łączyłam z byciem trenerką. I szczerze mówiąc, gdyby nie pojawienie się Lecha oraz Ali Zając jako mojej trenerki, nie wiem, czy dalej występowałabym na trawie. Lech dał mi drugie piłkarskie życie. Sprawił, że radość z gry wróciła. Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że ponownie znajdę się na tym poziomie. To zdecydowanie wciąż moja pasja – bardziej świadoma, dojrzalsza, ale nie mniejsza niż przedtem – ale też sposób na życie. Traktuję piłkę jak pracę i mam pełną świadomość, z czym to się wiąże. Jednocześnie towarzyszy mi niemal non stop – jeśli nie na boisku, to w domu w postaci transmisji naprawdę przeróżnych meczów.
Gdybyś miała opisać siebie sprzed kontuzji i siebie dziś, co najbardziej się zmieniło?
Na pewno jestem dziś inną osobą – i myślę, że w pozytywnym sensie. Kontuzja nauczyła mnie cierpliwości. Będąc „z boku” zyskałam również nową perspektywę. Nie tylko piłkarsko, ale też zwyczajnie ludzko. Na boisku łatwo jest krzyknąć na kogoś, zwrócić uwagę wprost. Kiedy byłam poza grą, musiałam znaleźć inne sposoby, żeby pomóc – raczej poprzez rozmowę, wsparcie, zrozumienie. To pokazało mi, że każdy potrzebuje indywidualnego podejścia. Że nie zawsze ta bezpośredniość, która wynika z mojego charakteru, jest najlepszym rozwiązaniem. Myślę, że wcześniej bywałam zbyt szczera.
Dlatego dziś naprawdę doceniam ten czas i nie traktuję go jako straconego roku. Wręcz przeciwnie – ta kontuzja dała mi bardzo dużo: piłkarsko, fizycznie, nawet mentalnie. Bez tego nie weszłabym na pewien poziom świadomości, na którym jestem teraz.
Rozmawiała Wiktoria Łabędzka
fot. Wiktoria Łabędzka

