Aktualności

[WYWIAD] Paulina Dudek: Nie pokazałam jeszcze w PSG wszystkiego, na co mnie stać

Reprezentacja18.03.2020 
– Czasem leżałam w łóżku i nie chciałam go opuszczać. Nie odbierałam nawet telefonów od rodziców, bo wiedziałam, że się rozpłaczę – tak wspomina swoje pierwsze miesiące po transferze z Medyka Konin do Paris Saint-Germain. Dziś jest ważną postacią jednej z czołowych drużyn w Europie i reprezentacji Polski. O sile charakteru, pewności siebie i o… niechęci Francuzów do języka angielskiego opowiada Paulina Dudek.

Minęły ponad dwa lata, odkąd jesteś zawodniczką PSG. Szybko Ci ten czas zleciał?

Kosmicznie szybko! Nawet moja rodzina nie dowierza, że to już, że już w czerwcu mi się kończy kontrakt, a przecież dopiero co się pakowałam.

No właśnie. I co dalej?

Zobaczymy. Jest szansa, że zostanę na dłużej w Paryżu. Klub okazuje zainteresowanie, co jest dla mnie bardzo budujące. Nic jeszcze nie jest oficjalne, ale wszystko idzie ku dobremu.

Czujesz, że PSG to właśnie ten klub, w którym chcesz zostać i dalej się rozwijać?

Tak. Chciałabym tu zostać. Z jednej strony wiem, że sporo już tutaj przeszłam, że dużo ten klub mi dał. Natomiast z drugiej mam takie poczucie, że jeszcze nie dałam z siebie wszystkiego, że ciągle mam rezerwy i mogę osiągnąć więcej. Wykonałam tu ogrom pracy, ale wewnętrzny głos mi podpowiada, że mogę być jeszcze lepsza. A w Paryżu będą wiedzieli, jak te rezerwy wydobyć.

Wiemy już, że w PSG na kolejny sezon nie zostanie Kasia Kiedrzynek. Czy to w jakiś sposób wpłynie na Ciebie?

Na pewno szybko to odczuję. Spędzamy często razem wolny czas, mieszkamy na tym samym osiedlu. Zabraknie tej bratniej duszy i kogoś, z kim można porozmawiać po polsku. Ale z drugiej strony jestem tu już dwa lata i to nie jest ten etap, że odejście Kasi będzie dla mnie dużym problemem. Jestem tu zaaklimatyzowana, mam dobry kontakt z resztą zespołu.

Dużo ciężej byłoby Ci na początku swojej przygody w Paryżu, gdyby nie Kasia?

Na pewno tak. Kasia na początku bardzo mi pomagała. Także, a może przede wszystkim, z takimi sprawami, jak wynajęcie mieszkania czy zorganizowanie dostępu do Internetu. Trzeba było iść i załatwiać i gdyby nie Kasia, to najprawdopodobniej to wszystko trwałoby dużo dłużej.

A w sprawach szatni? Drużyna jest trudna, czy raczej łatwo się wkupić do zespołu?

Jasne, że nie jest tak łatwo. PSG to klub, który co roku walczy o najwyższe cele i którego stać na topowe piłkarki. Od nowej zawodniczki od razu wymaga się tego, aby była wzmocnieniem. Najlepiej, żeby od razu wskoczyła do pierwszego składu i grała na najwyższym poziomie. Konkurencja jest duża. Czuje się tę presję. Wobec mnie i tak wykazano się dużą cierpliwością…

Przyjechałaś do Paryża z urazem.

Pierwsze pół roku było bardzo trudne i dla mnie, i dla klubu. Z powodu kontuzji dopiero miesiąc po podpisaniu kontraktu zaczęłam treningi. Dogonienie reszty zespołu pod kątem fizycznym było nierealne. Polskę odpuszczałam w styczniu, w środku okresu przygotowawczego, kiedy we Francji normalnie trwała liga. Musiałam indywidualnie nadrabiać zaległości. Pewności siebie zaczęłam nabierać od lata, od pierwszych w pełni przepracowanych z zespołem przygotowań do sezonu. Wszystkie startowałyśmy od zera i dopiero wtedy mogłam złapać jakieś porównanie między tym, co było w Polsce, a tym, co jest tutaj.

I co – różnica była duża?

Pierwsze treningi dały mi w kość. Czasem robiło mi się niedobrze. W polskiej lidze ciężko było doprowadzić się do takiego momentu, w którym organizm odmawiał posłuszeństwa. A tutaj takie momenty były. Ale w Paryżu wiedzą, że tak czasami trzeba, żeby zrobić progres.

Te pierwsze pół roku to był dla Ciebie najtrudniejszy moment w PSG?

Tak. Przeżyłam wtedy naprawdę spore zderzenie z tym wszystkim. Na pierwszych treningach widziałam różnice między mną a resztą drużyny, wynikające właśnie z tego, że one były ciągle w grze. Dodatkowo to naprawdę dziewczyny o dużym talencie i umiejętnościach. Nie ukrywam, że miałam momenty, w których się dołowałam. Do tego wszystkiego dochodziła rozłąka z rodziną, nowe otoczenie, zmiana środowiska.

Miałaś chwile zwątpienia, w których zadawałaś sobie pytanie „co ja tu w ogóle robię”?

Miałam chwile zwątpienia, ale nigdy nie podjęłabym decyzji o przedwczesnym powrocie do domu. Bywały momenty, w których myślałam, że to nie jest jednak moje miejsce, że źle się tu czuję. Czasem leżałam w łóżku i nie chciałam go opuszczać. Nie odbierałam nawet telefonów od rodziców, bo wiedziałam, że się rozpłaczę. Ale zdawałam sobie sprawę z tego, że nie tylko u mnie tak wyglądają początki w nowym klubie. Byłam świadoma tego, że te rozterki są zupełnie normalne i że musze jakoś spróbować z nimi powalczyć. Oczywiście ta walka nie była łatwa, momentami przegrywałam z własną głową. W końcu przyszedł jednak taki moment, że stwierdziłam, że gorzej już być nie może i trzeba się ruszyć. Skoro wszystko jest beznadziejne, to co mi szkodzi – idę robić swoje i będzie, co będzie. Najważniejsze to się nie poddać.

A zawsze uchodziłaś za osobę mocną psychicznie.

Sama siebie też tak oceniałam, ale mimo to ta sytuacja była dla mnie naprawdę ciężka. Z boku to dla wszystkich wygląda idealnie. Wyjechała czy wyjechał do wielkiego klubu, do dużego miasta, wystarczyło tylko podjąć decyzję. A jednak potem nie jest tak kolorowo, jak jest się samemu w nowej rzeczywistości. Wiem, że przez to przechodzi mnóstwo profesjonalnych sportowców. Dlatego dziś jestem dużo bardziej wyrozumiała dla innych. Przy takim wyjeździe nie chodzi o tylko o przygotowanie fizycznie, ale też mentalne.

Da się w ogóle do tego odpowiednio przygotować?

Chyba nie do końca. Ale trzeba być świadomym i wiedzieć, że mogą przyjść gorsze dni. Jedyne, co ja mogę doradzić, to to, żeby mieć garstkę osób, które zawsze wesprą i które przylecą, jak będzie trzeba nawet na dwa czy trzy dni. To naprawdę pomaga. Ja miałam ogrom wsparcia od rodziców i sióstr, z którymi zawsze mogłam porozmawiać i które mnie odwiedzały. Mimo tego i tak pojawiały się słabsze dni. Ale nie wyobrażam sobie co by było, gdyby tego zabrakło.

Te trudne momenty są już teraz całkiem za Tobą?

Raczej tak. Wiadomo, że jak trafi się słabszy mecz, to człowieka to trochę męczy. Ale to już jest na takiej zdrowej zasadzie. Zaraz dostanie się nagranie, obejrzy się je i na spokojnie przeanalizuje. Nie ma już takich hardcorowych chwil.

I pewność siebie też już chyba zupełnie inna. Dziś jesteś zawodniczką podstawowego składu PSG.

Mam świadomość tego, jak ciężko pracuję na tę pierwszą jedenastkę. Wiem, jak wiele mogę wnieść do zespołu na boisku. Dlatego też po słabszych meczach jestem zła na siebie, bo wiem, że stać mnie na więcej. To zupełnie inna perspektywa niż na początku. Ale nie mam wcale poczucia, że mam to miejsce w składzie zagwarantowane. Czuje się na treningach ogromną rywalizację, każda wie, że decydują detale i nikt nie ma pewności do gry. Trzeba ciągle pracować i zachować czujność.

Paulina Dudek sprzed transferu do PSG a Paulina Dudek teraz to dwie różne osoby?

Ciężko mi powiedzieć. Trzeba zapytać osób z mojego otoczenia. Ale wydaje mi się, że nie, że z charakteru jestem taka sama, ciągle mam coś do powiedzenia (śmiech). Piłkarsko jednak uważam, że zrobiłam spory progres. Ciężko w sumie to też stwierdzić, bo w PSG zmieniłam pozycję na boisku. Wcześniej w Polsce nie grałam na środku obrony. Ten postęp przez to trudno porównać. Ale rozwinęłam się pod kątem fizycznym i taktycznym. Czuję, że poprawiłam pewność siebie na boisku i więcej widzę. Decyzja o transferze do Francji była zdecydowanie najlepsza, jaką mogłam podjąć.

Twoje wyobrażenia o grze w PSG i życiu we Francji pokryły się z rzeczywistością?

W większości tak. Organizacja wyjazdów na mecze, treningów i życia w klubie wygląda tak, jak sobie to wyobrażałam, czyli wszystko jest bardzo profesjonalne. We wszystko zaangażowane jest sporo ludzi i są to zwykle te same osoby, które pracują też z męskim zespołem. Jednym słowem – wysoki poziom. Na minus zaskoczył mnie język. Ciężko jest porozumieć się po angielsku. Francuzi nie umieją albo czasem po prostu nie chcą mówić po angielsku. Kiedyś przyjechała do mnie mama i poszłyśmy na lody. To była w ogóle pierwsza sytuacja, kiedy poszłam do jakiejś kawiarni. Zapytałam, czy mogę mówić po angielsku, a pan mi odpowiedział – również po angielsku – że nie i żebym wróciła, jak się nauczę francuskiego. Nie sprzedał mi lodów. Wyszłyśmy. Później już jednak podobnej akcji nie doświadczyłam. Z kolei innym razem w supermarkecie pani widziała, że nie jestem Francuzką, a mimo to bardzo się irytowała, że komunikacja ze mną zajmuje tyle czasu.

Podoba Ci się Paryż?

Bardzo! Jestem zakochana w tym mieście. Cieszę się, że mogę tutaj mieszkać. Ale wcale tak często nie zwiedzam Paryża. Wychodzę na miasto i oprowadzam, jak ktoś do mnie przyjedzie. Samej nie sprawie mi to takiej frajdy.

Porozmawiajmy chwilę o reprezentacji Polski. Jesteśmy świeżo po dwóch kolejnych meczach w eliminacjach do mistrzostw Europy. Spodziewałaś się, że po trzech kolejkach będziemy liderem grupy?

Szczerze to nie miałam pojęcia, że jak wygramy z Azerbejdżanem i Mołdawią, to możemy wskoczyć na pierwsze miejsce w grupie. Ale podchodzę do tego z chłodną głową, to dopiero początek. Poza tym prowadzimy tylko lepszym bilansem bramek, a Hiszpanki tych teoretycznie słabszych rywali mają jeszcze przed sobą. To jednak dowodzi temu, jak ważna jest liczba goli. Życzyłabym sobie i całemu zespołowi, żeby w rewanżach z Mołdawią i Azerbejdżanem padło ich jeszcze więcej. To będzie świadczyć o tym, że zrobiłyśmy progres.

Mołdawii i Azerbejdżanowi strzeliliśmy po pięć goli, ale mogliśmy dużo więcej. Chyba ciągle jest co poprawiać?

Zawsze jest co poprawiać. Nie możemy zadowalać się tym, co jest. Ze swojej strony, czyli obrończyni, mogę powiedzieć, że sporo do życzenia pozostawia jeszcze nasze wprowadzenie piłki. Przeciwko Mołdawii brakowało nam w tym cierpliwości. Przez to nie ustrzegłyśmy się nerwowości, czego efektem była z kolei niedokładność. Natomiast w meczu z Azerbejdżanem wypadłyśmy dużo lepiej, mimo że wynik był ten sam. Było widać w naszym zespole większą dojrzałość i spokój. Fajnie, że wyciągnęłyśmy wnioski po spotkaniu z Mołdawią, ale w takie mecze musimy od początku wchodzić dobrze, z pewnością siebie i grać swoje. Nie możemy pozwalać sobie na żadne roztargnienie czy rozluźnienie. Nad tym musimy pracować.

Na mecze z takimi rywalami jak Mołdawia czy Azerbejdżan jest się faktycznie dużo trudniej zmotywować niż na taką Hiszpanię?

Na pewno tak. Przed rywalizacją z Hiszpanią nikogo nie trzeba mobilizować. Już dzień wcześniej każdy czuje, że jutro będzie ogień i trzeba dać z siebie wszystko. Nie chcę nas bronić, ale chyba musiał się pojawić w którymś momencie brak koncentracji w tych marcowych meczach, mimo że przestrzegałyśmy siebie przed tym. Wynikało to z przekonania, że jesteśmy zespołem dużo lepszym i te bramki prędzej czy później padną. Później jednak to powoduje, że nasza gra nie wygląda tak, jak powinna i nie jest przyjemna dla oka. Fajnie, że wygrałyśmy wysoko, ale jeśli myślimy o występie na dużym turnieju, jakim jest EURO, to musimy zachować tę koncentrację przez cały czas i trenować to już teraz.

Rozmawiała Paula Duda

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności