Aktualności

[WYWIAD] Tomasz Dziubiński: Teraz spełniam się jak kiedyś w Lidze Mistrzów

Specjalne22.05.2020 
Tomasz Dziubiński to pierwszy Polak, który strzelił gola w elitarnej Champions League. Z FC Brugge zdobył mistrzostwo Belgii i Superpuchar kraju. Wcześniej został królem strzelców ekstraklasy w barwach Wisły Kraków. Zagrał również dwa mecze w reprezentacji Polski. Teraz jest dumny, że spełnia się jako szkoleniowiec w klasie okręgowej i szkółce piłkarskiej w małej Jedlni-Letnisko pod Radomiem. Zajęcia z dziećmi tak go pochłonęły, że odrzucał propozycje pracy trenerskiej w wyższych ligach.

Ludzie pamiętają jeszcze pierwszego Polaka, który zdobył bramkę w Lidze Mistrzów?
Trochę minęło od tamtego gola, już 27 lat, ale wciąż spotykam się z dowodami sympatii. Gdy prowadzę jako trener grupy dziecięce, rozpoznają mnie rodzice młodych piłkarzy. Pozuje do zdjęć, daje autograf, to bardzo miłe. Niekiedy przy okazji meczów Ligi Mistrzów przypomina się trafienie Tomasza Dziubińskiego dla FC Brugge z Glasgow Rangers. Mam satysfakcję, że jakoś się zapisałem w kronikach piłkarskich, a przecież prócz występów w Lidze Mistrzów coś osiągnąłem. W Polsce sięgnąłem po tytuł króla strzelców ekstraklasy, z FC Brugge zdobyłem mistrzostwo i Superpuchar Belgii, występowałem w różnych kadrach Polski, włącznie z seniorską.

Sam często wracasz do bramki strzelonej Andy Goramowi?
Golkiper Glasgow Rangers wyróżniał się posturą, był taki misiowaty, kawał chłopa, ale imponował refleksem. Został legendą szkockiej piłki, więc mam satysfakcję, że kogoś takiego pokonałem. Liga Mistrzów dała mi możliwość zmierzenia się z wybitnymi piłkarzami. W Olimpique Marsylia występowali wówczas Didier Deschamps, Marcel Desailly, Fabien Barthez, Alen Boksić czy Rudi Voeller. Sam miałem przyjemność gry w FC Brugge ze świetnymi zawodnikami. Franky van der Elst rządził w pomocy mocnej belgijskiej reprezentacji. Lorenzo Staelensa i Vitala Borkelmansa też uważano za gwiazdy FC Brugge. Miałem przyjemność śledzić rozwój Daniela Amokachiego. Nigeryjczyk najpierw pokazał się w Brugge w rezerwach i systematycznie wchodził na coraz wyższy pułap. Potem oglądałem go w akcji w telewizji w barwach Evertonu, a z drużyną narodową zdobył mistrzostwo Afryki i wygrał igrzyska. Wiem, że zakotwiczył na dłużej w Finlandii, ale kontakt nam się urwał gdzieś dwa lata temu.

Byłeś zadowolony ze swojego pobytu w Belgii?
Dołożyłem cegiełkę do zdobycia mistrzostwa kraju, zagrałem w meczu o Superpuchar, wygranym po karnych z Anderlechtem. Muszę przyznać, że te starcia z „Fiołkami” były ekscytujące, coś jak u nas Legia – Wisła Kraków, czy dawnej Legia – Widzew.  Biorąc udział w fecie z okazji triumfu w lidze, poczułem się piłkarzem z prawdziwego zdarzenia. Pewnie mogłem zdobywać więcej goli, ale w FC Brugge często wystawiono mnie na lewej pomocy. To był okres, kiedy liga belgijska miała znacznie wyższe notowania w Europie niż teraz. Parę fajnych lat tam spędziłem, w międzyczasie jeszcze skorzystałem z oferty Le Mans i rok pograłem we Francji.



Kiedy ostatnio byłeś w Belgii?
Chyba z siedem lat temu. Brakuje czasu, bo pochłania mnie… futbol. W wakacje jeżdżę na obozy z grupami młodzieżowymi, potem zaczynają się przygotowania seniorów do sezonu. Staram się śledzić na bieżąco co się dzieje w Belgii. To mały, gęsto zaludniony kraj i tam ciężej się walczy z koronawirusem. Oni woleli już zakończyć sezon w najwyższych ligach, nie chcą go dogrywać, mają inny pomysł. My trochę patrzymy na to inaczej, lecz w Polsce są inne uwarunkowania.

Koronawirus nie położy na łopatki twojej macierzystej Broni Radom?
Rozmawiam z działaczami i trenerami Broni. 30 kwietnia rozwiązano kontrakty z wszystkimi piłkarzami, sztabem szkoleniowym. Miasto wstrzymało dofinansowanie, sponsor zawiesił wsparcie, więc trzeba było coś zrobić. Wiem, że zawodnicy są gotowi do treningów, chcą pójść na rękę klubowi w trudnym położeniu. Trzeba być dobrej myśli.

Dobrze ci się pracuje w klasie okręgowej?
W Jedlni-Letnisko czuję się znakomicie! Pracuje z seniorami w klasie okręgowej, łączę to ze szkoleniem najmłodszych w stowarzyszeniu „Jedlnia Dzieciom”. Cieszę się widząc zapał i radość małych piłkarzy. Garnie się ich do nas bardzo dużo, nie tylko z naszej gminy, ale nawet z Radomia czy Pionek. Projekt, który stworzyliśmy z wójtem Jedlni, nie polega tylko na selekcji, nie chcemy nikogo ograniczać, wyganiać. Piłka nożna jest dla wszystkich dzieciaków i daje im szansę na wspaniałą zabawę i daje frajdę. U nas się nikogo nie wygania, a dysponujemy najlepszą bazą w dawnym województwie radomskim, jedną z najlepszych w obecnym mazowieckim. Miło się w takich warunkach pracuje.

Jak ty to godzisz z sędziowaniem, bo przecież jeszcze jesteś arbitrem?
Jakoś daje radę, choć wiosenek już trochę na karku jest, a weekendy mam niekiedy strasznie zajęte. Uwielbiam sędziować grupy młodzieżowe, ostatnio przydzielają mnie do nich częściej niż do klas A i B. Staram się dużo dzieciom pomagać, tłumaczyć, tym bardziej, że dość często dochodzi do zmian przepisów w najmłodszych grupach rozgrywkowych. Rodzice dzieci mnie rozpoznają i nie mam problemu, gdy proszę ich o to, by nie wchodzili na boisko. Nie wypada przecież się stawiać uczestnikowi Ligi Mistrzów (śmiech). Uważam, że jeden z największych problemów naszej piłki to tatusiowie i mamusie, bo im się wydaje, że ich pociechy są nowymi Lewandowskimi. Oni wywierają niepotrzebną presję na dzieciakach, a wielu naprawdę utalentowanych zawodników przedwcześnie kończy z futbolem.



Twój syn, Adrian, miał trudniej w piłce dlatego, że tata może się pochwalić niemałymi osiągnięciami?
Adrian sobie gra na poziomie pierwszej, drugiej ligi. Spędził fajny czas w Pogoni Siedlce, potem przeniósł się do Stali Stalowa Wola, obecnie broni barw Resovii. Cieszy się piłką i jest zadowolony, a to chyba najważniejsze.

Nie miałeś ochoty po powrocie z wojażów zagranicznych jeszcze spróbować swych sił w ekstraklasie?
Byłem już wstępnie dogadany z KSZO Ostrowiec, ale pojawiła się oferta z Polonii Warszawa. Pojechałem do stolicy, a tam zmienił się trener… Skorzystałem więc z oferty Ceramiki Opoczno, już nie z ekstraklasy. Na obozie doznałem poważnego urazu kolana. Wcześniej miałem z tym ogromne problemy, po latach wyszły obciążenia z juniorskich czasów. Wtedy medycyna sportowa nie stała na tak wysokim poziomie jak obecnie. Dziś w ogóle zmieniło się postrzeganie piłkarzy. Kiedyś trzydziestolatka uważano za staruszka, teraz to zawodnik w optymalnym wieku. 34-35-latkowie z powodzeniem występują w reprezentacjach, Lidze Mistrzów, a Mietek Ożóg, legenda Stali Stalowa Wola, nadal błyszczy w klasie okręgowej. W metrykę nie wypada nikomu zaglądać, bo każdy człowiek ma inne predyspozycje.

Mogłeś więcej ugrać w pierwszej reprezentacji Polski?
Przechodząc z Wisły Kraków do FC Brugge zobaczyłem, ile nas dzieli od Belgii. W Bruggii przy stadionie było 20 pełnowymiarowych boisk, a w takich warunkach można wyszkolić zdecydowanie więcej zawodników. U nas na początku lat 90-tych wiele klubów ekstraklasy miało fatalne warunki do treningów. Wiązało się to z kontuzjami. Sam w 1993 roku miałem operację, wstawiono mi dwie płyteczki do kolana. Potem one się poluzowały i dopiero udało się pomyślnie rozwiązać sprawę w 2004. A co do reprezentacji Polski seniorów, to pewnie, że tych spotkań mogło być więcej. Cieszę się jednak bardzo z tych dwóch, bo reprezentowanie kraju to szczególny przywilej. Występując w Wiśle Kraków, podziwiałem starszych kolegów – Leszka Lipkę i Marka Motykę. Jestem dumny, że poszedłem w ich ślady i zagrałem w najważniejszej drużynie kraju.

Rozmawiał Jaromir Kruk

Fot.: 400mm.pl

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności