Aktualności

[WYWIAD] Radostin Stanew: Praca w Polsce jest moim marzeniem

Specjalne22.11.2019 
W warszawskiej Legii występował przez dwie rundy, ale mimo tak krótkiego czasu spędzonego w klubie z Łazienkowskiej zapisał na swoim koncie mistrzostwo Polski i Puchar Ligi. Występował w meczach z Barceloną i Schalke 04 Gelsenkirchen, a dziś wciąż mówi o swoim byłym zespole w samych superlatywach. Radostin Stanew, obecnie trener bramkarzy w Sławii Sofia, w długiej rozmowie z Łączy Nas Piłka wspomina dawne czasy.

Jak znalazł się pan w Legii Warszawa? To był dość nieoczywisty transfer, rynek bułgarski nie był eksploatowany przez polskie kluby.

Byłem zawodnikiem Łokomotiwu Sofia, dostawałem też powołania do pierwszej reprezentacji Bułgarii. Wcześniej grałem również w stołecznym CSKA, byłem zdecydowany na transfer zagraniczny. Chciałem zmienić nieco klimat, wyjechać poza ojczyznę. Pojawiła się propozycja z Legii, więc zdecydowałem się na wyjazd. W Warszawie było dwóch dobrych bramkarzy, ale Wojtek Kowalewski akurat odchodził do Szachtara Donieck. Przeszedłem tygodniowe testy w klubie, wszystko poszło po mojej myśli i dostałem ofertę kontraktu. Trener Dragomir Okuka postanowił mi zaufać, spodobała mu się moja postawa.

Podobno w grę wchodziła też Wisła Kraków?

Tak. Chyba nie do końca byli zadowoleni z Ivana Trabalika, więc przyjechałem do Krakowa na dwa dni. Drużynę prowadził wówczas trener Franciszek Smuda. Bardzo ciekawa postać, choć nie było z nim łatwo rozmawiać. Nie znaleźliśmy wspólnego języka i trafiłem do Legii. Z pewnością tego nie żałuję, bo to niewątpliwie najlepszy klub w Polsce. Wisła miała kilku świetnych zawodników, ale uważam Legię za klub numer jeden.

Skąd taka miłość do klubu z Łazienkowskiej? Spędził pan w nim zaledwie rok, a wciąż podkreśla swoje przywiązanie.

Dla każdego piłkarza, który gra dla takiego klubu, to wyjątkowa sprawa. Występować dla tak fantastycznych kibiców, w tak kapitalnej atmosferze. Gdy tylko o tym zaczynam mówić, czuję mrowienie przechodzące po całym ciele. To niezwykłe miejsce do gry w piłkę, w którym bardzo łatwo się zakochać. Cały czas śledzę, jak Legia sobie radzi, tym bardziej teraz, gdy trenerem jest mój przyjaciel, Aleksandar Vuković. Mam z nim wciąż bardzo dobre relacje. Początek sezonu miał bardzo trudny, ale opanował sytuację i drużyna wychodzi na prostą. Bardzo się z tego cieszę, bo to klub znany w całej Europie.

Jakim trenerem był Dragomir Okuka?

Bardzo ostrym, surowym. Panował absolutnie nad szatnią, wprowadził żelazną dyscyplinę. Walka, determinacja, konsekwencja – to były jego hasła. Moim zdaniem to też był klucz do sukcesu. Walczyliśmy wtedy z Wisłą Kraków, czyli bardzo dobrym zespołem, mającym kapitalnych piłkarzy, ale zdecydował kolektyw. W każdym meczu zostawialiśmy serce na boisku i myślę, że dzięki temu sięgnęliśmy po mistrzostwo Polski. Cały sezon byliśmy na styku, rywalizowaliśmy do samego końca.

W końcu jednak zakończyło się to waszym sukcesem. Jak smakował ten tytuł?

Niesamowicie. Mistrzostwo zapewniliśmy sobie w przedostatniej kolejce, dzięki remisowi z Odrą Wodzisław Śląski. Gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni, padłem na murawę. Tamten sezon był bardzo wymagający nie tylko fizycznie, ale także mentalnie. Legia nie była mistrzem Polski przez kilka lat, kibice bardzo na to czekali. Gdy rozmawiam z żoną po latach o czasie spędzonym w Warszawie, zawsze jesteśmy wzruszeni. Zdobyliśmy tytuł, dołożyliśmy do tego zwycięstwo w Pucharze Ligi. Coś wyjątkowego.

Z kim w Legii miał pan najlepszy kontakt?

Z całym zespołem dobrze się rozumiałem, bardzo szybko nauczyłem się języka polskiego, więc nie miałem kłopotu w relacjach z kolegami. Mieszkaliśmy zresztą na Ursynowie, w jednym bloku. Sebastian Nowak, Wojtek Szala, Tomek Kiełbowicz, Marek Saganowski… Ciągle spędzaliśmy czas razem. Byliśmy drużyną nie tylko na boisku, ale także poza nim. Moim najbliższym sąsiadem był Sebastian Nowak, mieszkaliśmy na jednym piętrze. Ja nie miałem jeszcze dzieci, więc syn Seby miał niejako dwóch ojców. Nie wiem jednak, co się teraz dzieje z Sebastianem, straciliśmy kontakt i bardzo mi tego żal.

Drugim bramkarzem był Artur Boruc. Jak go pan wspomina?

Kapitalny zawodnik. Wielu kibiców Legii było na mnie złych, bo wyjechałem z klubu dość nagle. Tyle tylko, że zawsze powtarzałem, że nie muszą martwić się o obsadę bramki, bo w klubie jest Artur. Wtedy nikt nie wierzył w Boruca. Ja tymczasem znałem go doskonale, widziałem jego potencjał. Nasze rodziny też się przyjaźniły. Pamiętam, że poszliśmy w Warszawie do bułgarskiej restauracji, miał okazję spróbować kuchni z mojego kraju. Rakija bardzo mu zasmakowała, do dziś ją wspomina. Często się gdzieś wybieraliśmy, nawet odwiedzałem go w Siedlcach. Wyskoczyliśmy na dyskotekę z żonami, fajnie spędziliśmy czas.

Legia zawsze miała to szczęście, że w miejsce jednego klasowego bramkarza, za chwilę wskakiwał inny.

To nie jest żadne szczęście, tylko efekt pewnej pracy. Spójrzmy – Wojtek Kowalewski, Artur, Łukasz Fabiański, Jan Mucha, Dusan Kuciak… To wszystko zasługa trenera bramkarzy, Krzysztofa Dowhania. Niesamowity fachowiec. Nauczył mnie wielu rzeczy. Gdy odchodziłem z Legii, kupiłem mu w prezencie zegarek. Obaj się przy tym pożegnaniu popłakaliśmy. Trener Dowhań to prawdziwy „Mercedes” wśród szkoleniowców pracujących z bramkarzami. Do dziś korzystam z jego nauk. Polska szkoła bramkarzy i Krzysztof Dowhań to klasa światowa. Podczas pracy w Sławii wprowadzam w życie jego metody i są tego efekty. Niedawno w reprezentacji Bułgarii grał – mając 42 lata – rok młodszy ode mnie Georgi Petkow. W towarzyskim meczu z Paragwajem zadebiutował w seniorskiej kadrze Georgi Georgijew, w młodzieżowej reprezentacji Grecji występuje regularnie Antonis Stergiakis. To jest też w pewnym sensie zasługa trenera Dowhania. Mogę mu tylko podziękować.

Odejście z Legii nie było najłatwiejszym momentem, ale nie zabrakło też kontrowersji.

Chciałem odejść z zespołu, bo otrzymałem bardzo dobrą ofertę z Rosji. Działacze chcieli za mnie uzyskać milion euro, co było jednak nierealne. Miałem należne premie za mistrzostwo i Puchar Ligi, razem 30 tysięcy euro. Zrezygnowałem z tych pieniędzy. Pamiętam, że dzwonił wtedy do mnie Siergiej Omieljanczuk i pytał, dlaczego chcę odejść po tak udanym sezonie. Ktoś może się na mnie złościć, ale prawda jest taka, że propozycja, którą dostałem, była z gatunku tych „nie do odrzucenia”. W Legii były problemy z płatnościami, nie otrzymywaliśmy pieniędzy na czas, mimo wcześniejszego sukcesu sportowego w klubie brakowało niemal wszystkiego, a w Szynniku Jarosław otrzymałem niejako podwojenie ówczesnego kontraktu z Warszawy. Szybko się zorientowałem, że popełniłem błąd, ale nie było już odwrotu. Z perspektywy czasu żałuję tego ruchu. Wiem, że starsi kibice Legii mają do mnie o to pretensje, mogę tylko za to przeprosić, bo powinienem podjąć inną decyzję. Czasu jednak się nie cofnie.

W kwalifikacjach Ligi Mistrzów trafiliście na słynną Barcelonę.

Gdy gra się dla takiego zespołu jak Legia, rywale na takim poziomie trafiają się dość często, ale to nadal absolutnie magiczny moment dla każdego piłkarza. Wiadomo, że to olbrzymia marka, zawsze ma w swoich szeregach kapitalnych piłkarzy. Pamiętam, że mecz na Camp Nou odbywał się cztery dni po meczu we Wronkach. Spory przeskok. Faworytami starcia z Barceloną nie byliśmy, więc nasza porażka nie była niespodzianką, ale po meczu byłem wściekły. Przy stanie 0:1 Stanko Svitlica miał doskonałą sytuację, wyszedł sam na sam z Victorem Valdesem. Niestety, przeniósł piłkę nad poprzeczką. Gdyby udało się wyrównać, być może byśmy coś ugrali… Później rywale nas wypunktowali, dwie bramki dorzucili Juan Roman Riquelme i Phillip Cocu. Na pocieszenie zostały mi pochwały od Louisa van Gaala, który docenił moją postawę. Mam zresztą do tej pory wycinek z gazety z tą wypowiedzią.

Miał pan jeszcze jakieś propozycje z polskiej ligi?

Tak, w 2006 roku kontaktowali się ze mną przedstawiciele Korony Kielce, gdy byłem piłkarzem rumuńskiego Nationalu Bukareszt. Przedstawiciele kieleckiego klubu przyjechali nawet na jeden mecz, by mnie zobaczyć w grze, ale pech chciał, że graliśmy wtedy ze Steauą… To była piekielnie silna drużyna, ówczesny mistrz kraju. Rozjechali nas 6:0, nie zaprezentowałem się najlepiej i temat upadł.

Kto był najlepszym piłkarzem, z jakim miał pan okazję grać?

Najlepszych zawodników spotkałem w CSKA Sofia. Dzieliłem krótko szatnię między innymi z Christo Stoiczkowem, który akurat odszedł z FC Barcelona. Miał nie po drodze z Louisem van Gaalem, wrócił na pół roku do Bułgarii, a potem odszedł do saudyjskiego Al-Nassr. W tym zespole byli też Emił Kostadinow, Milen Petkow czy nieżyjący już niestety Trifon Iwanow. To była naprawdę dobra drużyna. Dla mnie, jako młodego chłopaka – świetne doświadczenie. Co ciekawe, gdy kilka lat później trafiłem do Legii, dostawałem sporo wiadomości od kibiców CSKA. Cieszyli się, że trafiłem do polskiego odpowiednika ich klubu, który również ma korzenie wojskowe.

Kiedy możemy spodziewać się pana w Polsce?

Bardzo chciałbym zobaczyć nowy stadion Legii. Ostatnio w waszym kraju byłem ze Sławią Sofia, gdy graliśmy przeciwko Zagłębiu Lubin. Pragnę pokazać moim córkom Warszawę, urodziły się już po moim wyjeździe z Polski. Obie dziewczyny są bardzo zainteresowane, gdy opowiadam o tym mieście, żona też bardzo chętnie odwiedziłaby stare kąty. Problemem jest jedynie czas, bo wciąż jestem przy zespole Slavii jako trener bramkarzy. Mam nadzieję, że uda się wybrać do Polski. Może nawet na dłużej, gdybym miał jeszcze kiedyś okazję pracować w waszym kraju. To moje marzenie.

Rozmawiał w Sofii Emil Kopański

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności