Aktualności

Piotr Matys, czyli ten, który strzelił gola piętą Barthezowi. „Teraz szkolę następców”

Specjalne11.05.2020 
W 1998 roku mistrz Polski, ŁKS Łódź, w europejskich pucharach zmierzył się z Manchesterem United i AS Monaco. 20-letni wówczas Piotr Matys stawiał pierwsze kroki w seniorach. W meczu z Francuzami strzałem pięta pokonał Fabiena Bartheza. – Rodzice dzieci, które trenuję, pokazują im jakiego gola strzeliłem. Kiedy mnie o to pytają, to podkreślam, że muszą ciężko pracować, by zdobywać podobne, a może nawet ważniejsze i piękniejsze bramki na wielkich stadionach – mówi Matys, obecnie trener Akademii Piłkarskiej Talent w Białymstoku.

Fot: 400mm.pl

W 1996 roku wyjechał pan do PSV Eindhoven, ale już dwa lata późnej wrócił do kraju i trafił do ŁKS.

Akurat w tamtym czasie piłkarz nie miał tyle do powiedzenia, co teraz. Osoba, która była właścicielem mojej karty zawodniczej decydowała, gdzie będę grał. Tak trafiłem do ŁKS i wtedy mogłem się z tego cieszyć, bo przeszedłem do zespołu, który właśnie zdobył mistrzostwo. Byłem zadowolony, bo jako młody zawodnik mogłem trenować u boku wielu doświadczonych piłkarzy. Utwierdziłem się przez to w przekonaniu, które nabyłem przez wcześniejsze lata gry w piłkę, jak należy profesjonalnie podchodzić do sportu. Wiele rzeczy mogłem zrobić inaczej - pewnie lepiej, ale jestem bardzo szczęśliwy, że byłem piłkarzem ŁKS.

Mimo że miał pan zaledwie 20 lat, trener nie bał się postawić na pana w europejskich pucharach. Los nie był łaskawy dla ŁKS, bo po pokonaniu azerskiego Kapazu Gandża trafiliście na Manchester United.

I to na dodatek była chyba jedna z najlepszych drużyn w historii tego klubu. W tym sezonie wygrali Ligę Mistrzów po pamiętnym, niezwykle emocjonującym finale z Bayernem Monachium. Trafiliśmy więc na bardzo silną drużynę, w której właściwie wszyscy byli reprezentantami swoich krajów. Petr Schmeichel, Jaap Stam, Gary Neville, Paul Scholes, Ryan Giggs, David Beckham czy Ole Gunnar Solskjaer. Nie baliśmy się rywalizacji, choć wiadomo było, kto jest faworytem. W pierwszym meczu w Manchesterze daliśmy z siebie wszystko, ale rywal strzelił dwa gole. Ponad 50 tysięcy ludzi przyszło na mecz z zespołem, którego zupełnie nie znali. Rywale podchodzili do nas z dużym szacunkiem. Zawsze mnie mobilizowało, gdy grałem przeciwko zespołowi, który na papierze był dużo silniejszy. Dziś staram się przekazywać kandydatom na piłkarza, że nigdy nie można się poddawać.

Pan zagrał w rewanżu, w którym zremisowaliście w Łodzi 0:0. Jak pan wspomina pojedynki z obrońcami Manchesteru?

To byli zawodnicy z czołówki światowej. Silni fizycznie i nienaganni technicznie. Stam wyglądał jak gladiator, ale kiedy wychodzisz na boisko, to nie zwracasz uwagi na gabaryty przeciwnika, ale starasz się go jakoś zaskoczyć. Wkładasz serce i maksymalne zaangażowanie, by coś zdziałać. Mecz zakończył się remisem i to był nasz sukces, choć nie pozwolił awansować do kolejnej rundy eliminacji Ligi Mistrzów, bo pierwszy mecz przegraliśmy. Byłem dumny, że przed naszymi kibicami pokazaliśmy, że możemy rywalizować z mistrzem Anglii jak równy z równym. Potem śledziłem jak grał Manchester. Kibicowałem, by wygrał w finale. Pokazał charakter, bo długo przegrywał 0:1, a w doliczonym czasie strzelił dwa gole i zdobył trofeum. Był smutek, że odpadliśmy z Ligi Mistrzów, ale też satysfakcja, że ze zwycięzcą rozgrywek.

I za chwilę w Pucharze UEFA trafiliście na AS Monaco. Znów świetny zespół z mnóstwem znakomitych piłkarzy.

Los znów przydzielił bardzo mocnego rywala. Remis z Manchesterem dodał nam jednak otuchy i byłem pełen wiary w sprawienie niespodzianki. Naprzeciwko nas stanęli jednak między innymi: Fabien Barthez, David Trezeguet, Thierry Henry, Ludovic Giuly, czyli piłkarze, którzy posiadali wielki piłkarski potencjał, co udowodnili w kolejnych latach. Szybko udało mi się zdobyć bramkę po składnej akcji całego zespołu. Potem mogliśmy podwyższyć wynik, ale rezultat nie ulegał zmianie. Niewykorzystane sytuacje się jednak zemściły i mecz zakończył się porażką 1:3.



Zaraz, zaraz, ale to nie była taka zwyczajna bramka. Pokonał pan Bartheza strzałem piętą! To była młodzieńcza fantazja, by zdecydować się na takie uderzenie?

Napastnik musi błyskawicznie podejmować decyzje i postanowiłem uderzyć piętą. Dla mnie najważniejsze było to, że gol dał prowadzenie. Bramka ta była efektem składnej akcji całego zespołu. Z lewej strony dośrodkował Darlington, znalazłem się w dobrym miejscu i po prostu zareagowałem. Ten gol jest bardzo często wspominany przez wiele osób na czele z moimi podopiecznymi i ich rodzicami.

To pewnie najładniejsza bramka w karierze, ale niekoniecznie najważniejsza?

Gol był rzeczywiście wyjątkowy, ale nie dał wygranej naszej drużynie. Zdobyłem też kilka bramek w karierze, które dawały zwycięstwo i te były cenniejsze z punktu widzenia drużyny.

Chłopcy, których pan trenuje, starają się kopiować takie zagrania?

Myślę, że rodzice im pokazują, jak strzelałem gola AS Monaco. Kiedy mnie o to pytają, to podkreślam, że muszą ciężko pracować, by zdobywać podobne, a może nawet ważniejsze i piękniejsze bramki na wielkich stadionach. Staram się ich, między innymi, tym motywować. Dobrze, by młodzi chłopcy korzystali z doświadczenia, które udało mi się nabyć w tej krótkiej, ale wartościowej przygodzie z piłką.

Pańska kariera nie rozwinęła się jednak tak, jakby pan pewnie chciał. Grał pan w kilkunastu zespołach, ale zakończył ją w wieku 29 lat.

Brakowało mi pokory, wybory nie zawsze były słuszne. Już rozliczyłem się z tym okresem w moim życiu i podchodzę do tego z dystansem. Wszystkie decyzje, które podejmowałem, miały w tamtym momencie określone uzasadnienie, co nie znaczy, że były dobre. Pewnie gdybym był bardziej rzetelny, sumienny i pracowity, jak niektórzy moi koledzy z boiska, to bym lepiej wykorzystał talent, który dał mi Pan Bóg. Ostatecznie karierę przerwały kontuzje i od ponad dziesięciu lat zajmuje się szkoleniem dzieci i młodzieży.



Razem z kolegami z boiska Dzidosławem Żuberkiem i Bartoszem Jurkowskim, a także trenerem Januszem Kaczmarzem założyliście w Białymstoku Akademię Piłkarską Talent. Dostaliście nawet złoty certyfikat od Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Białystok od lat słynął z pracy z młodzieżą. Zawsze było tu wielu utalentowanych, młodych piłkarzy, a także trenerów, którzy potrafili ich wyłowić i z nimi pracować. Zaobserwowaliśmy jednak, że zamiast szkolić dzieci z Białegostoku i pobliskich miejscowości, zaczęto ściągać wyróżniające się jednostki z innych województw. Uznaliśmy, że w naszym mieście nie brakuje zdolnych chłopców i dlatego trzeba wrócić do podstaw, czyli szkolić, a nie selekcjonować. Dlatego postanowiliśmy założyć naszą akademię. Zaczynaliśmy od nielicznej grupy, a teraz uczymy grać w piłkę dzieci od rocznika 2003 do 2014. Jest też kilka dziewczynek. Przed epidemią koronawirusa trenowało u nas prawie 450 dzieci.

Jak liczna jest kadra szkoleniowa i jak wygląda infrastruktura akademii?

W naszej szkółce mamy 18. trenerów. Nasz program szkolenia opiera się na rotacyjnej współpracy wielu szkoleniowców dla dobra danej jednostki i drużyny. Chcieliśmy, aby dzieci miały możliwość poznania różnego podejścia do zajęć. Nie mamy jeszcze własnych obiektów i korzystamy z uprzejmości szkół i boisk stadionu miejskiego.

Udało się już wychować piłkarzy, którzy grają w seniorach?

Nasi wychowankowie są w Śląsku Wrocław, Wiśle Płock i Rakowie Częstochowa. To roczniki 2002 i młodsi, którzy ciężko pracują na sukces w seniorskiej piłce. Dwóch naszych wychowanków wyjechało też do SPAL Ferrara, a po jednym do Padova Calcio i US Cremonese.



Jak radzicie sobie w czasie epidemii?

Prowadzimy treningi online. Każdy trener przygotowuje rozpiski dla swoich podopiecznych. Teraz pojawiła się możliwość powrotu na boiska, ale podchodzimy do tego ostrożnie. Sprawdzamy, ilu jest chętnych, ale po początkowej euforii ze strony rodziców, każdy się zastanawia, czy to już czas, by dzieci znów trenowały w grupie. To dość złożony problem, bo na przykład szkoły też nie wiedzą, czy mogą użyczać swoich boisk. Będziemy starać się ćwiczyć w grupach sześcioosobowych plus trener i małymi kroczkami powracać do normalności. Czujemy na sobie dużą odpowiedzialność za zdrowie młodych ludzi.

Przerwanie treningów wpłynęło na sytuację finansową akademii?

To był i wciąż jest bardzo trudny czas. Byliśmy w stałym kontakcie z rodzicami w kwestiach finansowych. Trenerzy nie mogli fizycznie ćwiczyć z dziećmi, ale prowadzili treningi online i przygotowywali ćwiczenia do wykonania w domu. W żadnym momencie nie było pomysłu z naszej strony, aby nie zadbać o naszych szkoleniowców, którzy zawsze sumiennie wykonują pracę. Staramy się przetrwać ten trudny okres i widzimy światełko w tunelu. Sporo osób podeszło ze zrozumieniem i nas wspiera za co chciałem, w imieniu zarządu akademii, bardzo wszystkim podziękować.

Rozmawiał Andrzej Klemba
fot. archiwum Piotra Matysa, aptalent.pl

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności