Aktualności

[WYWIAD] Marcin Kamiński: Miejsca w Bundeslidze nie dostaje się za darmo

Specjalne02.07.2020 
Marcin Kamiński po sezonie absencji wraca na najwyższy szczebel rozgrywkowy w Niemczech. Obrońca VfB Stuttgart wyleczył kontuzję, zdążył na końcówkę sezonu i odzyskał miejsce w podstawowym składzie. Teraz przed nim krótka przerwa, a już pod koniec lipca jego zespół zaczyna przygotowania do startu nowego sezonu. – Wykonaliśmy krok, awansowaliśmy do Bundesligi, ale przed nami wyzwanie, bo musimy udowodnić, że zasługujemy, aby pozostać w elicie. A to na pewno nie będzie łatwe zadanie – mówi w rozmowie z Łączy Nas Piłka Marcin Kamiński.

Szczęście się do ciebie w końcu uśmiechnęło. Po zejściu do drugiej Bundesligi i wyleczeniu koszmarnej kontuzji wracasz na najwyższy szczebel rozgrywkowy w Niemczech. Zgodzisz się, że limit pecha w ostatnim czasie został już u ciebie wyczerpany?

Mam nadzieję, że najgorsze już jest za mną. Po wcześniejszych niepowodzeniach liczę na to, że wszystko będzie szło w dobrym kierunku i – przede wszystkim – będą omijały mnie urazy. Po wyleczonej kontuzji szybko udało mi się wywalczyć miejsce w podstawowym składzie. Teraz przede mną gra w Bundeslidze, co mnie bardzo cieszy. Po rocznej przerwie  znowu wracam na najwyższy szczebel rozgrywkowy w Niemczech.

Twoja pauza była bardzo długa, bo opuściłeś aż 23 ligowe spotkania. Po wyleczeniu urazu niemalże od razu wróciłeś do wyjściowej jedenastki. Trener Pellegrino Matarazzo dał ci do zrozumienia, że na ciebie czeka?

Z trenerem byłem w stałym kontakcie. O mojej sytuacji rozmawiałem z nim jeszcze przed wybuchem pandemii. Dał mi do zrozumienia, że na mnie czeka. Pytał jak się czuję i ile czasu dam radę spędzić na boisku. Podpytywał często o zdrowie, więc wiem, że zależało mu na mnie. Wiedziałem zatem, że powoli będzie chciał mnie wprowadzać do składu. Po powrocie najpierw usiadłem na ławce w spotkaniu z Arminią Bielefeld. Później jednak był taki plan, żebym pojawił się na placu gry jakieś kilkanaście minut, aby poczuć granie. Przede wszystkim ważne jest, że nie utknąłem na ławce rezerwowych. Zagrałem w sześciu spotkaniach z rzędu i na boisku byłem przez cały regulaminowy czas gry. Nie będę jednak ukrywał, że zdarzały mi się słabsze występy. Czasami nie układało się to po mojej myśli. Teraz trzeba jeszcze popracować, aby udało się ustabilizować formę, utrzymać miejsce w podstawowym składzie VfB Stuttgart i już go nie oddać. Najważniejsze, że z nogą jest wszystko w porządku.

Domyślam się, że pojawiałeś się na domowych spotkaniach VfB Stuttgart, a wyjazdowe oglądałeś w telewizji. To chyba najgorsze, co może spotkać zawodnika.

To było najtrudniejsze, bo byłem poza grą i jedyne co mogłem zrobić, to patrzeć na swoich kolegów z boku. Bolało, że obserwowałem poczynania Stuttgartu w roli widza, ale musiałem to zaakceptować. Oglądałem mecze kolegów i trochę tego stresu było. Dobrze, że już to minęło. Śmiało jednak mogę powiedzieć, że jakoś to wszystko szybko u mnie zleciało. Początkowo słysząc wyrok, że wypada się z gry na ponad pół roku, można być zszokowanym. W pewnym momencie ten czas zaczął mi przyspieszać i wcale nie było tak źle. Miałem też więcej czasu, żeby spędzić go z rodziną.

Jesteś jednym z tych piłkarzy, którym przymusowa przerwa w rozgrywkach jednak pomogła.

Miałem zdecydowanie jeszcze więcej czasu, aby w spokoju przygotowywać się do powrotu na boisko. W moim przypadku ważne było, żeby zregenerować się po miesiącach ciężkiej pracy, rehabilitacji. Miałem ogromną chęć powrotu, ale też musiałem być przekonany, że po takiej przerwie moje nogi będą silne, świeże. Przez pandemię udało mi się też złapać trochę oddechu. Moje treningi były nieco słabsze, krótsze i mniej intensywne, ale później te obciążenia były zwiększane. Wróciłem na boisko do gry w małych grupach i wówczas tak naprawdę zrozumiałem, że noga jest już luźna i przygotowana. O tym, że wszystko jest w porządku, przekonałem się jeszcze przed pandemią, gdy wróciłem do treningów z zespołem. Gdy walczyłem o piłkę z kolegą z drużyny, doszło do przeprostu, ale wszystko było okej. To był ten moment, że blokada została zdjęta.

Mimo opuszczenia większości meczów, dołożyłeś swoją cegiełkę do awansu do Bundesligi.

Cieszę się, że mogłem dołączyć w końcówce do kolegów i jeszcze zagrać w podstawowym składzie. Tak jak wcześniej wspomniałem, moje mecze były różne. Zdarzały się lepsze, gorsze podania. Najważniejsze, że mogłem się pojawić na boisku. A jeszcze bardziej cieszy, że udało nam się awansować i po roku przerwy wrócić do Bundesligi. Teraz mamy jeszcze trochę czasu, aby odpowiednio przygotować się do startu nowego sezonu i znaleźć odpowiedni tor.

Czy VfB Stuttgart, to zespół, który teraz poradzi sobie na najwyższym szczeblu? Czy przed wami jeszcze dużo pracy, aby potwierdzić, że miejsce w Bundeslidze po prostu wam się należy?

Nie ma co ukrywać, że przed nami jeszcze sporo pracy. Miejsca w Bundeslidze nie dostaje się za darmo. Wykonaliśmy jeden krok, bo udało nam się awansować na najwyższy szczebel, ale teraz naszym zadaniem jest udowodnienie, że VfB Stuttgart zasługuje na to, aby pozostać w tej elicie. A to na pewno nie będzie łatwe zadanie. Trzy lata temu, gdy awansowaliśmy, nikt z nas nie przypuszczał, że spadek nastąpi tak szybko. W ogóle mało kto myślał, że to się wydarzy. Teraz trzeba odzyskać tę stabilność, balans, żeby pozostać przez najbliższe lata i ugruntować swoją pozycję w Bundeslidze.

Historia zatoczyła koło, bo trzy lata temu także awansowałeś z VfB Stuttgart do Bundesligi. Gdybyś miał porównać – jakie są różnice między tamtejszą drużyną, a obecną?

Przed trzema laty w drużynie było więcej zawodników doświadczonych. Myślę też, że tamten zespół mniej zmienił się po spadku. Kilku piłkarzy wtedy odeszło, ale jednak szkielet został zachowany. Tymczasem przed tym sezonem nastąpiło bardzo dużo zmian, dołączyło wielu młodych graczy. Nie do końca chyba znali oni realia, nie wiedzieli, czego się w Stuttgarcie oczekuje i dla kogo się gra. Zespół był mieszanką młodości z doświadczeniem, ale z większym naciskiem na młodzież, niż poprzednim razem.

Jeszcze w sezonie 2018/2019 byłeś wypożyczony do Fortuny Duesseldorf, z którą utrzymałeś się w Bundeslidze. Teraz obydwa zespoły zamieniają się klasami rozgrywkowymi i tak naprawdę mało kto mógłby przewidzieć taki scenariusz. Zrządzenie losu?

Bardzo dziwnie to wszystko się potoczyło. Wielu znajomych mi mówi, że to niebywałe. U mnie były też różne zawirowania, bo grałem w Fortunie Duesseldorf, a potem wróciłem z wypożyczenia do 2. Bundesligi. Wszystko to było bardzo szalone. Dla mnie najważniejsze jest, że mogłem wrócić do elity. Awansowaliśmy i chcę tam zostać.

Macie już zaplanowany okres przygotowawczy do sezonu 2020/2021? Kiedy VfB Stuttgart wraca do treningów?

Mamy jeszcze trochę czasu wolnego, a do treningów wracamy pod koniec lipca. Wstępnie mamy plan przygotowań, ale póki co, czekamy na terminarz na nowy sezon. Wiadomo, że przygotowania nie będą zbyt długie. Zazwyczaj trwało to około sześciu tygodni.

Siłą rzeczy muszę też zapytać o kadrę, której zgrupowanie będzie we wrześniu na mecze Ligi Narodów. Wracają marzenia o reprezentacji Polski? W twoim przypadku to takie niespełnione ambicje.

Pojawiają się myśli, nie ma co ukrywać. Na pewno chciałbym wrócić na zgrupowanie, bo to duże wyróżnienie. Po doznaniu kontuzji moje marzenia były bardzo daleko, ale później zaczęły być coraz bliżej. Udało mi się wrócić i co jest dla mnie motywujące – po moim powrocie na boisko w Stuttgarcie zadzwonił do mnie selekcjoner Jerzy Brzęczek. To był taki sygnał z jego strony, że nadal jestem w kręgu jego zainteresowań. Teraz przede mną trochę przerwy, a potem ciężka praca, aby robić wszystko, by ponownie zostać powołany do reprezentacji Polski.

Rozmawiał Jacek Janczewski

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności