Aktualności

[WYWIAD] Kamil Wilczek: Kadra? Ja nie mam pecha, mam szczęście

Specjalne24.10.2019 

Najskuteczniejszy napastnik Superligaen nie zdążył jeszcze wziąć łyka espresso w małej kawiarni przy stacji Nørreport, gdy grzecznie zaczepił go elegancko ubrany starszy pan. – Dobry mecz w niedzielę. Gratulacje! – powiedział z uśmiechem i dyskretnie odszedł w swoją stronę. – Muszę strzelić gola w każdym meczu – podkreśla w obszernej rozmowie z portalem „Łączy nas piłka” Wilczek. Brakuje mu 4 trafień, by zrealizować swój pierwszy cel: pobić rekord legendarnego Ebbe Sanda i stać się najlepszym strzelcem w historii występów Brøndby w rozgrywkach duńskiej ekstraklasy.

Strzelasz i strzelasz. Ebbe Sanda już kompletnie tutaj zapomnieli?

Nie, nie, oczywiście, że pamiętają. Do niedawna był u nas w klubie dyrektorem. Przyznam, że od początku mieliśmy naprawdę dobry kontakt. Tyle że wtedy byłem jakoś 15 bramek do tyłu… Ebbe to otwarty, sympatyczny człowiek. Był bardzo dobrym napastnikiem, więc i ja mogłem go podpytać o parę rzeczy. Naprawdę miło było go spotkać na swojej drodze.

Dziś brakuje ci tylko trzech bramek, by wyrównać jego rekord.

Ale chcę zdobyć cztery i ten rekord jak najszybciej pobić. Jestem na dobrej drodze. Wierzę, że się uda.

To najlepszy moment twojej kariery? Czułeś się kiedykolwiek mocniejszy niż teraz?

Tak naprawdę od dwóch lat czuję się mocny. Jest ta regularność: gram, strzelam, jestem bardzo efektywny w tym, co robię na boisku. I dzięki temu czuję się pewnie. Co ważne, ten długi dobry okres cały czas mnie pozytywnie nakręca – robię wszystko, by wciąż iść do przodu.

W Broendby muszą to zdecydowanie dostrzegać, skoro mianowali ciebie – obcokrajowca – kapitanem zespołu. To naprawdę duże wyróżnienie, szczególnie w takim kraju jak Dania, którego obywatele są, mimo wszystko, narodem dość zamkniętym.

Jestem najbardziej doświadczonym piłkarzem w tej drużyny, mam najdłuższy staż w klubie. Zostałem kapitanem jeszcze przed powrotem Johana Larssona, ale to nic nie zmieniło, opaska została na moim ramieniu. Trener Niels Frederiksen od początku podkreśla, że mi ufa, że wierzy w to, co robię. Jego zdaniem mam wszelkie predyspozycje, by być liderem grupy. Czuję się doceniony, to na pewno duża odpowiedzialność – i generalnie wielka rzecz, być kapitanem w zagranicznym klubie. Staram się spełnić wszystkie oczekiwania.

Broendby to też klub o nieco innej tożsamości niż rywal zza miedzy – FC Kopenhaga. U was jest chyba trochę mniej komercji, bardziej liczy się zaangażowanie, pasja, serce do gry. Pasuje ci taki styl, prawda?

I tym chyba „kupiłem” kibiców. Na początku, tuż po transferze, moja forma nie była taka, jak wszyscy sobie życzyli. Ale serducho zostawiałem zawsze, cały czas oddawałem na boisku 150 procent siebie, pracowałem na maksa. Fani Broendby od samego początku to szanowali – nawet w moich gorszych momentach dało się odczuć, że doceniają moją pracę. Sytuacja rozwinęła się tak, że dziś jestem kapitanem zespołu. I muszę przyznać: bardzo mocno utożsamiam się z tym klubem.

Domyślam się, że tę zażyłość jeszcze bardziej wzmocniła pamiętna sytuacja z jednym z fanów, ponad 2 lata temu. Przypomnijmy, że w trakcie rozgrzewki przypadkiem trafiłeś go piłką w głowę, przez co trafił do szpitala, gdzie przy okazji badań – zupełnie niespodziewanie – wykryto u niego guza mózgu. Guza, którego ostatecznie udało się usunąć.

Z bardzo złej sytuacji wyniknęło coś bardzo dobrego. Pamiętam to dokładnie. Chłopak nazywa się David Nielsen, mamy kontakt do dzisiaj. Oddałem mocny strzał, trafiłem prosto w niego – od razu podbiegłem zobaczyć, co się dzieje. Widać było, że jest spory problem, po meczu dopytywałem doktora, co się dzieje. „Nie jest dobrze” – mówił. Mocno przeżywałem to wszystko. Ludzie później rozpisywali się o tym, że uratowałem mu życie, ale… Ta sytuacja była dla mnie bardzo emocjonalna. David miał później gorszy okres, przechodził długą rehabilitację, ale mieliśmy okazję się kilka razy spotkać. Ostatnio nawet wysłał mi wiadomość, gdy ja miałem trudniejszy moment. To jedna z historii, które wzbudzają we mnie największe emocje.

Jeśli spytać o ciebie fanów Broendby, od razu wspominają tę sytuację i… twoje dwie bramki w ostatnich, wygranych 3:1 derbach Kopenhagi.

Wiadomo, derby to tutaj bardzo prestiżowa sprawa. Jeżeli strzelasz im bramkę, a do tego wygrywasz, kibice szanują cię jeszcze bardziej. Dla mnie ten mecz sprzed dwóch tygodni był super sprawą – gram derby miasta, wyprowadzam drużynę jako kapitan, strzelam dwa gole, zdobywamy trzy punkty… Czego chcieć więcej? Widać, że do konfrontacji z FCK nasi fani podchodzą bardzo emocjonalnie. Fajnie, że mogę im dać troszkę radości.

Cel waszej drużyny na ten sezon to podium w ligowej tabeli?

Tutaj TOP 3 zawsze jest celem. Po słabszym początku ostatnie dwa zwycięstwa bardzo nam pomogły. W tabeli jest bardzo ciasno, drużyny pozostają blisko siebie. Dlatego potrzebujemy kilku zwycięstw z rzędu, by złapać oddech. Myślę, że jesteśmy na najlepszej drodze, szczególnie teraz po zmianie ustawienia – od meczu z FCK gramy trójką stoperów i funkcjonuje to naprawdę dobrze. Chcemy wrócić na stałe tam, gdzie nasze miejsce.

Szkoda europejskich pucharów? W Lidze Europy po wyeliminowaniu Lechii Gdańsk od razu odpadliście w dwumeczu ze Sportingiem Braga.

Byliśmy gorsi. Straciliśmy głupie bramki, Portugalczycy wykorzystali nasze błędy. Mieliśmy w obu meczach lepsze momenty, ale generalnie było widać większą jakość po stronie rywala. Nie ma czego rozpamiętywać, odpadliśmy zasłużenie.

Cel drużynowy znamy. A twój cel indywidualny?

Pobić rekord Ebbe Sanda, wiadomo. To cel, do którego bardzo mocno dążę i do którego jestem bardzo przywiązany. Cały czas o nim myślę, cały czas robię co mogę, by go pobić.

A nie nakładasz sobie w ten sposób niepotrzebnej, dodatkowej presji?

To moja motywacja. Jako sportowiec musisz sobie wyznaczyć cel, do którego dążysz. Ktoś coś mi w życiu pokazał, coś podpowiedział, wyciągnąłem z tego odpowiednie wnioski i dzięki temu zdobyłem naprawdę wiele bramek. Mówię „ktoś”, ale skoro już tak rozmawiamy… Od jakiegoś czasu nawiązałem współpracę z Grupą Deductor. Młodzi trenerzy, którzy pokazali mi coś, czego wcześniej w mojej karierze żaden szkoleniowiec mi nie pokazał. Po zrobieniu jednej czy dwóch zmian w zachowaniu za ich poradą zdobyłem około 40-50 bramek. To naprawdę zrobiło różnicę. Klucz? Powtarzalność. Dali mi wskazówki, ja powtarzam na boisku te same ruchy i mimo, że wszyscy rywale teoretycznie wiedzą, co zrobię, niemal za każdym razem jestem w stanie wyprzedzić ich o krok.

Dopiero na pewnym etapie kariery otworzyłeś się na taką współpracę i bodźce z zewnątrz?

Tak. I z nimi układa się to wszystko bardzo dobrze. Są pomocni, zawsze szczerze doradzą, często mają inny punkt widzenia. Cieszę się, że znalazłem takich ludzi na swojej drodze.

Rekord Ebbe Sanda za pasem, a później pewnie przyjdzie czas na kolejny krok: tytuł najskuteczniejszego obcokrajowca w historii ligi?

Najpierw muszę pobić jeden rekord, później będę myślał o kolejnym. Ale wiem – Dame N'Doye, Senegalczyk z FC Kopenhaga, ma na koncie 85 bramek, ja aktualnie 66. Na pewno miło by było zostać najlepszym strzelcem obcokrajowcem w historii Superligaen, będzie to dla mnie jeden z kolejnych kroków w karierze. No i tytuł króla strzelców w Danii, to też przede mną, jestem na dobrej drodze. Robię wszystko, by tę dyspozycję strzelecką utrzymać – jestem skupiony na każdym treningu, w każdym meczu. Szukam rozwiązań i sposobów, by doskonalić to, co robię. Lubię też wprowadzać sobie nowe bodźce, zmieniać coś, by nie powtarzać cały czas tych samych czynności. Wszystko dzięki pomocy ludzi, którymi się otaczam.

Na tle rywali wyglądasz bardzo dobrze fizycznie. Wiele bramek zdobywasz, wygrywając pozycję w polu karnym…

Mam świetny kontakt z klubowym trenerem przygotowania fizycznego, Ahronem Thode. Uważam, że dzięki niemu zrobiłem w tej sferze spory krok do przodu. Potrafi znaleźć balans – wie, kiedy trzeba docisnąć, a kiedy odpuścić. Nikt dotąd nie potrafił tak skutecznie znaleźć równowagi w moim przygotowaniu do meczu. Obserwuje mnie na każdym treningu, po czym przeprowadzamy analizę – ja mówię, jak coś wygląda z mojej perspektywy, on jak z jego, no i wspólnie szukamy rozwiązania, by do kolejnego spotkania przygotować się jak najlepiej.

A jak u ciebie wygląda przygotowanie mentalne? Nie jest chyba tak, że mówisz sobie przed każdym meczem: dziś muszę koniecznie zdobyć bramkę.

Ja muszę strzelić gola w każdym meczu! Jestem napastnikiem, muszę zdobywać bramki. Zespół jest od moich bramek uzależniony – jak ja będę strzelał, będziemy zdobywać punkty i wygrywać. To jest moja praca i muszę się z niej wywiązać jak najlepiej. Z drugiej strony to nie jest też tak, że siedzę załamany, gdy gola nie strzelę. Ale lubię trafiać do siatki i chcę to robić. Po prostu. 

Robisz sobie samodzielne analizy swojej gry?

Dużo analizuję. Począwszy od mojej formy fizycznej – dlaczego czuję się tak, a nie inaczej, aż po sytuacje meczowe – co było powodem tego, że nie strzeliłem. Lubię zwracać uwagę na szczegóły, dodatkowo zapytać kogoś o jego punkt widzenia, by pomógł mi spojrzeć z innej strony. Często słucham, co inni mają do powiedzenia na temat mojej postawy. Zacząłem się otaczać ludźmi w wielu kwestiach mądrzejszymi ode mnie.

Kiedyś było inaczej?

Niedługo po tym, jak zdobyłem w Polsce koronę króla strzelców, a więc tuż po sezonie 2014/15, spotkałem Remka Rzepkę – człowieka, który był w stanie do mnie dotrzeć. Pokazał mi coś nowego, co zaczęło działać – od tego momentu zrobiłem wyraźny krok do przodu. Później miałem lepsze i gorsze momenty, ale zacząłem na swojej drodze spotykać kolejnych ludzi i nawiązywałem z nimi współpracę. Z najbardziej wartościowymi z nich utrzymuję do dziś regularny kontakt. Wspólnie idziemy do przodu, rozwijamy się, szukamy nowych rzeczy.

W styczniu miną 4 lata, odkąd jesteś w Kopenhadze. Znalazłeś swoje miejsce na ziemi na ten moment kariery?

Powiem tak: czuję się tutaj bardzo komfortowo, bardzo dobrze. Ale nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa – nie mam tak, że zrobiłem tu już wszystko i mogę wyjeżdżać. W piłce jednak nie możesz wielu rzeczy przewidzieć, dlatego nie mogę obiecać, że zostanę tu do końca kariery. Ale nie wykluczam tego, jestem otwarty na wiele możliwości.

W jednym z wywiadów wspomniałeś, że za granicą chciałbyś pograć jeszcze przez 3 lata. To wymarzony scenariusz?

Mój syn zaczyna szkołę za półtora roku i chcemy, żeby ją zaczął w Polsce. To jest plan, który na 100% będzie zrealizowany.

Za półtora roku, czyli w momencie, gdy kończy ci się kontakt z Brøndby.

Wszystko idzie według planu. Układamy sobie życie w Polsce – zaczynamy budowę, żeby za te półtora roku rodzina wróciła już do domu w Rybniku. Także wszystko jest poukładane. Nie mam w tym momencie żadnych problemów, żyjemy sobie spokojnie, układamy sobie powoli wszystkie sprawy na okres po moim piłkarskim życiu. Skupiamy się na tym, co tu i teraz, ale też stopniowo wdrażamy to, co będzie po powrocie. Podsumowując: rodzina na pewno wraca za półtora roku, a co będzie ze mną będzie, czas pokaże.

 Czyli twoja sytuacja, w życiu sportowym i prywatnym, wygląda wzorowo. Jedyny minus dla ciebie to trzech napastników, którymi dysponuje aktualnie selekcjoner Jerzy Brzęczek: Lewandowski, Milik, Piątek…

To dobrze, że ich mamy. Wiele razy mówiłem: ja nie uważam, że mam pecha – uważam, że mam szczęście. I cały czas będę to powtarzał. Jestem w dobrym miejscu, robię to, co kocham, mam wspaniałą rodzinę, jestem zdrowy. Wszystko jest tak, jak powinno być. A z tego, że w reprezentacji mamy trzech świetnych napastników, trzeba się tylko cieszyć. To super chłopaki i dobrze, że im się powodzi. Życzę im, by tak pozostało, a sam walczę o to, żeby znaleźć się gdzieś tam między nimi.

Bez zazdrości.

Może inaczej powiem: można im zazdrościć, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Czyli pozytywna zazdrość, a jednocześnie robienie wszystkiego, by nie tracić dystansu i pozostawać w kręgu zainteresowań selekcjonera, a w końcu – kto wie – znaleźć się wśród nich.

Ale rzucasz w weekend okiem na Twittera, sprawdzasz, czy Arek Milik coś strzelił albo czy Krzysiek Piątek znów odpalił pistolety?

Twittera nie mam, ale fakt, śledzę występy polskich piłkarzy za granicą. Lubię wiedzieć, wchodzę regularnie na Livescore’a i patrzę, co słychać u znajomych piłkarzy – zresztą nie tylko polskich. Ale wypatrywanie potknięć kolegów z reprezentacji w niczym mi nie pomoże. Niech strzelają – z korzyścią dla Polski, dla ich klubu i dla nich samych. Niech się rozwijają.

Tobie pozostaje robić swoją robotę.

Będę się pokazywał w klubie, tak jak robię od dłuższego czasu – wiem, że tylko w ten sposób mogę zwrócić na siebie uwagę sztabu kadry. A decyzja o powołaniu zawsze należy do selekcjonera.

Rozmawiał Filip Adamus

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności