Aktualności

[WYWIAD] Józef Dankowski: Wygrane z Legią czy Ruchem pomagały w życiu

Specjalne01.08.2020 
Górnik Zabrze w latach 80-tych ubiegłego wieku był hegemonem. Cztery lata z rzędu zdobywał mistrzostwo Polski. Jednym z filarów tej drużyny, chociaż zostającym nieco w cieniu, był Józef Dankowski. – Dbaliśmy o markę Górnika Zabrze – mówi skromnie były defensor, który w klubie z Roosevelta jako piłkarz spędził osiem lat, w ostatnich latach był także trenerem zabrzan.

Jest pan jedną z legend Górnika, a chyba nikt nie wie, że mało brakowało, by znalazł się pan w największym rywalu zabrzan, Ruchu Chorzów.

Tak. Do Górnika trafiłem na początku lat 80-tych. Jako pierwszy wypatrzył mnie jednak Ruch Chorzów, miało to miejsce po pierwszej rundzie sezonu 1981/1982. Dostałem propozycję gry u „Niebieskich”, ale ja wtedy grałem w Górniku Knurów. Zagorzałym sympatykiem Górnika był ówczesny dyrektor kopalni Knurów, pan Jan Szlachta. Zaprosił mnie z ojcem do swojego gabinetu dyrektorskiego i przedstawił sprawę jasno. Na stole były przygotowane dwie karty, jedna do Górnika, druga do wojska. Miałem więc wybór. Prezes powiedział, że muszę szybko działać, on nie ma czasu, ma na głowie sprawy związane z kopalnią. – Musisz szybko decydować – powiedział. Ruch mocno naciskał, ale wiedziałem, że wybiorę Górnik. Mieszkałem w Knurowie na osiedlu w Szczygłowicach, 20 kilometrów od Zabrza. Tereny mocno związane z zabrskim klubem. Wybrałem więc Górnik, chociaż tak naprawdę wyboru nie miałem. W przeciwnym wypadku czekało mnie pewnie wojsko i może gra w jakimś wojskowym klubie.

Pana kariera w Górniku na dobre zaczęła się od zagranicznego wyjazdu.

Górnik w 1983 roku został zaproszony na tournée do Ameryki Południowej. Zaproszenie już było wcześniej, ale mogliśmy pojechać dopiero w tym czasie. To były moje początki w Zabrzu. Wtedy o sile drużyny stanowili Edward Socha, Andrzej Pałasz, Leszek Brzeziński, Tadek Dolny, Krzysiek Szwezig. Dla mnie wyjazd z tymi zawodnikami, to był istny szok. Graliśmy tam serie meczów. Honduras, Peru, Gwatemala, Salwador, Kolumbia. W Gwatemali byliśmy pilnowani przez karabinierów, nie pozwalali wychodzić nawet poza teren hotelu. Trenowaliśmy w obrębie obiektu, jak również na basenie. W Kolumbii przyjęto nas bardzo fajnie. Miejscowi Polonusi zaprosili nas na wieczór polonijny. W Salwadorze z kolei toczyła się wojna domowa. Mecze zawsze rozgrywaliśmy późnym wieczorem, takie były upały. Warunki do treningów wyśmienite, zajęcia były na głównych płytach. To przełożyło się jednak na późniejsze ligowe wyniki. Po powrocie przegraliśmy pięć meczów ligowych z rzędu, a trener Zdzisław Podedworny zapłacił za to głową. Ale i tak potem uznał, że było warto jechać.

Jakim człowiek był słynny prezes Jan Szlachta?

Miał swoją osobowość. Twardy człowiek, ale chyba w górnictwie trzeba takim było być. Szybko podejmował decyzje, w kontaktach z nami kierował się twardymi, ale sprawiedliwymi zasadami. Jednej cechy nie można mu było odmówić. Jeżeli dawaliśmy z siebie 100%, to nawet po przegranym meczu prezes nie miał pretensji. Czasem można zagrać słabiej, być po prostu gorszym, ale trzeba dać z siebie maksa. Był wymagający, ale pozwalał na chwilę słabości.

Był wyrozumiały nawet po meczach z Legią, czy Ruchem?

Te mecze to była właściwie rywalizacja resortów. Górnik, wiadomo resort górniczy. Legia to wojsko, Ruch hutnictwo, Gwardia Warszawa milicja. Prezesi ze sobą rywalizowali, z dobrym skutkiem dla klubów i kibiców. Takie mecze wszystkich rozpalały. Bez względu czy mecze z Legią czy Ruchem były o wielką stawkę, czy wyjątkowo, tylko kolejnym ligowym punktem, to i tak gromadziły na trybunach kilkadziesiąt tysięcy fanów. Legia mogła wtedy liczyć na przywileje, wydawało się, że poszczególni zawodnicy przed wojskiem i pójściem do Legii nie mają szans się obronić. Górnictwo jednak miało swoje możliwości, prezesi skutecznie zatrzymywali najlepszych chłopaków. A mecze derbowe i zwycięstwa nad Ruchem czy GKS Katowice pomagały.

To znaczy?

Po zwycięstwach w derbach zawsze mogliśmy chodzić z głową wyżej uniesioną. Żyliśmy wszyscy

w jednym regionie, nieraz całkiem blisko siebie, w Zabrzu, Chorzowie, Katowicach. Kibice nas rozpoznawali, czasem się to przydawało. Na przykład przy przekraczaniu prędkości. Stróże prawa łaskawszym okiem patrzeli na nas, gdy kilka dni wcześniej wygrało się ważny mecz.

A po porażkach byliście „zapraszani” na dół do kopalni?

Ja osobiście nie spotkałem się z jakimiś przykrymi komentarzami typu, „przegraliście mecz, idźcie lepiej pracować na kopalnię”. Ale na stadionie, gdy nam nie szło, czasem się słyszało takie okrzyki. Kibic Górnika był przyzwyczajony w latach 80-tych do zwycięstw, więc gdy w końcu powinęła nam się noga, to wtedy mógł wyrazić swoje niezadowolenie. Na szczęście wyrażano je tylko okrzykami i były to sporadyczne sytuacje.

Cztery razy z rzędu mistrzostwo Polski. Jak przychodziło wam się mobilizować na kolejne sezony i mecze?

Przywołam taki mecz... Pierwszy sezon mistrzowski, ostatnia kolejka. Legia jest liderem, my gramy na Widzewie. Właściwie nikt nam nie daje szans, Legioniści grają bowiem na Pogoni. Stołeczna drużyna swój mecz jednak zremisowała 1:1, my natomiast na Widzewie wygraliśmy 2:1 i o punkt wyprzedziliśmy Legię. Takie właśnie było nasze założenie. Graliśmy do końca, liczyliśmy się z potknięciem rywala. Wtedy kształtował się nasz charakter, nasz zespół, a w kolejnych latach się nie zmienialiśmy. Rok później mieliśmy na koniec cztery punkty przewagi nad Legią. Zaczęliśmy pracę nad wielkim Górnikiem od gry w obronie. Przychodzili do nas klasowi zawodnicy, dodawali jakości drużynie. Józef Wandzik, Robert Warzycha, Jan Urban, Andrzej Iwan. Górnik robił markę, a myśmy o nią dbali. I trwało to aż do momentu zagranicznych wyjazdów.

W latach 80-tych szatnia Górnika to był prawdziwy gwiazdozbiór. Nie było z tym problemów?

Gdy powiem, że byliśmy grupą normalnych ludzi, to pewnie i tak nikt nie uwierzy. Byliśmy odpowiedzialni, bo wiedzieliśmy, że nasze dobre warunki w Zabrzu będą tak długo trwać, jak długo będą wyniki. W przeciwnym wypadku, wszystko co dobre się skończy. Wiadomo, w szatni jedni lubili się bardziej, inni mniej, ale wszyscy trzymaliśmy się razem, tak by mieć korzyść z wygrywania. Przychodząc do Zabrza, jako kolejni zawodnicy, byliśmy głodni sukcesów. Pamiętam, jak Robert Warzycha przyszedł na pierwszy trening po transferze z Górnika Wałbrzych. Na pierwszych zajęciach postawił się Jankowi Urbanowi. Tylko dlatego, że młody dawał sto procent, a niekoniecznie chciał grać z Urbanem, który w jego mniemaniu nie przykładał się do zajęć. Janek zwrócił mu uwagę, a Warzycha miał mu odwagę odpowiedzieć. Zabrać głos w takiej szatni na pierwszym treningu, to była duża odwaga. Konsekwencje tej sytuacji były takie, że jeden i drugi grali lepiej i zaczęli współpracować ze sobą.

Był czas na pracę, był jednak również czas na zabawę.

Nie byliśmy zakonnikami, nie ma co ukrywać. Nie skupialiśmy się tylko i wyłącznie na piłce. Wychodziliśmy z założenia, że zwycięstwami trzeba się też nacieszyć. A my lubiliśmy zabawę. Szczególnym momentem było chociażby pierwsze mistrzostwo Polski i powrót z Łodzi do domu. Ale w Zabrzu świętowanie nie było takie łatwe. Kiedyś powiedziano, że Górnik zdobył tyle tytułów mistrzowskich, bo w porównaniu do Warszawy Zabrze to niczym jedna-dwie dzielnice. Idąc na miasto byliśmy od razu zauważani, musieliśmy wszystko robić z głową, w przeciwnym wypadku nie spotykało się to z miłymi reakcjami. Mieliśmy tego świadomość. W Warszawie można było pewnie szaleć do woli.

Pan w tej plejadzie gwiazd był także kapitanem.

Tak, opaskę przejąłem bodajże w sezonie 1987/1988. Jechaliśmy akurat pociągiem na mecz do Szczecina. Czekaliśmy na dworcu w Zabrzu, bo wtedy na dalekie wyjazdy jeździliśmy kuszetkami. Dotychczasowi kapitanowie, Bogdan Gunia, Andrzej Pałasz i Waldemar Matysik już wyjechali z klubu, albo się też szykowali do wyjazdu. Rada zespołu musiała wybrać więc następcę. Janek Urban, Andrzej Iwan, Rysiek Komornicki i Marek Majka zdecydowali, że ten zaszczyt mi przypadnie. Najpierw usłyszałem pytanie, „Dana, zostaniesz kapitanem. Zgadzasz się?” „To dla mnie zaszczyt” – odpowiedziałem.

Duży wpływ na zwycięskie DNA Górnika w tamtych latach mieli także trenerzy.

Najbardziej znany z twardej ręki był Hubert Kostka, który przyszedł za Zdzisława Podedwornego. Jego przyjście do Zabrza zbiegło się w czasie z tym, jak klubem zaczął rządzić prezes Szlachta. Potrzebował wówczas trenera, który także był wymagający. Kostka nie tolerował udawania, trenowania na 50%. Od pierwszego momentu trzeba było zapieprzać. Rozgrzewka u Kostki, to dzisiaj w niejednym zespole byłaby część główna zajęć. Inną politykę miał Lesław Ćmikiewicz. Przyszedł po trenerze Kostce. Potrzebowaliśmy poczuć powietrza, bo tego wcześniej nam brakowało, ale trener poszedł za bardzo w drugą stronę, tej swobody dostaliśmy za dużo. Po serii nieudanych meczów przyszedł trener Antoni Piechniczek. Po sukcesie na MŚ w Hiszpanii miał swój autorytet, nazwisko, znajomość tematu, także umiejętność kierowania zespołem, w którym nie brakuje gwiazd. W mocnej szatni Górnika dobrze się odnalazł. Wyczuliśmy wówczas, że trzeba wrócić na poprzednie tory, postawiliśmy na rzetelną pracę. A kontynuował to wszystko trener Marcin Bochynek.


Ma pan jakiś szczególny mecz w barwach Górnika?

Zawsze pojedynki chociażby z Ruchem Chorzów czy Legią to wyjątkowe spotkania, ale gdybym miał wybrać jeden szczególny mecz, to byłby to pojedynek w Szczecinie, przeciwko Pogoni. Przegraliśmy 0:1, bramkę zdobył Marek Leśniak. A ja dostałem czerwoną kartkę za faul właśnie na strzelcu gola. Schodząc z boiska pół metra ode mnie rozbił się… słoik ze śledziami. Pomyślałem sobie wtedy: stary, nie fauluj na czerwoną kartkę, lepiej uważaj, bo to może się źle skończyć. To była moje jedyna czerwona kartka w karierze.

Myślałem, że wymieni pan mecze z Realem Madryt, Juventusem czy też Bayernem Monachium, bo z tymi drużynami rywalizowaliście wtedy w europejskich pucharach.

Mecze z Realem Madryt chyba każdy z nas będzie wspominał. Real to królewski klub, bez względu na siłę drużyny, okoliczności. Na Stadionie Śląskim w Chorzowie minimalnie przegraliśmy 0:1, w rewanżu wytrzymaliśmy godzinę, przegrywając ostatecznie 2:3. Zawsze jest jednak co wspominać. Przy wjeździe na stadion kibice pokazywali nam piątki, szóstki. Tyle Górnik miał stracić bramek w tym meczu, a po spotkaniu kibice znowu wyciągali dłonie do góry. W geście uznania, klaskali nam. To było miłe uczucie. Największy niedosyt jednak jest po meczu w Turynie.

Dlaczego?

Spotkanie rewanżowe rozstrzygnęło się właściwie w pierwszych minutach. U siebie przegraliśmy 0:1, w szóstej minucie rewanżu przegrywaliśmy już 0:3. Ale to tylko dlatego, że zbyt długo czekaliśmy na sygnał na rozgrzewkę. Przed meczem zaczynaliśmy się martwić we własnym gronie, że będzie mało czasu na rozgrzanie, a tu nagle sędzia zagwizdał, ale był to gwizdek zapraszający na mecz. W błąd wprowadził nas jeden z zabrzańskich działaczy, może ich było za dużo na tym wyjeździe, który powiedział byśmy zaczekali, oni nas zaproszą, a tymczasem mamy małą halę i możemy się delikatnie porozciągać. Potem się musieliśmy w trakcie meczu rozgrzewać...

Zagrał pan trzy mecze w reprezentacji Polski. Była szansa na coś więcej?

Teraz mogę już mówić otwarcie wszystko... Do trzech meczów trwa okres testowania, sprawdzania zawodników. Ja miałem szansę, na tyle mnie widocznie było stać. Dostałem szansę w jednym meczu u trenera Wojciecha Łazarka, w dwóch u trenera Piechniczka. Kiedyś z trenerem Piechniczkiem, w trakcie jego drugiej kadencji trenerskiej w Zabrzu, rozmawialiśmy na ten temat. Tłumaczył mi dlaczego stawiał na innych, w momencie tak dużej rywalizacji. Tyle, że ja nie miałem o to żadnych pretensji, w pełni się zgadzałem z argumentacją trenera. Byli lepsi. Cztery mecze zagrałem w U-21, tam mogłem mieć lepszy bilans.

W 1990 roku wyjechał pan do greckiej Larisy. Była już wcześniej okazja?

Tak, przy okazji meczu Bayern – Górnik mogłem zostać, ale to nie była propozycja klubu z Monachium (śmiech). Jesienią 1985 roku dostałem propozycję pozostania w Niemczech od rodziny trenera Jerzego Musiałka. Miałem otrzymać pomoc, pojawiłaby się oferta piłkarska, ale się nie zdecydowałem. Byłem niespełna rok po ślubie, nie mogłem zostawić żony i nowo narodzonej córki. Potem jeszcze miałem propozycję z Turcji, gdy trenerem tam był Franciszek Smuda, rozmowy były właściwie na końcowym etapie, ale pojawiła się oferta z greckiej Larisy, gdzie trenerem był Marcin Bochynek, który znał mnie z Zabrza. Łatwiej było mi więc przyjąć taką propozycję, zwłaszcza, że w Grecji był wówczas dobry czas dla Polaków.

Wyjazd z Polski to pewnie był szok? Inna piłkarska rzeczywistość niż ta w kraju.

Tak, był lekki szok, ale inny niż się wszyscy spodziewali. Górnik był wówczas klubem lepiej zorganizowanym. Wystarczy powiedzieć, że trener Bochynek jadąc tam pół roku wcześniej sam organizował odnowę biologiczną. Trenowaliśmy o siódmej rano i wieczorem, bo upały były potężne. Potem potrzebne były dobrodziejstwa i zdobycze techniki, by móc normalnie popracować, ale z tym był już problem. Stan boisk, z racji ich jakości, również nie powalał na kolana. Na trzy miesiące przed końcem ligi achilles odmówił mi posłuszeństwa, głównie z racji twardych nawierzchni. Mogłem więc jedynie trenować 2-3 razy w tygodniu. Po pewnym czasie miałem dość Grecji.

Dzisiaj pilnie śledzi pan to, co się dzieje w ligowej piłce?

Tak. Ostatnio trenowałem jeszcze czwartoligowe Wilki Wilcza, teraz z pozycji kibica obserwuje ligowe wydarzenia. Górnik Zabrze najmocniej leży mi na sercu, ale także bacznie obserwuję, co się dzieje w Piaście Gliwice czy Concordii Knurów, czyli klubach, z którymi również jestem związany. Górnik miał różne momenty, wzloty, upadki, ale rzetelna praca sztabu szkoleniowego daje efekt. Trochę jedynie szkoda, że tak mało mamy naszej młodzieży w zespole, bo ostatnie sukcesy Górnika były efektem właśnie pracy z młodymi.

Rozmawiał Tadeusz Danisz

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności