Aktualności

[WYWIAD] Henryk Bolesta: Do Feyenoordu przez granicę przewiózł mnie Włodek Smolarek

Specjalne31.01.2020 
– Kiedy przychodziłem do Widzewa, był to zespół, w którym nie brakowało dobrych zawodników, ale niekoniecznie gwiazd. Wszystkich cechowało to, że byli bardzo ambitni. Usłyszałem od Włodzimierza Smolarka, że to zespół z charakterem. Kto go nie ma, ten długo nie pogra. Byłem tam siedem lat, więc chyba go miałem – mówi Henryk Bolesta, mistrz Polski z Ruchem Chorzów, zdobywca Pucharu Polski z Widzewem, piłkarz Feyenoordu Rotterdam i Rody Kerkrade.

W wieku 17 lat przychodzi pan do Ruchu Chorzów, który właśnie zdobył mistrzostwo Polski…

... i zaraz uciekłem! Pod koniec 1974 roku wysłannicy Ruchu przyjechali do mnie do Radomia. Miałem propozycje grania w innych zespołach, ale to były drużyny drugoligowe. Do nich nie chciałem iść. Czekałem na ofertę z pierwszej ligi. Dogadaliśmy się z Ruchem, ale jak pojechałem do Chorzowa, to po dwóch czy trzech tygodniach stamtąd uciekłem. Czułem się jakbym był w innym kraju. Mój opiekun mówił do mnie gwarą, a ja prawie nic nie rozumiałem. Do tego nie mogłem się przyzwyczaić do zabudowań Chorzowa. Mój rodzinny Radom też nie był metropolią, ale na początku na Śląsku nie mogłem się dobrze poczuć. Wyjechałem, ale wrócili po mnie. I, pamiętam to dokładnie, od 3 stycznia 1975 roku już byłem w Ruchu.

A może trudno było się też zaaklimatyzować młodemu chłopakowi w drużynie mistrzów?

Rzeczywiście, wtedy Ruch był zespołem raczej starszych zawodników. W tym czasie w drużynie było nas czterech młodych – jeszcze Albin Wira, Henryk Dusza, Eugeniusz Faber i razem się trzymaliśmy. Reszta piłkarzy dochodziła 30 lat lub była już starsza. Czuliśmy respekt przed zawodnikami, którzy sporo osiągnęli, ale nie było jakiejś przepaści. Wykonywaliśmy obowiązki młodych, czyli nosiliśmy sprzęt czy bagaże, rzadko się odzywaliśmy w szatni, by nie zostać słownie zgaszonym. Poza tym ja w wieku 18 lat miałem już niezłą posturę, byłem silny i nie za bardzo bałem się starszych. Szanowałem ich, ale nie dałem sobą pomiatać. Lubiłem Maszczyka czy Bulę, który był żartownisiem i robił kawały wszystkim piłkarzom. W 1975 roku Ruch obronił tytuł i część zawodników zaczęła odchodzić. Rozpoczął się okres budowy nowej drużyny, a mnie ściągnięto, bym zastąpił Piotra Czaję. Zresztą on wiedział, że powoli jego czas dobiega końca.

I tak się stało w sezonie 1978/79.

Czaja był nie tylko bramkarzem, ale także naszym trenerem. Bardzo dobrze go wspominam. Po mnie ściągnięto też drugiego młodego Janusza Jojkę i Czaja wziął nas pod swoje skrzydła. To, czego nauczyłem się jako bramkarz, to w 70-80 procentach jego zasługa. W 1978 roku trenerem został Leszek Jezierski a asystentem Jacek Machciński, ściągnięto kilku nowych zawodników. Początek mieliśmy słaby, bo zdobyliśmy punkt w trzech meczach. Na treningu dzień przed spotkaniem, tuż przed końcem ćwiczyliśmy za bramkami i Piotr, choć mógł odpuścić dośrodkowanie, to jednak się rzucił. Tak pechowo, że uderzył udem w stojak pod głośnik. Z boiska zszedł kulejąc, ale zapowiedział, że gra. Trener Jezierski podszedł do mnie i powiedział: „Heniek, szykuj się, ta noga w nocy spuchnie mu jak bania i musisz być gotowy”. I szkoleniowiec miał rację. Wszedłem do bramki, trzy kolejne spotkania wygraliśmy i już byliśmy wiceliderem. Dostałem szansę, wykorzystałem ją, bo sezon zakończyliśmy mistrzostwem. Piotrek wrócił po kontuzji, ale nie chciał siedzieć na ławce, kiedy młody bronił. Uznał, że mu nie wypada i odszedł z Ruchu.

Pan potem bronił regularnie przez dwa sezony, ale w końcu pojawił się w Ruchu Józef Wandzik.

Dwa lata z rzędu kończyliśmy w górnej części tabeli, ale kilka zespołów było silniejszych. W sezonie 1981/82 popadłem w konflikt z trenerem Jezierskim i poszedłem w odstawkę. Zaczął bronić Wandzik, który był jeszcze młodzieżowcem. Gdy pojechał na zgrupowanie, trener nie miał wyjścia i musiał postawić na mnie. Pamiętam, że zagrałem wtedy na ŁKS świetne spotkanie. Jak się okazało na trybunach byli wysłannicy Widzewa z prezesem Ludwikiem Sobolewskim na czele. Szukali zastępcy dla Józka Młynarczyka. Kilka dni później już byli w Chorzowie mnie namawiać. Jako, że byłem na rozdrożu z Ruchem, to się zgodziłem.

Do Ruchu przychodził pan do mistrza Polski i do Widzewa tak samo. Wtedy łódzki klub rządził w polskiej lidze i świetnie grał w europejskich pucharach.

Co ciekawe, przyjechałem do Łodzi i przez kilka dni mieszkałem w hotelu przy dworcu Łódź Fabryczna. Któregoś dnia słyszę pukanie do drzwi, otwieram, a tam trener Jezierski i Jan Tomaszewski. Niech pan sobie wyobrazi, że oni przyszli mnie namawiać, bym grał w ŁKS. Mówię: „Jak to trenerze, nie chciał mnie pan w Ruchu, a teraz przychodzi do mnie, bym przeszedł do ŁKS?!”. Byłem bardzo zaskoczony. Na drugi dzień już wszyscy wiedzieli, że ŁKS złożył mi wizytę. Od razu przyjechał prezes Sobolewski i mówi: „Henryk, możesz odejść i grać wszędzie, tylko nie w ŁKS!”. W Widzewie pojawiłem się akurat tego dnia, kiedy żegnano przed wylotem na mundial do Hiszpanii Bońka, Młynarczyka i Smolarka. Po mistrzostwach świata wrócili, ale nie ze wszystkimi dane mi było zagrać. Boniek przyjechał do Łodzi, pożegnał się i już było wiadomo, że odchodzi do Juventusu.

Trafił pan do Widzewa, który w tym sezonie dotarł aż do półfinału Pucharu Europy Mistrzów Krajowych.

To był moment pierwszych dużych zmian w Widzewie. Odeszli Boniek i Żmuda, przyszli Wójcicki, Wraga, Myśliński, Świątek. Zostało też kilku starszych jak Grębosz, Kamiński, Surlit czy Smolarek. Przychodząc do Widzewa zdawałem sobie sprawę, że dopóki będzie Józek Młynarczyk, to będę drugim bramkarzem. On przecież bronił w reprezentacji. Trener miał do niego pełne zaufanie. Ale jakby mu się przytrafił uraz, to nie mieli zmartwienia, bo byłem ja. Miałem wtedy 25 lat i byłem już bramkarzem ze sporym doświadczeniem, ugruntowaną pozycją w lidze.

W drodze do półfinału PEMK zagrał pan w Wiedniu z Rapidem.

Naprawdę? Chwila, nie pamiętam tego. Ano tak, to był mecz, który przegraliśmy 1:2, ale w rewanżu wygraliśmy 5:3 po niesamowitym spotkaniu.

Wtedy do Widzewa przylgnął przydomek, że to drużyna z charakterem.

To był zespół, w którym było sporo dobrych zawodników, ale niekoniecznie gwiazd, może poza Smolarkiem. Wszystkich cechowało to, że byli bardzo ambitni. Jak przychodziłem do Widzewa od razu powiedzieli mi, że to zespół z charakterem. Kto go nie ma, ten długo nie pogra. Często byli to zawodnicy niechciani w innych drużynach, którzy chcieli udowodnić, że w poprzednich zespołach źle ich ocenili. Nie spotkałem się z tym w Ruchu, ale my podczas treningów graliśmy o pieniądze.

Słynne środowe gierki?

Tak, graliśmy 5 na 5, 6 na 6 czy 7 na 7. Czasem na małe, a czasem na duże bramki. Graliśmy o pieniądze, ale to nie były duże kwoty. Bardziej chodziło o satysfakcję, że zawodnik z przeciwnej drużyny musiał ci je wypłacić. To jasne, że wolałem, by to mi płacili. To się przekładało w meczach. Często wygrywaliśmy charakterem, zadziornością i nieustępliwością.

Pana nie chcieli w Ruchu, w Widzewie spędził pan siedem sezonów, więc chyba pasował pan charakterem.

Na to wygląda. Na samym początku rada zawodnicza, a właściwie Smolarek, który nadawał to zespołowi, wziął mnie na rozmowę i wytłumaczył kilka zasad. Potraktowałem to poważnie i się dostosowałem. Zanim się obejrzałem, byłem w Widzewie do 32. roku życia i za chwilę trzeba było kończyć karierę.



W 1985 roku Widzew sięgnął po Puchar Polski, a pan zdobył decydującą bramkę w konkursie rzutów karnych. Dlaczego pan też wykonywał jedenastkę?

Moja żona mecz oglądała z trybun, a była w siódmym miesiącu ciąży. Musiała przeżywać nie lada emocje. Przed meczem mieliśmy straszne kłopoty kadrowe. Trener Bronisław Waligóra miał problem, by skompletować jedenastkę. W trybie awaryjnym ściągnięto Marka Podsiadłę z Cracovii. A i tak powinniśmy to spotkanie wygrać spokojnie z 3:0 w ciągu 90 minut. Darek Dziekanowski marnował jednak sytuację za sytuacją. Doszło do dogrywki i bałem się, że, jak to bywa w piłce, te niewykorzystane sytuacje się zemszczą. Gole nie padły i były rzuty karne. Trener wyznaczył mnie czwartego, piąty miał być Smolarek. Na treningach często z drugim bramkarzem strzelaliśmy sobie rzuty karne, więc nie miałem problemów, by je strzelać. Zanim przyszła moja kolej, obroniłem chyba trzy uderzenia z 11 metrów, ale dla Widzewa raz nie trafił Dziekanowski. Jako bramkarz, który w trakcie meczu wybijał piłki z piątego metra, miałem dobrze wyćwiczone proste podbicie. Tak więc trafiłem i zdobyliśmy Puchar Polski. Do tej pory to jedyny taki triumf Widzewa w historii.

Ruch czy Widzew? Który klub był dla pana ważniejszy?

Dobrze czułem się tu i tu. Z Ruchem zdobyłem mistrzostwo, ale z łódzkim zespołem to się nie udało, choć dwa razy byli wicemistrzami. Zawsze coś nam przeszkodziło. Kiedy przychodziłem do Chorzowa byłem młodzieńcem, który się dopiero kształtuje i poznaje świat piłki. Do Widzewa trafiłem już jako bramkarz z osiągnięciami. Miałem tam wkrótce pełnić ważną rolę po odejściu Młynarczyka. W Chorzowie była nasza paczka młodych, która często chodziła na kawę i ciastko do kawiarni Delta. W Widzewie dobrze dogadywałem się ze Smolarkiem i Dziekanowskim. Wielu uważało, że Darek nie pasuje do tej drużyny, ale on po prostu nie za dobrze się w niej czuł. Dwóch gwiazdorów, czyli Smolarek i Dziekanowski w jednej drużynie, to było za dużo. Jeden drugiemu robił na złość, ale na boisku grali na całego dla drużyny. Bliski stał mi się Jerzy Zajda, drugi bramkarz. Kiedyś podpadłem trenerowi Orestowi Lenczykowi i on miał być na moje miejsce. Miałem trochę problemów z Achillesem i przez cztery miesiące się leczyłem. Nie znałem wcześniej Zajdy, a jak byłem w szpitalu, to on mnie odwiedził. Wróciłem po leczeniu i znów byłem pierwszym bramkarzem. Powiedziałem Jurkowi, że wkrótce zajmie moje miejsce. I tak się stało.

Zimą 1989 roku przeniósł się pan do Feyenoordu Rotterdam. Tam był już Smolarek. Jaką rolę odegrał?

Olbrzymią! Dzięki Włodkowi trafiłem do Feyenoordu. Pierwszy bramkarz Joop Hiele doznał kontuzji. Szukali zastępcy i Smolarek podpowiedział mnie. Akurat byliśmy na turnieju halowym gdzieś na południu Niemiec. Wsiadł w samochód i przejechał 800 km z Rotterdamu i mówi: „Wracaj ze mną”. Zawsze na takie wyjazdy jeździło dwóch lub trzech panów z partii. Tym razem też byli. Gdy się dowiedzieli, zaczęli mnie straszyć, że będę miał problemy. Powiedziałem, że jestem dorosły i jadę. Był jeden problem. Nie miałem wizy holenderskiej i mieliśmy obawy, czy wjadę. Granica nie była może taka jak między Polską, a Niemcami, ale trzeba było się liczyć, że może dojść do kontroli. Włodek powiedział, żebym się położył na tylnej kanapie i schował tak bardzo, jak tylko się da. Przeżegnaliśmy się i tak zrobiliśmy. Udało się, zatrzymałem się u Włodka. Żona miała problemy w Polsce, przyszli z ministerstwa spraw wewnętrznych i pytali ją, gdzie jestem. Mówiła, że nie wie.

I został pan w Feyenoordzie, ale na krótko.

Następnego dnia pojechałem na stadion na indywidualny trening. Trener powiedział do dyrektora klub, że trzeba mnie załatwiać. Musieliśmy pojechać razem do Polski. Dobrze, że to był początek 1989 roku i w Polsce zmieniał się system. Inaczej pewnie bym został aresztowany. A tak udało się podpisać umowę wypożyczenia z Widzewa na trzy miesiące za 50 tys. dolarów. z możliwością przedłużenia. Wróciłem szczęśliwy do Holandii. Po siedmiu meczach ten Joop Hiele się wyleczył i trener mówi do mnie: „Henryk, nie gniewaj się, ale jest presja, by jego wstawić do bramki, choć ty jesteś lepszy”. W reprezentacji Holandii był zmiennikiem Hansa van Breukelena, ale takim trochę narcyzem, lubił być w świetle reflektorów. Ponoć bramkarz i lewoskrzydłowy mają nie po kolei i w jego przypadkiem się to sprawdzało.

Wypożyczenie szybko się skończyło i co dalej?

Podpisałem trzyletni kontrakt z Feyenoordem. Pojechałem do Polski, wracam i okazuje się, że nie dostałem pozwolenia na prace. Klub popełnił błąd, bo najpierw podpisał ze mną umowę, a dopiero późnej zwrócił się do holenderskiego ministerstwa pracy. Nie mogli mnie jednak odesłać, bo miałem kontrakt. Trenowałem, nie mogłem grać, ale musieli mi płacić. W tym czasie z Rody Kerkrade odszedł bramkarz, a kolega z Feyenoordu mnie polecił. Powiedziałem, że chętnie tam pójdę, bo chcę grać, ale trzeba załatwić sprawy z ministerstwem. Okazało się, że w ciągu tygodnia sponsor klubu wszystko zrealizował. Byłem wypożyczony na sezon. Zajęliśmy trzecie miejsce, pokonaliśmy PSV Eindhoven, Ajax Amsterdam i Feyenoord. Z Rody nie chcieli słyszeć, że wracam z wypożyczenia. Feyenoord akurat ściągnął Eda de Goeya, więc kluby się dogadały.

Karierę zakończył pan w wieku 37 lat.

Kiedyś jeszcze w Ruchu miałem uszkodzone więzadła w kolana. Z latami był coraz gorzej. W 1993 roku już nie dało rady dłużej grać. Przeszedłem operację, która miała zespolić kolano. Chodzić i biegać mogłem, ale jak chciałem przyspieszyć, to miałem wrażenie, że noga zostaje za mną. W tym czasie do Rody przyszedł Ronald Waterreus i też była presja, by raczej stawiać na młodego. Poczułem się trochę jak wtedy Piotr Czaja w Ruchu. Uznałem, że nie będę się szarpać i zdecydowałem, że kończę karierę.

Ma pan też za sobą epizod w reprezentacji Polski i występ w meczu z Koreą. Czego zabrakło, by zagrać więcej.

Wcześniej grałem w juniorach, młodzieżówce czy drugiej reprezentacji. Ocierałem się o pierwszą. I był moment, kiedy mogłem się w niej zadomowić. W 1986 roku graliśmy w Poznaniu w meczu eliminacji mistrzostw Europy. Powołany byłem ja i Jacek Kazimierski. Wyglądało na to, że ja zagram z Grecją. Wcześniej miałem trochę problemy z barkiem, ale zostały zaleczone i byłem gotowy. Przed meczem mieliśmy rozgrzewkę i trener wymyślił salto. Uraz się odnowił. Nie mogłem podnieść ręki. Z Widzewa przyjechali mnie zobaczyć, a tu na boisko wychodzi Kazimierski. Wróciłem do Łodzi i trener Waligóra namawiał mnie, bym zagrał, bo ważny mecz. Niestety zgodziłem się i to był koniec mojej przygody z kadra. Pomyśleli pewnie: „Jak to w reprezentacji nie może grać, a kilka dni później wystąpił w lidze”.

Po zakończeniu kariery został pan w Holandii. Czym się pan zajmuje?

Chciałem wrócić do Polski, miałem tam mieszkanie w Łodzi na Widzewie. Żona z dziećmi jednak powiedzieli, że nie wracamy i cóż ja mogłem zrobić. Zawsze lepiej czuje się w Polsce. Tam jest dobrze, gdzie się ma rodzinę. Po pięciu latach mogliśmy starać się o holenderskie obywatelstwo. Wysłaliśmy list do kancelarii królowej i nasz wniosek został pozytywnie rozpatrzony. Nie musieliśmy się zrzekać polskiego. Mamy więc podwójne. Przez jakiś czas miałem firmę transportową w Radomiu. Trochę to było dla mnie męczące, bo musiałbym być częściej w Polsce, ale na tym traciłaby rodzina. Potem z synem w Holandii handlowaliśmy częściami do starych aut, a od sześciu lat sprzedajemy sprzęt AGD, taki z drugiej ręki. Nie ciągnęło mnie do trenerki.

Polską piłką pan się interesuje?

Wiem, że nie za dobrze dzieje się w moich byłych klubach i to prawie wszystkich poza Feyenoordem. Widzew co prawda walczy o powrót do ekstraklasy, ale miał bardzo duże problemy. Mam nadzieje, że wróci, ale na nowym stadionie jeszcze nie byłem. Niestety, Ruch idzie w drugą stronę i bardzo nad tym ubolewam. Roda też spadła z ekstraklasy holenderskiej i ma problemy finansowe. Jak przyjeżdżałem do Radomia, to z kolegami chodziłem na Radomiaka, choć wtedy był w czwartej czy piątej lidze. Teraz się odbudował. W Holandii na mecze nie chodzę. To znaczy często jestem na stadionie Rody, ale w fitness clubie.

Rozmawiał Andrzej Klemba
fot. widzew.com

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności