Aktualności

Cudowne lata 90. w piłce kobiecej. Korkotrampki, rozbity autokar i wieczór panieński

Specjalne02.04.2020 
Reprezentacja Polski od zawsze bramkarzami i… bramkarkami stała. Agnieszka Śmiechowska (Gajdecka) przez blisko 10 lat była numerem jeden w bramce biało-czerwonych. Do niej należy rekord ponad 800 minut bez wpuszczonego gola. Była bramkarka Medyka Konin i Saveny Warszawa opowiada m.in. o szalonych latach 90-tych, pierwszych wygranych eliminacjach, porażce z Islandią 0:10, czterech obronionych rzutach karnych, rozbitym autokarze i wieczorze panieńskim.

Masz takie poczucie, że gdyby nie wasze pokolenie piłkarek z lat 90-tych to tych sukcesów, które są teraz, też by nie było? Grałyście w piłkę w najtrudniejszych czasach, gdy nie dość, że nie było klimatu do rozwoju żeńskiego futbolu, to jeszcze po transformacji ustrojowej wiele klubów walczyło o przetrwanie lub po prostu upadło.

Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, czy my przetarłyśmy szlaki. Dla mnie to było naturalne, że piłka kobieca się rozwinęła. Przede wszystkim organizacyjnie, ale sportowo oczywiście też. Chociaż nie wiem, czy gdybyśmy my miały takie warunki treningowe, jakie są dzisiaj, to czy nie grałybyśmy na najwyższym poziomie. W sporcie charakter jest najważniejszy, to 70 procent sukcesu. A my ten charakter na pewno miałyśmy.

Patrząc w jakich czasach grałyście, to zdecydowanie trzeba było mieć w sobie dużo pasji i samozaparcia.

Czasy były zupełnie inne. Na mecze reprezentacji jeździło się autokarem, a do jedzenia miałyśmy bułki i przeterminowane kabanosy. Nie było sprzętu, nie dostawałyśmy za grę oczywiście żadnych pieniędzy. Rękawice bramkarskie dostawałam raz na dwa lata, dopóki paznokcie z nich nie wychodziły, to nie było szans na nowe. A jak dostałam pierwsze powołanie do seniorskiej reprezentacji na obóz w Kluczborku, to nawet butów nie miałam. Wtedy popularne były tzw. korkotrampki i pamiętam, że trener Roman Jaszczak powiedział do mnie, że jak ja sobie wyobrażam jechać na pierwszą kadrę w korkotrampkach i że on mi da swoje buty. Jak ja te buty zobaczyłam, to aż mi się oczy zaświeciły, takie były cudowne! To były buty Pumy czarne z takim kolorowym paskiem. Rewelacja. No ale były w rozmiarze 40, a ja nosiłam 41. Trener pyta się mnie, czy dobre będą, a ja mu na to, że oczywiście! I chociaż były za małe, to całą kadrę w nich trenowałam, a potem przez cały następny rok schodziły mi paznokcie u stóp.

W latach 90-tych nie było tak łatwo zostać piłkarką. Nie było wielu klubów. Trzeba było mieć sporo szczęścia.

Dzisiaj dzieci zaczynają uprawiać sport już nawet w wieku 3 lat, a ja zaczęłam grać w piłkę w ósmej klasie podstawówki. Pewnego razu trener Medyka Konin Roman Jaszczak zorganizował zawody szkolne dziewczynek, w których wzięłam udział, bo po prostu startowałam we wszystkim, co się w mojej szkole działo. Tam trener mnie wypatrzył. Nie wiem w sumie, co we mnie dostrzegł, bo umiejętności jeszcze wtedy żadnych nie miałam, nawet za bardzo zasad nie znałam, tam gdzie była piłka tam byłam ja. Może dostrzegł szybkość albo wytrzymałość, nie mam pojęcia. W każdym razie zaprosił mnie na trening Medyka, na który poszłam z moją przyjaciółką z dzieciństwa. Ona sobie nabiła limo i od razu zrezygnowała, a ja zostałam. Na początku biegałam trochę w polu, ale potem trener zdecydował, że zostanę bramkarką. Nie tak od razu. Musiałam przejść test. Ustawił mnie z inną zawodniczką Iloną Spirzak pod ścianą i sprawdzał, która z nas jest wyższa. Miałam o centymetr więcej od koleżanki, więc trener stwierdził, że stanę na bramce. Jako były bramkarz zajął się mną, organizował mi treningi indywidualne - co wtedy było abstrakcją dla bramkarek - i jakoś tak szybko to chwyciłam, że trafiłam do młodzieżowej reprezentacji Polski.

Nie przypominam sobie szybszej kariery w historii kobiecej piłki. W 1993 roku poszłaś na pierwszy trening w życiu, a rok później już zameldowałaś się na obozie dorosłej reprezentacji Polski.

Miałam 15 lat jak zaczęłam grać w piłkę, a 16 lat jak trafiłam do pierwszej reprezentacji Władysława Szyngiery. Na początku jeździłam głównie na obozy, a zadebiutowałam w 1995 roku na turnieju na Słowacji. Graliśmy z Austrią i w tym meczu zmieniłam Klaudię Kowalską, która była wtedy pierwszą bramkarką. Zagrałam 25 minut, wygraliśmy 3:0.

I krótko potem już byłaś pierwszą bramkarką. Imponujące.

Jeszcze na tym samym turnieju zagrałam w pierwszym składzie z Ukrainą. Później jesienią był mecz z Estonią wygrany 8:0 i potem wiosną graliśmy z Austrią w Wiśle. Pamiętam to jak dziś, bo miałyśmy wtedy po kostki śniegu. Wygrałyśmy 3:0. Nie pamiętam, czy długo walczyłam o miejsce w składzie, ale na pewno byłam bardzo niecierpliwa. Od razu chciałam grać. Byłam bardzo zawzięta, to sport mnie tak ukształtował, że byłam bardzo ambitna. Klaudia miała zresztą problemy zdrowotne z kręgosłupem. Nie wiem, czy też z tego powodu się nie wycofała z gry. I tak wskoczyłam do bramki.

Tak młoda bramkarka w tamtych czasach to pewnie miała ciężkie życie w szatni.

To był kosmos, chociaż ja nie miałam żadnych problemów z wejściem do drużyny. Wiadomo, że była hierarchia, musiałam nosić za nimi piłki i tak dalej. Ale dla mnie to nie był żaden problem, dla mnie cel był jeden: grać i wygrywać. I nie było to dla mnie żadnym utrudnieniem, że mam wiecznie dyżur, że muszę nosić piłki, że muszę sprzątać po treningu, czy że muszę być na każde zawołanie. Fakt, że moja pozycja na boisku była specyficzna, ale nikt na mnie nie krzyczał za błędy i żadnej presji na mnie nie wywierał.

Na początku XXI wieku piłka kobieca zaczęła się coraz bardziej rozwijać w Polsce. Były pierwsze transmisje meczów reprezentacji Polski w Canal+.

W Łęcznej wygraliśmy z Chorwacją 2:0, a w Białej Podlaskiej z Rumunią 3:1. Mam jeszcze te mecze nagrane na kasecie VHS!

Były też pierwsze zaproszenia na gale i wyróżnienia dla reprezentacji Polski kobiet…

…faktycznie, przecież odbierałam Oscara. Pamiętam, że siedziałam na gali Canal+ obok Bogusława Lindy. Tak było!

Był to efekt wygranych preeliminacji do mistrzostw Europy. Graliśmy wtedy w tej niższej grupie i wywalczyliśmy awans. W latach 2001-2002 wygraliśmy 10 meczów z rzędu, a Ty nie puściłaś bramki przez 800 minut!

Czuło się, że coś się zaczyna pozytywnego dziać, media zaczęły się nami interesować. Miałyśmy nawet profesjonalną sesję dla magazynu „Pani”. Zostałyśmy ubrane, umalowane, fajnie to wyglądało.

I potem nagle, pod koniec 2002 roku, coś się zepsuło. Po awansie zaczęliśmy wszystko przegrywać.

To okazał się dla nas mega przeskok. Zaczęłyśmy grać z najlepszymi drużynami. Pamiętam, że po tych wygranych eliminacjach popłynęłyśmy promem na mecz towarzyski do Szwecji. Na tym promie połowa drużyna miała nudności, wymiotowała. Przegrałyśmy aż 0:8 z czego cztery gole straciłyśmy w pierwszych 11 minutach. To był jakiś komos. Nagle okazało się, że piłka dwa razy szybciej latała, one dwa razy szybciej biegały, były dwa razy chudsze. My naprawdę nie wiedziałyśmy, co się dzieje. Zobaczyłyśmy duży stadion, kibiców, organizacja meczu była tam wtedy taka jak teraz u nas. To był dla nas szok. Potem wszystko przegrywałyśmy, 0:2 z Węgrami, 0:6 z Rosją i to nieszczęsne 0:10 z Islandią. A to były już eliminacje do mistrzostw Europy. Zderzyłyśmy się z rzeczywistością.

Do dziś wielu kibiców piłki kobiecej zachodzi w głowę, jak doszło do tej porażki 0:10 na Islandii, najwyższej w historii naszej reprezentacji. Islandia to była silna drużyna, ale nie należała nigdy do ścisłej czołówki.

Nie mam pojęcia. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego tak się stało. Dokładnie pamiętam ten mecz, pamiętam nawet niektóre bramki. To było chyba jakieś ogólne załamanie zespołu, wszystko się skumulowało. Starałyśmy się tłumaczyć to sobie, że lepiej przegrać raz 0:10 niż dziesięć razy 0:1. Tak nam też trener powiedział. Ale ciężko było. Czasami są takie mecze, że wszystko ci wychodzi i masz szczęście, jak ostatnio dziewczyny z Hiszpanią, a są takie, że nie idzie ci kompletnie nic. Nie stoisz w tym miejscu co masz stać, nie masz szczęścia, nie możesz dogonić. Nie wiem co się stało, chyba było to przesilenie. To była nasza czwarta porażka z rzędu.

A które mecze w Twoim wykonaniu najbardziej zapadły Ci w pamięć?

Najbardziej zapadł mi w pamięć towarzyski mecz w Żywcu wygrany ze Słowacją 2:0 w 2001 roku. Byłam w takim gazie wtedy, że wybroniłam przynajmniej z pięć bramek i nikt nie wiedział, jak to zrobiłam. To był chyba jeden z najlepszych meczów. A drugi taki zapadł mi w pamięć w Medyku Konin jeszcze na początku mojej przygody. Grałyśmy ze Stilonem Gorzów Wielkopolski, który był wtedy największą potęgą obok Czarnych Sosnowiec. Oba te kluby wymieniały się tytułami. Przegrałyśmy 1:4, ale ja w tym meczu obroniłam cztery rzuty karne i chyba z pięć sytuacji sam na sam. A miałam wtedy 16 lat.

Numerem jeden w bramce reprezentacji Polski byłaś przez prawie 10 lat! Dopiero Katarzyna Kiedrzynek wyrównała Twoje osiągnięcie.

I byłoby jeszcze więcej! Śmiało mogłam dalej trenować, bo przecież skończyłam grać w wieku 25 lat. Nie był to moment na kończenie kariery, ale kilka spraw się na to złożyło. Wyszłam za mąż, przeprowadziłam się do Płocka i mimo że PZPN pomagał mi organizować treningi indywidualne, to zaczęło mi brakować zajęć z drużyną. Czułam, że to już nie jest to, a poza tym nie chciałam być nie w porządku w stosunku do dziewczyn. Nie chciałam oszukiwać zespołu. To już nie było to, brakowało mi treningu. Ja już wtedy pracowałam w szkole i różnie patrzono na te moje wyjazdy. Musiałam brać bezpłatne urlopy, co komplikowało pracę szkoły, bo ktoś musiał mnie zastępować.

I nie brakowało Ci piłki przez te wszystkie lata?

Do tej pory śnią mi się zgrupowania. Był taki czas, że tęskniłam za tym wszystkim, ale potrafiłam odrzucić tę tęsknotę. Oczywiście kibicuję i oglądam mecze kadry, od czasu do czasu coś w internecie skomentuję. Czasem się nawet łezka w oku zakręci, jak wtedy, gdy dziewczyny zdobyły mistrzostwo Europy do lat 17, to byłam bardzo dumna. Albo tak jak teraz zremisowały Hiszpanią, rewelacja. Trzymam kciuki.

Nie żałujesz, że nie grasz w piłkę w tych czasach? Piłkarki grają w wielkich klubach, na mecze latają nawet czarterami, mają indywidualnych sponsorów.

Myślę, że każde pokolenia ma własny czas. Nie zazdroszczę obecnym piłkarkom ani nie wiem, jakby się potoczyła moja przygoda z piłką w tych czasach. Z jednej strony dziewczyny mają teraz lepiej, a z drugiej strony, gdy tylko komuś się noga podwinie, to od razu jest krytykowany w internecie. Nie wiem, czy by mnie to nie dobijało. Trochę mnie pod tym względem te obecne czasy denerwują. Bo nie można być sobą, bo każdy cię obserwuje. My wiedziałyśmy kiedy jest czas na trening, a kiedy jest czas na rozrywkę. Ale gdy był czas na pracę, to dawałyśmy z siebie tysiąc procent. Pamiętam, że kiedyś tak mnie bolała ręka, że nie byłam w stanie nawet się uczesać, ale zacisnęłam zęby i wyszłam na mecz eliminacyjny. Inna bramkarka Monika Kachnowicz miała podbite oko do tego stopnia, że nic na nie nie widziała, ale oczywiście wychodziła na trening.

Mówisz, że wiedziałyście kiedy jest czas na pracę, a kiedy na zabawę. Z sentymentem wspominasz wieczór panieński na kadrze?

A skąd wiesz? Nie pamiętam (śmiech). W dzisiejszych czasach dziewczyny by miały przechlapane. Jedyne, co im pozostało, to zamknąć się w pokoju i patrzeć w telefon. Mnie to przeraża. Za moich czasów wszystko robiłyśmy razem. To była inna bajka. Ale też na nic nie narzekałyśmy. Czasami jechałyśmy na mecz eliminacyjny półtorej doby. Dopiero na początku tego wieku zaczęłyśmy latać samolotami. A wcześniej wszędzie autokarami. Do Włoch, do Francji? Śmiało, autokarem! Z prowiantem, bułkami i kabanosami. Sama nie wiem, które czasy były lepsze…

Wpisujesz się w stereotyp szalonej bramkarki? Chyba tak skoro na obozie we Francji rozbiłaś autokar.

Zawsze miałam jakieś durne pomysły w głowie. Chciałam przejechać się autokarem po ośrodku, a że mieliśmy fajnych kierowców, to poszłam do nich i powiedziałam: proszę pana, ja zawsze marzyłam, żeby przejechać się autokarem, niech pan da kluczyki, pojadę! No ale nie wiedziałam, że oś autokaru jest inna niż w aucie osobowym. Myślałam, że już trzeba skręcić, a tu się okazało, że za wcześnie i uderzyłam w bramę. No i zbiłam szybę.

A dlaczego zostałaś nazwana „Donica”? To specyficzny pseudonim dla bramkarki, bo to raczej kruche przedmioty.

Każdy myślał, że dlatego bo - że tak powiem - cyce jak donice (śmiech). Tak się nasuwa od razu. A ja kiedyś miałam obcięte krótko włosy, równo do linii ucha i wyglądało to tak jakbym miała donicę na głowie. Starsza gwardia Medyka tak mnie ochrzciła i już tak zostało.

Skoro już o Medyku Konin. To był to klub awangarda nawet jak na tamte czasy, bo został stworzony w całości z dziewczyn pochodzących z Konina. Nie było żadnych transferów, sprowadzania zawodniczek z całego kraju.

W tamtych czasach to może tylko w Sosnowcu były transfery i to za czapkę śliwek, ale w Medyku faktycznie były tylko same dziewczyny z Konina i ewentualnie okolicznych wiosek. Trenerowi Romanowi Jaszczakowi należy się na pewno szacunek za to, co zrobił i za to, że tyle lat w tym trwa, bo to wcale nie jest takie łatwe pracować z kobietami. Podziwiam go za to. Zawdzięczam mu to, że mnie zauważył, że mnie wkręcił, że zwiedziłam dzięki niemu tyle państw. Jeździłyśmy z Medykiem do Włoch, do Danii, do Francji. On załatwiał na to sponsorów, a my nie płaciliśmy na to nawet złotówki.

W Medyku miałaś też treningi bramkarskie, co w tamtych czasach było luksusem.

To prawda. W połowie lat 90-tych nawet na kadrze nie było trenera bramkarek. Dopiero pod koniec wieku zaczął z nami na obozy jeździć Marek Dyląg. A tak to w sztabie był tylko pierwszy trener, masażysta i lekarz. My bramkarki same się rozgrzewałyśmy, potem były ćwiczenia strzeleckie i tak się trenowało.

Co ciekawe, niektóre polskie piłkarki grały już wtedy w bardzo dobrych klubach zagranicą. W Bundeslidze choćby Jolanta Nieczypor, Anastazja Kubiak, Maria Makowska, w Szwecji Luiza Pendyk. Było widać tę różnicę jak przyjeżdżały na kadrę?

Było widać. Po pierwsze przyjeżdżały na kadrę swoimi samochodami (śmiech). Były też silniejsze i to zawsze robiło na mnie wrażenie. Jakoś tak to było, że u nas do tej motoryki się nie przykładano. Ja jako bramkarka i tak byłam silna, ale gdybym poszła bark w bark z Jolą Nieczypor, to pewnie nie byłoby to zbyt przyjemne zderzenie dla mnie. One też już zarabiały pieniądze, nie jakieś nie wiadomo jakie, ale była to różnica w porównaniu do Polski. Były też wzmocnieniem naszej drużyny. Ja nigdy nie myślałam o wyjeździe, chociaż w Savenie Warszawa trener powiedział mi, że ma kontakt z drużyną z USA i gdybym chciała to mógłby mi pomóc w transferze. Nigdy jednak nie pędziłam za nie wiadomo jaką karierą. Nie ciągnęło mnie do tego. Teraz to faktycznie inaczej wygląda.

Dzisiaj w wielu krajach kobiety grają w piłkę zawodowo, to w pełni profesjonalna dyscyplina.

Obserwuję to i widzę, że dzisiaj dziewczyny trenują indywidualnie, mają dodatkowe zajęcia. Za naszych czasów to było nie do pomyślenia. Podejście było inne. Trener Roman Jaszczak jak kazał nam w Medyku biegać na treningach, to na każdym okrążeniu jedna odpoczywała w krzakach. A trener tylko liczył, czy wszystkie biegną. Może miałyśmy trochę takie poczucie, że przecież trener i tak mnie nie wyrzuci, no bo kogo weźmie na moje miejsce.

Na studiach mieszkałaś w akademiku z trenerami, którzy robią dziś wielkie kariery, z Piotrem Stokowcem, Leszkiem Ojrzyńskim, Robertem Podolińskim. Aż dziwne, że nie poszłaś w ich ślady.

Skończyłam AWF, mam uprawnienia, ale nigdy nie czułam trenerki. Bramkarzy mogłabym szkolić, ale tak cały zespół to nie. Zresztą nie chciałabym podporządkowywać temu całego życia. Mój mąż, którego też poznałam na studiach, jest trenerem i koordynatorem grup młodzieżowych w Wiśle Płock. Stwierdziliśmy, że on się temu poświęci. Ja też miałam propozycje trenowania i sędziowania, a zwłaszcza to sędziowanie zawsze czułam i chciałam w to pójść, ale postanowiłam, że poświęcę się dla dzieci. Pracuję w szkole sportowej w Płocku, gdzie prowadzę klasy o profilu piłki nożnej. Mam też dziewczynki, z którymi odnosiłam sukcesy na Mazowszu. Kilka z nich grało nawet w Medyku Konin. W ten sposób się realizuję. Dla mnie to było naturalne, że jak na świecie pojawiły się dzieci, to czas dla rodziny stał się dla mnie najważniejszy.

Jako nauczycielka obserwujesz, że więcej dziewczynek garnie się teraz do piłki nożnej?

Oczywiście, że tak. Zauważam to nawet na swoim osiedlu. Gdy zamieszkałam tutaj w 2001 roku, to dziewczynki chodziły z piłką do siatkówki, a teraz chodzą z piłką nożną. Coś w tym jest, że dziewczyny garną się do piłki, ale też rodzice się już na to nie buntują. Za moich czasów dziewczynki grające w piłkę były z reguły jakimś dziwolągiem. Każdy kto się dowiedział, że gram w piłkę nożną, to robił różne miny i głupio komentował. Dopiero gdy zobaczyli, że nie mam krzywych nóg i nie jestem babochłopem to zmieniali zdanie.

Rozmawiała Hanna Urbaniak
Fot. Archiwum prywatne Agnieszki Śmiechowskiej (Gajdeckiej)

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności