Aktualności

Maciej Żurawski: Portugalczycy nawet nie chcieli wymienić się koszulkami

Specjalne13.08.2019 
– Po wygranym meczu dałem kierownikowi swoją koszulkę i poprosiłem go, żeby poszedł do szatni rywali, żeby się wymienić. Nie miałem na myśli trykotu żadnego konkretnego zawodnika. Po prostu chciałem mieć pamiątkę. Niestety, Portugalczyków tak musiała zaboleć porażka w Chorzowie, że swoją koszulkę dostałem z powrotem – wspomina historyczne zwycięstwo z 2006 roku Maciej Żurawski.

W reprezentacji Polski przy takiej liczbie meczów miałem wiele ważnych momentów. Bardzo miło wspominam kwalifikacje do mistrzostw świata 2006, a także kolejne, do mistrzostw Europy. Wyjątkowym meczem i tym najważniejszym będzie jednak pamiętne spotkanie z Portugalią w Chorzowie, które niespodziewanie wygraliśmy po dublecie Euzebiusza Smolarka. To była chwila przełomowa. Każdy z nas urósł pod względem mentalnym. Zawsze przecież mieliśmy problem, żeby grać jak równy z równym z o wiele silniejszym przeciwnikiem. Wówczas dokonaliśmy czegoś niemożliwego. Wygrana dodała także pewności siebie drużynie na kolejne mecze kwalifikacyjne.

– Zwycięstwo z Portugalią przyszło w idealnym momencie. Przecież wcześniej spadła na nas ogromna fala krytyki za początek kwalifikacji. Przegraliśmy najpierw z Finlandią, potem zremisowaliśmy z Serbią. Podczas kolejnego zgrupowania ledwo wygraliśmy z Kazachstanem. Przed meczem z Portugalczykami nikt na nas nie stawiał. Nie zachwycaliśmy naszą grą, powinniśmy mieć więcej punktów na koncie. A nawet gdybyśmy przegrali z Portugalią, to porażkę każdy przyjąłby ze zrozumieniem. Przecież to Portugalia, ówczesny wicemistrz Europy, z takimi gwiazdami jak Cristiano Ronaldo, Deco czy Ricardo Carvalho.

Do meczu podeszliśmy bez zbędnej „napinki”. Nie było także jakiegoś stresu, nie pojawiał się również u innych zawodników. Przynajmniej ja tego nie widziałem. Ogromna w tym rola charyzmatycznego trenera Leo Beenhakkera. Miał doniosły głos, ale nie musiał go podnosić. Nie krzyczał na nas, wszystko przekazywał na spokojnie. Potrafił przemówić do zawodnika, przekonać go. Ma coś takiego w sobie, że potrafi „nakręcić” piłkarza. Przed spotkaniem był bardzo pewny siebie i spokojny. Trafił do Pawła Golańskiego, trafił do Grzegorza Bronowickiego. Trafił do nas wszystkich. Tchnął w nas wiarę, przygotował mentalnie do konfrontacji z silniejszym rywalem.

– Na pewno nikt nie spodziewał się takiego przebiegu meczu, że już po niespełna 20 minutach będziemy prowadzić różnicą dwóch goli. Ja, jako napastnik, zawsze czułem presję zdobywania bramek. A tu jakoś na moment odłożyłem swoje cele indywidualne, tym razem to nie był ten najważniejszy cel. Podszedłem do tego na zasadzie „fajnie byłoby zrobić dobry wynik, nawet remis byłby sukcesem”. Skoncentrowałem się na realizowaniu założeń taktycznych. I muszę przyznać, że z zadań wywiązywaliśmy się bezbłędnie.

– Portugalczycy zdecydowanie byli zszokowani naszą znakomitą dyspozycją i tym, jak bardzo jesteśmy zdyscyplinowani taktycznie. Zagęszczaliśmy strefę, żeby brakowało miejsca, nie mogli doskoczyć, zbliżyć się. Mieli ogromne trudności przy naszych atakach. Ok, zdarzały się momenty, że ktoś mógł popełnić mały błąd, ale chwilę później ktoś z naszej drużyny go zaraz naprawił. Rywale nie mogli się rozkręcić. U nas każdy piłkarz miał swoje miejsce pod kontrolą, robił to, co do niego należało. I uważam, że przez to, że wszyscy wykonywali swoje zadania, nie musieliśmy pokonywać jeszcze większych odległości.

Podziałały także słowa motywujące Bogusława Kaczmarka, który wówczas był w sztabie szkoleniowym Leo Beenhakkera. Zwłaszcza na naszych obrońców, którzy musieli zmierzyć się z szybkim Cristiano Ronaldo. Mówił coś na zasadzie: „ Ronaldo? No jak to co musisz zrobić? I ciach! I ciach! I ciach!”. Konkretnie, zrozumiale i skutecznie. Portugalski gwiazdor nie mógł rozwinąć skrzydeł. Był już moment, że gra ewidentnie mu nie szła. Nerwowo machał rękami, chciał dyskutować z sędzią. Uważam, że ta niemoc, nie tylko Ronaldo, ale ich całego zespołu, tylko nas napędzała. Cenne minuty uciekały, kontrolowaliśmy przebieg gry. Widzieliśmy, że coraz bardziej zaczynają się denerwować. Popełniali jeszcze więcej błędów przy rozegraniu piłki, a my tylko na tym zyskiwaliśmy. Szkoda, że nie udało się wygrać wyżej i pewniej. Nawet ja miałem sytuację, gdy prowadziliśmy 2:0. Po zagraniu Kuby Błaszczykowskiego uderzyłem w słupek. Najważniejsze jest, że z boiska zeszliśmy ze zwycięstwem.

– Po meczu z Portugalią dałem kierownikowi swoją koszulkę i poprosiłem go, żeby poszedł do szatni rywali, żeby się wymienić. Nie miałem na myśli trykotu żadnego konkretnego zawodnika. Po prostu chciałem mieć pamiątkę. Niestety, Portugalczyków tak musiała zaboleć porażka w Chorzowie, że nie chcieli zamienić koszulek. Zdenerwowałem się trochę. Ok, przegrali mecz, ale mogliby się inaczej zachować. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, czego udało nam się dokonać. Pojawiło się u mnie więcej sportowej złości i satysfakcji, że utarliśmy nosa rywalowi takiej klasy.

Mecz z Portugalią z pewnością nas zbudował. Nie nastawialiśmy się jednak, że awansujemy z pierwszego miejsca. Podchodziliśmy do tego raczej w sposób „ok, spokojnie, z drugiego miejsca też można awansować”. Braliśmy pod uwagę przecież, że do końca kwalifikacji jeszcze sporo meczów, my możemy się potknąć i Portugalczycy mogliby to wykorzystać. Choć w kolejnych starciach nie zagraliśmy już tak fantastycznie jak z Portugalią, to regularnie punktowaliśmy i wywalczyliśmy awans z pierwszego miejsca na mistrzostwa Europy. Historyczny, bo żaden nasz zespół nigdy wcześniej nie potrafił tego dokonać.

– Na koniec chciałbym jeszcze wspomnieć o innym okresie z reprezentacji Polski i o kwalifikacjach mistrzostw świata. Mecz z Anglią, również w Chorzowie dwa lata wcześniej. Ten, kto oglądał to spotkanie doskonale pamięta, w jakich okolicznościach doprowadziliśmy do wyrównania. Znakomite podanie Kamila Kosowskiego, moje wyjście na pozycję i Paul Robinson został pokonany pięknym strzałem pod poprzeczkę. Przyznam się, że… wcale nie zamierzałem uderzać tak wysoko. Moim zamiarem było posłanie piłki pasówką tuż przy słupku, ale tuż przed uderzeniem podskoczyła mi. Zamarłem, zrobiło mi się słabo… Gdy widziałem jak leci byłem przekonany, że spudłuję. Ale wpadła!

Wysłuchali Jacek Janczewski i Emil Kopański


MACIEJ ŻURAWSKI

Data i miejsce urodzenia: 12 września 1976 r., Poznań.

W reprezentacji Polski: 72 mecze, 17 goli.

Debiut: 10 listopada 1998, Słowacja – Polska 1:3.

Osiągnięcia: Uczestnik MŚ 2002, 2006, uczestnik ME 2008.

Kariera klubowa: Warta Poznań, Lech Poznań, Wisła Kraków, Celtic FC (Szkocja), AE Larisa (Grecja), Omonia Nikozja (Cypr), Wisła Kraków, Poroniec Poronin.

Osiągnięcia: Mistrz Polski (2001, 2003, 2004, 2005, 2011), mistrz Szkocji (2006, 2007, 2008), mistrz Cypru (2010), Puchar Polski (2002, 2003), Puchar Szkocji (2007), Superpuchar Polski (2002), król strzelców ligi polskiej (2002, 2004).

11 października 2006, Chorzów

Polska – Portugalia 2:1 (2:0)

Bramki: Euzebiusz Smolarek 10, 19 – Nuno Gomes 90.

Polska: Wojciech Kowalewski – Paweł Golański, Arkadiusz Radomski, Jacek Bąk, Grzegorz Bronowicki – Jakub Błaszczykowski (67. Jacek Krzynówek), Radosław Sobolewski, Mariusz Lewandowski, Euzebiusz Smolarek – Maciej Żurawski, Grzegorz Rasiak (75. Radosław Matusiak).

Portugalia: Ricardo – Luis Miguel, Ricardo Carvalho, Ricardo Rocha, Nuno Valente – Simao Sabrosa, Petit (69. Nani), Deco (84. Maniche), Costinha (46. Tiago), Cristiano Ronaldo – Nuno Gomes.

Żółte kartki: Lewandowski, Kowalewski – Simao, Ricardo Rocha.

Sędziował: Wolfgang Stark (Niemcy).

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności