Aktualności

Kazimierz Kmiecik: Z RFN graliśmy w piłkę wodną

Specjalne06.08.2019 

– Cały występ na mistrzostwach świata w 1974 roku jest dla mnie niezapomnianym wydarzeniem. Najważniejszym spotkaniem było chyba jednak spotkanie z RFN, którego stawką był awans do finału mundialu. Zagrałem w nim tylko dziesięć minut, ale miałem swoją okazję bramkową – mówi w kolejnej odsłonie cyklu „Moje najważniejsze 90 minut” Kazimierz Kmiecik, dwukrotny medalista olimpijski oraz medalista mistrzostw świata.

– To był oczywiście słynny „mecz na wodzie”. Trudno było nazwać to grą w piłkę nożną. Tym niemniej było to ogromne przeżycie. Szkoda jedynie, że nie udało nam się wywalczyć korzystnego dla nas rezultatu. Po meczu było mnóstwo gdybania, ale ostatecznie nic nam to nie przyniosło. Po raz pierwszy spotkałem się z tak trudnymi warunkami na boisku. Przeszła ogromna ulewa, musieliśmy czekać na decyzję, czy spotkanie się w ogóle odbędzie. Towarzyszyła temu ogromna niepewność, co nie miało dobrego wpływu na koncentrację. Gdyby starcie zostało przełożone, całe mistrzostwa musiałyby zostać wydłużone. Pokrzyżowałoby to wiele planów, więc gospodarze robili wszystko, co w ich mocy, by w jak najlepszym stopniu przystosować murawę do gry. Pracowało nad tym mnóstwo ludzi, wraz ze strażą pożarną. Wszystko po to, by zebrać wodę z boiska.

– Trener Kazimierz Górski nie musiał nikogo motywować. Każdy z nas wiedział, o co gra, i był w pełni skoncentrowany na celu. Walczyliśmy przecież o awans do finału mistrzostw świata. Gdybyśmy wówczas wygrali, mówiłby o nas cały świat, choć i tak wykonaliśmy fantastyczną pracę. Trafiliśmy do grupy z Włochami i Argentyną, niemal wszyscy eksperci skazywali nas na pożarcie. Gdy wygrywaliśmy kolejne mecze, uwielbienie kibiców rosło. Odczuliśmy to po powrocie do kraju. Witały nas tysiące ludzi, nie wiem, czy na pochodach z okazji 1 maja, w których udział był przecież obowiązkowy, nie było mniej osób. Cały kraj był z nas dumny. Ludzie stali na całej trasie od lotniska po centrum Warszawy. Mimo przegranej mogliśmy poczuć się jak zwycięzcy.

– Przed spotkaniem z RFN cały zespół był maksymalnie skupiony. Każdy, kto znalazł się w kadrze meczowej, chciał udowodnić, że zasługuje na takie zaufanie ze strony trenera Górskiego. Mecze ligowe są rutyną, rozgrywa je się co tydzień, a często takie spotkanie, jak półfinał mistrzostw świata, ma się okazję zagrać tylko raz w życiu. Myśli są więc absolutnie skierowane na boisko. Trener Górski był oazą spokoju. Czasami bardziej żywiołowo reagowali asystenci, niż on sam. Wiedział, w jaki sposób mamy grać i jeżeli będziemy realizować jego założenia, triumfy nadejdą. Trener miał wszystko dokładnie przemyślane. Nie było w nim żadnej agresji, nerwowości. Nawet, gdy ktoś źle zagrał, nasz selekcjoner czekał, co będzie dalej, nigdy nie reagował impulsywnie. Dopiero gdy błędy się powtarzały, dokonywał zmian. Nie miał pretensji do swoich zawodników, każdemu dawał równe szanse, trzeba było ją tylko wykorzystać. Pracowałem z wieloma trenerami, każdy coś w sobie ma i musi przekazać swoje uwagi w jak najbardziej trafny sposób. Kazimierz Górski to potrafił, dlatego bardzo dobrze się z nim współpracowało.

– Samym meczem z RFN rządził przypadek. Wiadomo było, że zdobywca pierwszej bramki ustawi się w bardzo komfortowej sytuacji. Nie od dziś wiadomo, że na kiepskiej murawie łatwiej się bronić, niż atakować. To zawodnicy z RFN jako pierwsi rozerwali nasze szyki obronne i ten rezultat utrzymali do końcowego gwizdka. Gdy musieliśmy gonić wynik, stan boiska na pewno nam tego nie ułatwiał. Szybki bieg z piłką był właściwie niemożliwy, bo ta zostawała w kałużach i trzeba było po nią wracać. Swojej szybkości nie mógł wykorzystać choćby Grzesiek Lato.

– Po meczu wszyscy spuścili głowy w dół i zastanawiali się, jak można było to spotkanie rozegrać lepiej. Moim zdaniem zrobiliśmy wszystko, co możliwe, by osiągnąć cel, ale stan boiska uniemożliwiał lepszą grę. Brakowało płynnych akcji, nie można było pograć piłką. Ta porażka bardzo zabolała i wiem, że są zawodnicy, którzy do dziś ją rozpamiętują. Osobiście mam przeświadczenie, że mogłem zdobyć bramkę, bo miałem ku temu okazję. Gdybym doprowadził do wyrównania, zyskalibyśmy pewną przewagę psychologiczną. Nasi rywale musieliby już grać inaczej. Niemniej jednak pokazaliśmy, że w Polsce również potrafią grać w piłkę nożną. Nawet ze statusem półzawodowców, którzy walczyli z profesjonalistami.

– Po ostatnim gwizdku w szatni panowała totalna cisza. Wszyscy jedynie się wykąpali, przebrali i udali do autobusu. Pamiętam, że po meczu wymieniłem się koszulką z Juergenem Grabowskim, ale byłem tak przybity, że zostawiłem ją na kaloryferze w szatni. Zapomniałem jej zabrać, podobnie jak butów. Cały czas trwało rozmyślanie, ale taki jest sport. Można przeważać przez całe spotkanie, a potem nadziać się na jeden kontratak i wszystko kończy się porażką.

– Gdybyśmy awansowali do finału, kto wie, czy nie sięgnęlibyśmy po tytuł najlepszej drużyny na świecie. To była naprawdę kapitalny zespół. Wszystko zaczęło się od złotego medalu na Igrzyskach Olimpijskich w Monachium w 1972 roku. Później przyszło trzecie miejsce mistrzostw świata i ogromnym zaskoczeniem było to, ze nie udało nam się zwyciężyć na kolejnych igrzyskach, w Montrealu w 1976 roku, gdzie w finale lepsza okazała się NRD. Tamten finał, podobnie jak starcie z RFN na mundialu, też wiązał się z czekaniem. Wcześniej bowiem rozgrywany były zawody dziesięcioboistów i musieliśmy czekać, aż rywalizacja dobiegnie końca.

– Gdybyśmy wówczas mogli swobodnie zmieniać kluby i wyjechać za granicę, z pewnością lwia część kadrowiczów znalazłaby zatrudnienie w najsilniejszych zespołach Europy. Niestety, przepisy tego zabraniały, pojawiało się ograniczenie wieku. Dziś młodzież może wyjeżdżać i rozwijać się bez żadnych problemów.

– Po zakończeniu karier spotykaliśmy się dość długo, występując w meczach pokazowych jako „Orły Górskiego”. Czas jednak płynie, część zawodników już nawet nie ma codziennej styczności z futbolem. Gdy jednak dochodzi do spotkań, chętnie wspominamy tamten okres. Mamy wszyscy nadzieję, że złota era polskiego futbolu jeszcze powróci.

Wysłuchali Jacek Janczewski i Emil Kopański


KAZIMIERZ KMIECIK

Data i miejsce urodzenia: 19 września 1951 r., Węgrzce Wielkie.

W reprezentacji Polski: 34 mecze, 8 goli.

Debiut: 30 sierpnia 1972, Ghana – Polska 0:4.

Osiągnięcia: Złoty medalista IO 1972, srebrny medalista IO 1976, III miejsce MŚ 1974.

Kariera klubowa: Wisła Kraków, Royal Charleroi SC (Belgia), Wisła Kraków, AE Larisa (Grecja), Stuttgarter Kickers (Niemcy), OFV Offenburg (Niemcy).

Osiągnięcia: Mistrz Polski (1978), Puchar Grecji (1985), król strzelców ligi polskiej (1976, 1978, 1979, 1980).

3 lipca 1974, Frankfurt
RFN – Polska 1:0 (0:0)

Bramka: Gerd Mueller 76.
RFN: Sepp Maier – Berti Vogts, Hans-Georg Schwarzenbeck, Franz Beckenbauer, Paul Breitner – Uli Hoeness, Rainer Bonhof, Wolfgang Overath – Juergen Grabowski, Gerd Mueller, Bernd Hoelzenbein.
Polska: Jan Tomaszewski – Antoni Szymanowski, Jerzy Gorgoń, Władysław Żmuda, Adam Musiał – Henryk Kasperczak (80. Lesław Ćmikiewicz), Kazimierz Deyna, Zygmunt Maszczyk (80. Kazimierz Kmiecik) – Grzegorz Lato, Jan Domarski, Robert Gadocha.
Sędziował: Erich Linemayr (Austria).

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności