Aktualności

Antoni Szymanowski: Kazimierz Górski był prawdziwym szefem

Specjalne19.08.2019 
Antoni Szymanowski jest jednym z najbardziej utytułowanych piłkarzy w historii reprezentacji Polski. W biało-czerwonych barwach rozegrał 82 spotkania, sięgając po dwa medale olimpijskie, a także trzecie miejsce mistrzostw świata. W kolejnej odsłonie cyklu „Moje najważniejsze 90 minut” opowiada o swoim najbardziej pamiętnym spotkaniu rozegranym z orłem na piersi.

– Nie jest mi z pewnością łatwo wybrać jeden mecz, który mógłbym uznać za najważniejszy. Nie żyję wspomnieniami, ale chętnie wracam myślami do całych mistrzostwa świata w 1974 roku. Spośród siedmiu rozegranych tam spotkań trudno któreś uznać za najistotniejsze. Rozpoczęliśmy meczem z Argentyną, który dał nam powody do satysfakcji i pozwolił uwierzyć we własne możliwości. Później rozbiliśmy wysoko Haiti, a następnie przyszło starcie z Włochami, kolejną świetną ekipą. Następnie przyszedł czas na batalie ze Szwecją, Jugosławią, RFN, by zakończyć udział w mistrzostwach potyczką z Brazylią. Każde z tych starć ma swoją historię. Graliśmy z kapitalnymi przeciwnikami, światową czołówką.

– Zawsze byłem szybkim, wybieganym zawodnikiem. Lubiłem też grę bez piłki, starałem się być bardzo mobilnym graczem. Pamiętam, że Włosi na mnie pomstowali, bo choć grałem w obronie, musieli się za mną sporo nabiegać. W starciu ze Szwecją nie brakowało dramaturgii, ale na szczęście Janek Tomaszewski obronił rzut karny i to też bardzo pomogło nam w zwycięstwie.

– Najbardziej w pamięci utkwił mi jednak chyba mecz z RFN. Z pewnością nie musiał zakończyć się naszą porażką. Gdyby to starcie zostało opóźnione jeszcze o godzinę, służby starające się doprowadzić murawę do stanu używalności miałyby czas, by wykonać swoją pracę w stu procentach. Widzieliśmy to w drugiej połowie, gdy boisko stało się już lepsze. Gra się wyrównała. Pamiętajmy, że byliśmy drużyną, która nie gasła wraz z upływem minut. Na mistrzostwach zdarzyło nam się to tylko raz, w potyczce ze Szwecją. Trudno nam było się do nich dostosować, byli toporni, konkretni, silni. Totalnie nam nie pasowali. Fizycznie czuliśmy się świetnie, gra co kilka dni nie sprawiała nam żadnych kłopotów. Błyskawicznie się regenerowaliśmy i byliśmy gotowi do kolejnego wyzwania. Myślę, że to efekt ciężkich, czasem wręcz katorżniczych treningów, które wcześniej odbywaliśmy w górach. Pracowaliśmy w trudnych warunkach i to przygotowało nas do tych bojów. Wiadomo jednak, że na turnieju może przyjść trudniejszy moment, u nas przypadło to na Szwedów. Przed spotkaniem z RFN złapaliśmy jednak drugi oddech.

– W pierwszej połowie warunki były dla nas fatalne, zwłaszcza dla zawodników ofensywnych. Zazwyczaj wcześniej „ustawialiśmy” sobie mecze, strzelając gole jako pierwsi. Dzięki temu mieliśmy pełną kontrolę i mogliśmy skupić się na dobijaniu rywali. W żadnym z poprzednich meczów nie musieliśmy gonić wyniku. Z RFN mieliśmy swoje okazje, ale murawa niesłychanie przeszkadzała. Piłka co chwila grzęzła w błocie, a gdy już dochodziliśmy do sytuacji, świetnie w niemieckiej bramce spisywał się Sepp Maier. Nasi rywale nie mogli rozwinąć skrzydeł, co było widać choćby po sposobie gry Franza Beckenbauera. Legendarny „Cesarz” był cały czas przyczajony z tyłu, nie podłączał się już do akcji ofensywnych, musiał być skupiony wyłącznie na defensywie. Mieliśmy po swojej stronie naprawdę wiele atutów.

– Byłem nieco zdziwiony, że nasz kapitan, Kazimierz Deyna, który wygrał przedmeczowe losowanie, nie ocenił chyba właściwie sytuacji przy wyborze stron. Powinien raczej nas, obrońców, zostawić na bardziej zalanej części boiska, stwarzając tym samym lepsze warunki graczom ofensywnym. Zdecydował jednak odwrotnie i myślę, że to też miało duży wpływ. Piłka przy atakowaniu sprawiała nam mnóstwo psikusów.

– Opóźnienie miało także wpływ na psychikę. Wszyscy byliśmy już rozgrzani, maksymalnie skoncentrowani, a wszystko się przedłużało. Nie da się drugi raz wejść w ten rytuał z takim samym fokusem. Może w grach indywidualnych, jak na przykład tenis, można się od nowa skoncentrować, jest to po prostu kwestia jednostki. W sportach drużynowych nie jest już tak łatwo. W piłce nożnej trzeba dopasować jedenastu zawodników, a jeśli ktokolwiek straci koncentrację choćby minimalnie, to może odbić się na końcowym rezultacie. Byliśmy wtedy zniesmaczeni całą sytuacją.

– Tamten mecz musieliśmy wygrać, to wynikało z regulaminu rozgrywek. Naszym rywalom wystarczał remis, by to oni zameldowali się w finale mundialu. Niestety, na niespełna kwadrans przed końcem straciliśmy bramkę i niewiele już mogliśmy zrobić. Swoją okazję miał Kazimierz Kmiecik, ale Maier zachował się bez zarzutu. To spotkanie miało swoją sporą dramaturgię. O tym, że stać nas było na zwycięstwo, świadczyć może choćby mecz o III miejsce z Brazylią, wygrany przez nas 1:0, a rozgrywany w normalnych warunkach. W zespole „Canarinhos”, którzy bronili mistrzostwa świata, grali tacy piłkarze jak Jairzinho, Wilson Piazza czy Roberto Rivelino.

– Tym bardziej żal, że nie udało się wygrać z RFN. Nigdy nie dowiemy się, co by było gdyby, ale uważam, że gracze RFN nas się mocno obawiali. Na płycie, która nie byłaby zalana, mogłoby być zupełnie inaczej. Niemcy musieli mierzyć się z ogromną presją. Grali u siebie, czuli oczekiwania kibiców. My pojechaliśmy na te mistrzostwa na większym luzie. Nie byliśmy uważani za faworytów, ale na pewno sam awans i odprawienie z kwitkiem Walii i Anglii spowodowało, że znacznie wzrosła nasza samoocena. Uwierzyliśmy w swoje możliwości. Do samego turnieju też przygotowaliśmy się optymalnie.

– Presję poczuliśmy dopiero po mundialu, w kolejnych kwalifikacjach do mistrzostw Europy, gdzie przyszło nam grać z takimi drużynami jak Holandia czy Włochy. Co prawda nie wywalczyliśmy awansu, ale skończyliśmy rywalizację na drugim miejscu w grupie, z takim samym dorobkiem punktowym, co Holendrzy. To świadczy o regularności, klasie zespołu, gdy Kazimierz Górski był szkoleniowcem. Zostawił po sobie na pewno dobre pokolenie zawodników.

– Trener Górski prezentował filozofię, która bardzo odpowiadała jego podopiecznym. Nie silił się na wielkie strategie. Odprawy były proste, choć czasem nieco długie. Przed nim czuło się ogromny respekt, mógł zrobić właściwie wszystko. Czasem zganił, czasem pochwalił, ale największym wyrazem uznania było powołanie na kolejne zgrupowanie. Oznaczało to, że w jego oczach zawodnik się sprawdził i wypełniał zadania. Tworzyło to pełne zaufanie na linii trener-piłkarz, widoczne na każdym kroku. Rozumieliśmy się bez słów. To był prawdziwy szef, który mógł być pewien, że dla niego każdy zawodnik odda na boisku całe serce. Obiektywny i sprawiedliwy. Oby jak najwięcej takich trenerów. Traktował nas bardzo dojrzale. Nawet gdy przychodziło nam wypić piwko, mówił: jedno proszę, nawet dwa, ale nie chcę słyszeć o trzecim czy czwartym. I wszyscy się do tego stosowaliśmy, byliśmy uczciwi i dobrze zorganizowani.

– Lata 70. były bardzo trudnym okres dla całego kraju. Trzeba było być bardzo rozważnym, uważać na każde słowo. Ja akurat grałem w takich klubach, w których roiło się od niebezpieczeństw, w końcu blisko nas była milicja. Nie można było sobie pozwolić na wszystko, nie brakowało inwigilacji. Kontrola samego siebie była więc bardzo istotna. Tym bardziej cieszy, że daliśmy ludziom sporo radości i wytchnienia w tym trudnym czasie. Byliśmy grupą fajnych ludzi, którym chciało się dawać z siebie wszystko, by odnosić sukcesy. Zresztą, w ówczesnych realiach jedyną możliwością, by uciec od codziennej szarości, był sport, i my z tego korzystaliśmy. Byliśmy w pełni oddani dążeniu do celu.

– Nasza drużyna była tworzona przez Kazimierza Górskiego od 1971 roku. Wywalczyliśmy złoty medal Igrzysk Olimpijskich, po którym nastąpiła pewna zmiana pokoleniowa. Dołączyło do nas kilku młodych, głodnych kolejnych zwycięstw zawodników. Mistrzostwa świata w RFN były niejako ukoronowaniem naszego okresu. Pracy z Kazimierzem Górskim nie da się zapomnieć. To były inne czasy niż dziś, kierowaliśmy się nieco innymi wartościami. Ten okres wspominam zdecydowanie najlepiej z całej swojej kariery. Mieliśmy niesamowicie silny zespół. Wiadomo, w 1982 roku drużyna Antoniego Piechniczka powtórzyła nasz sukces i zasługuje to na uznanie. Nie ujmując jednak nic tamtej ekipie, to było coś innego. Zdarzały się słabsze mecze, remisy, wreszcie mecz o trzecie miejsce z Francją, która wystawiła totalnie rezerwowy skład.

Wysłuchali Jacek Janczewski i Emil Kopański


ANTONI SZYMANOWSKI

Data i miejsce urodzenia: 13 stycznia 1951 r., Tomaszów Mazowiecki.

W reprezentacji Polski: 82 mecze, 1 gol.

Debiut: 22 lipca 1970, Polska – Irak 2:0.

Osiągnięcia: Złoty medalista IO 1972, srebrny medalista IO 1976, III miejsce MŚ 1974, uczestnik MŚ 1978.

Kariera klubowa: Wisła Kraków, Gwardia Warszawa, Wisła Kraków, Gwardia Warszawa, Club Brugge (Belgia).

Osiągnięcia: Mistrz Polski (1978).

3 lipca 1974, Frankfurt
RFN – Polska 1:0 (0:0)

Bramka: Gerd Mueller 76.
RFN: Sepp Maier – Berti Vogts, Hans-Georg Schwarzenbeck, Franz Beckenbauer, Paul Breitner – Uli Hoeness, Rainer Bonhof, Wolfgang Overath – Juergen Grabowski, Gerd Mueller, Bernd Hoelzenbein.
Polska: Jan Tomaszewski – Antoni Szymanowski, Jerzy Gorgoń, Władysław Żmuda, Adam Musiał – Henryk Kasperczak (80. Lesław Ćmikiewicz), Kazimierz Deyna, Zygmunt Maszczyk (80. Kazimierz Kmiecik) – Grzegorz Lato, Jan Domarski, Robert Gadocha.
Sędziował: Erich Linemayr (Austria).

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności