Aktualności

[WYWIAD] Kamil Oziemczuk: Wszystkim kojarzę się z AJ Auxerre

Rozgrywki13.09.2019 
– Każdy patrzy na Kamila Oziemczuka przez pryzmat tego, że w bardzo młodym wieku wyjechał za granicę. Jestem rozpoznawalny właśnie ze względu na Auxerre, chociaż większość swojej kariery spędziłem u siebie, na Lubelszczyźnie – mówi Oziemczuk w rozmowie z Łączy Nas Piłka. 31-latek gra w Hetmanie Zamość, myśli o pracy w szpitalu i wspomina czasy, kiedy wróżono mu wielką karierę.

Do piłki seniorskiej wszedłeś z przytupem. W wieku 17 lat zadebiutowałeś w ekstraklasie. Potem transfer do Francji. Wydawało się, że kariera stoi przed tobą otworem. Stało się jednak inaczej…
Życie napisało osobny scenariusz, a konkretnie to kontuzje, które uniemożliwiły mi rozwinięcie skrzydeł. Strasznie mnie to przystopowało. Czułem się jakby ktoś podciął mi skrzydła... Nie mam pretensji do losu, przynajmniej po latach nie myślę w ten sposób. Mogło być coś wielkiego. Nie udało się. Trzeba się z tym pogodzić.

To musiało być trudne. Będąc nastoletnim piłkarzem, w dodatku wchodzącym do ekstraklasy, widzi się świat w różowych barwach.
Już po skończeniu 16. roku życia zacząłem trenować z pierwszą drużyną Górnika Łęczna. Nawet jako 15-latek miałem epizod w seniorach, graliśmy z polonijnym zespołem z USA. Wtedy zespół prowadził Jacek Zieliński, dziś pracujący w Arce Gdynia. Z kolei trener Bogusław Kaczmarek pierwszy dał mi szansę w ekstraklasie. Przy tym szkoleniowcu oraz trenerze Marku Kostrzewie zacząłem się piłkarsko rozwijać. Miałem też od kogo się uczyć w szatni – Grzegorz Wędzyński, Cezary Kucharski, Andrzej Kubica, Tomasz Sokołowski.



Szybko zrobiłeś kolejny krok.
Rozegrałem 17 meczów na poziomie ekstraklasy, strzeliłem trzy gole i przeniosłem się do AJ Auxerre. Od dawna jeździł za mną francuski menedżer Thierry Michel. Nie mógł jednak porozumieć  się z moimi rodzicami w zakresie współpracy. Z czasem osiągnął swoje, chociaż wówczas chciałem przedłużyć kontrakt z Górnikiem. Miałem telefon z Legii Warszawa, nic konkretnego, dlatego wyjechałem. Podpisując umowę z AJ, liczyłem, że zostanę na jakiś czas wypożyczony do polskiego klubu. Nie wyszło. Zostałem i walczyłem o swoje. Pierwsze pół roku to okres adaptacji. Jak już się zaaklimatyzowałem, przytrafiła się kontuzja, potem kolejna. Zerwałem więzadła krzyżowe… Kariera stanęła w miejscu, bo praktycznie przez półtora roku nie grałem w piłkę. W pierwszym półroczu miałem styczność z pierwszą drużyną. Trenowałem z Bacary Sagną, Benoit Pedrettim, Younesem Kaboulem. W tym samym czasie co ja, czyli po mistrzostwach świata w Niemczech, do zespołu dołączył Ireneusz Jeleń. Guy Roux był już wtedy w cieniu, pracował z młodzieżą. Poświęcał się temu zadaniu w pełni. Dużo wymagał od młodych piłkarzy.



Kibice kojarzą cię właśnie z epizodu w AJ Auxerre?
Każdy patrzy na Kamila Oziemczuka przez pryzmat tego, że w bardzo młodym wieku wyjechał za granicę. Jestem rozpoznawalny właśnie ze względu na Auxerre, chociaż większość swojej kariery spędziłem u siebie, na Lubelszczyźnie.

Po powrocie z Francji wylądowałeś w I-ligowym Motorze Lublin. Udało się odbudować?
Nie bardzo. Zacząłem się zastanawiać czy wrócę jeszcze do tego momentu sprzed wyjazdu z Polski.   Byłem młody, popełniłem kilka błędów, nie słuchałem rad starszych. Wydawało mi się, że sam wiem wszystko najlepiej. Bałem się spojrzeć prawdzie w oczy, moją reakcją na to był bunt. W piłce szacunek wobec innych i samego siebie jest bardzo ważny. Bez tego daleko nie zajdziesz. Potem zaczęły pojawiać się myśli, że moja kariera skończyła się zanim na dobre się zaczęła. Próbowałem raz, drugi, trzeci, spadałem coraz niżej w hierarchii klubowej. Myślałem nawet czy nie zakończyć kariery. Ludzie jednak powtarzali: „Graj dopóki możesz. Kochasz piłkę. Rób to dalej, to twoja pasja”. Rzeczywiście, ciężko zrezygnować z pasji. Teraz gram w piłkę i pracuję w szpitalu. Zajmuję się sprawami administracyjnymi. Nie jest źle, nie narzekam. Może niedługo zrobię papiery trenerskie?



W ostatnich latach nastąpił pozytywny zwrot w twojej karierze. Regularnie zdobywałeś bramki w Motorze i Hetmanie.
Już wcześniej w Łęcznej miałem takie przeczucie, że coś się ruszyło, ale znów spadałem szczebel po szczebelku. Zaczęło się układać i po raz kolejny kontuzja. Scenariusz powtórzył się w Lublinie. Strzelałem gole, a strzeliła mi łąkotka na treningu. Kilka miesięcy bez piłki... To nic przyjemnego siedzieć na tyłku i leczyć się. Nie wiem skąd to fatum. Żartuję sobie, że może ktoś rzucił na mnie klątwę. W Hetmanie – nie chcę zapeszać – idzie mi bardzo dobrze. Liczę, że forma wraca. O Zamościu myślę jednak bardziej w kategoriach życiowych, żeby się tu zadomowić, zebrać doświadczenie w pracy szpitalnej i rozejrzeć się za nowymi wyzwaniami.

Gra w Hetmanie jest wyzwaniem?
Mogę tutaj nadal spełniać się piłkarsko. Niedawno zostałem królem strzelców IV ligi, zrobiliśmy awans. Teraz nie mamy na niego presji. Walczymy z meczu na mecz. Jeśli po pierwszej rundzie będziemy w czołówce, to może pomyślimy o ambitniejszych planach. Mamy zgraną paczkę, tworzymy kolektyw. W dodatku jesteśmy bardzo nieobliczalnym zespołem. Trudno nas rozszyfrować na boisku.

Rozmawiał Piotr Wiśniewski

Fot: Cyfrasport, 400mm.pl

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności